„Niechlujstwo tego narodu w jedzeniu i odzieży było aż do obrzydzenia: rozrabiając w dzieży ciasto na chleb, z którego potem robili suchary, wytrząsali nad dzieżą robactwo z sukien i wyczesywali z głowy, aby w onym cieście polgnąwszy, ta piechota kołnierzowa po nich się nie rozłaziła. I takim chlebem albo sucharami bynajmniej się nie brzydzili.”

„[W Pińsku, w roku 1777 lub 1778] Większa atoli znajdowała się tam ciekawość, a to była panna Ogińska, już 93 lat licząca, schroniona do klasztoru pp. [..,] sławna niegdyś piękność. Car moskiewski Piotr Wielki, kochał się w niej, a nawet o rękę jej starał się. Książę [Czartoryski], odwiedzając ją, wziął i mnie z sobą. Wyszła do furty; tak była czerstwą i przytomną, iżbym jej nie dał, jak lat 60. Po kawie i konfiturach rozmowa żywszą się stała; w ciągu tej:

Pozwól, Wielmożna Pani Dobrodziejko– rzekł książę – zapytać się, dlaczego, gdy tak potężny pan, jakim był Piotr Wielki, żądał ręki jej, odmówiłaś mu ona?

Mości Książę– zapytała nawzajem staruszka – czy masz Wasza Książęca Mość córki?

Mam– odpowiedział książę.

Gdyby– mówiła dalej panna Ogińska – chan tatarski prosił Waszą Książęcą Mość o którą, czy dałbyś mu ją?

To co inszego– odparł książę.

Przepraszam– przerwała staruszka – za mojej młodości car moskiewski był toż samo co chan tatarski.”[1]

Wspominał po kilku dekadach Julian Ursyn Niemcewicz, który w latach 1777–1778 był adiutantem księcia Adama Kazimierza Czartoryskiego.

Niemcewicz urodził się w 1758 roku w Skokach, w ówczesnym województwie brzesko-litewskim. W latach 1823–1825 spisał pamiętniki, które opublikowano w 1958 roku. Zawierają one bogaty materiał do poznania mentalności szlachty polskiej ostatnich dekad XVIII wieku i pierwszych dekad wieku XIX. Jednym z najciekawszych wątków jest stosunek autora i ówczesnych Polaków do Rosjan. Ci ostatni, w swojej masie, w XVIII wieku wciąż postrzegani byli jako barbarzyńcy. Opinia o nich zaczęła się poprawiać dopiero po śmierci carycy Katarzyny II.

Pierwsze kontakty

W roku 1766 ośmioletni Niemcewicz po raz pierwszy zetknął się z Moskalami. W roku tym caryca Katarzyna wysłała do Rzeczypospolitej kilkadziesiąt tysięcy swoich żołnierzy. Bynajmniej nie na wojnę. Była to demonstracją siły, która miała zastraszyć Polaków i zmusić ich do uległości. Kontakt z żołnierzami rosyjskimi, nie tylko dla dziecka, był wstrząsającym przeżyciem:

„Przerwał mozoły te [naukę łaciny] nowy dla mnie, niestety! fatalny widok przychodzących do domu i wsi naszej na kwatery Moskali. Stanął u nas kapitan Kisliński nastajaszczy Moskal, jeszcze pół prawie dziki. Nie byli Moskale tym, czym są dzisiaj [w 1823 roku], żadnej obyczajności, nie umieli ni jeść, ni pić. Sztab stał w Brześciu. Zaczęły się biesiady i nie znane dotąd w Polszcze zaloty do kobiet mężatek. Trudno wyrazić zgrozy, z jaką cnotliwa matka moja i tyle zacnych matron mówiło o takich zgorszeniach. Coraz się one bardziej szerzyły. Dawali jenerałowie moskiewscy bale, zapraszając, pod niebezpieczeństwem prześladowania, o mil kilka obywatelstwo [szlachtę]. Nawzajem i ich zapraszać potrzeba było. Nic wyrazić nie może rozwiązłości i zbytku hulatyk tych. Gry, natarczywe zaloty, pijaństwo. Zaczynały się biesiady te od obiadów; występowały przed dom sołdaty z bronią i przy wielkich zdrowiach jakich dawały ognie; drżały i wypadały okna, rozlegały się mury barbarzyńskimi krzykami. Po stole pito jeszcze, a gdy się głowy dobrze zagrzały, modą było, że wprowadzano do sali sołdatów, ci chwytali gospodarza lub przedniejszych z gości i podnosząc do góry nosili wokoło, podczas gdy trębacze z całej mocy trąbili mu w uszy. Pamiętam, iż to raz ojca mego ledwie nie przyprawiło o śmierć.

Ta rozwiązłość, te brudne zaloty przeniosły się z pałaców do poziomych włościan lepianek i pierwszy raz nie znany u nas dotąd jad zepsucia i wśród wiejskiego ludu naszego rozlały. Wzięła była matka moja ze wsi do dworu piętnastoletnią, niepospolicie ładną dziewczynę, imieniem Marianna. Wkrótce i ją, i dyrektora mego Jaszczołda ujrzeliśmy brzydkimi okrytych krostami. Nie znając przyczyny, posłali rodzice moi do Terespola po lekarza. Ten wraz oświadczył, iż to była weneryczna choroba. Trudno wyrazić przestrachu rodziców moich. Mieć tak blisko siebie i dzieci zarażone osoby przejęło ich największą o całość domu bojaźnią. […]

Jeszcze wtenczas Moskale w panujących swoich bogów ziemskich widzieli. Żegnali się i bili czołem na wspomnienie gosudaryni [carycy Katarzyny] swojej. To posłuszeństwo zstępowało stopniami od najwyższych do najniższych, drżał pułkownik przed jenerałem, major przed pułkownikiem, i sołdat przed kapralem. Raz u stołu ojca mego dał pułkownik policzek majorowi; prócz nas nikogo to nie zdziwiło i obiad kontynuował się dalej.”[2]

Szok kulturowy – tak można nazwać to, co przeżyli ówcześni mieszkańcy Brześcia Litewskiego i okolic. Warto dodać, że opisane tu zachowanie żołnierzy i oficerów nie było wcale aż tak drastyczne. Żołdactwo zachodnioeuropejskie potrafiło bardziej dać się we znaki, czego przykładem Wielka Armia Napoleona, która kilka dekad później maszerowała przez dawne ziemie Rzeczypospolitej na wschód, na podbój Rosji. Mimo iż witana z entuzjazmem, pozostawiła po sobie jak najgorsze wrażenie. Na przykład lekarz wileński, Austriak Jozef Frank, pisał:

„Prawda, że na początku mieszkańcy robili wszystko, co tylko mogli, by zaspokoić potrzeby domniemanych zbawców, ale przekonawszy się, że ci zbawcy postępują z nimi jak z nieprzyjaciółmi, zmienili swe postępowanie i z żonami, dziećmi, bydłem itd. kryli się w głębi lasów.

Niektórzy z większych właścicieli ziemskich, z największą gościnnością przyjąwszy kilkunastu generałów, byli zdumieni, widząc, iż ci ostatni pozwalają swoim służącym zabierać i pakować naczynie stołowe, którym oni tylko co posługiwali się. Jeśli tak zachowywali się generałowie i nawet marszałkowie, to czegoż można było spodziewać się od ich podkomendnych i od maruderów, którzy grasowali po całym kraju? Zapytywałem potem Litwinów, Żmudzinów i Kurlandczyków, jakie korpusy zasługiwały najbardziej na pochwałę lub naganę. Odpowiadano mi: Na pochwałę zasługuje tylko korpus marszałka Macdonalda, zaś na najwyższą naganę wszystkie inne, a najbardziej Wirtemberczycy, Badeńczycy i Bawarczycy.”[3]

Na tym tle nieco inaczej można ocenić to, czego w 1766 roku doświadczyła szlachta brzeska. Zachowanie Moskali w Polsce było dla ludności cywilnej szokiem, nie tyle dlatego, że żołnierz rosyjski był dla niej „cięższy” niż inny, ile dlatego, że ludność ta zetknęła się z zupełnie inną, obcą, a barbarzyńską dla nich obyczajowością. Weźmy choćby kulturę (właściwie jej brak) jedzenia, o której wspomniał Niemcewicz. Podobnego co on szoku, tyle, że trzy dekady wcześniej, doznał Jędrzej Kitowicz, gdy zobaczył jak „sołdaty moskiewskie” sporządzali suchary:

„Niechlujstwo tego narodu w jedzeniu i odzieży było aż do obrzydzenia: rozrabiając w dzieży ciasto na chleb, z którego potem robili suchary, wytrząsali nad dzieżą robactwo z sukien i wyczesywali z głowy, aby w onym cieście polgnąwszy, ta piechota kołnierzowa po nich się nie rozłaziła. I takim chlebem albo sucharami bynajmniej się nie brzydzili.”[4]

Po tych dygresjach wróćmy do wspomnień Niemcewicza…

To co w 1766 roku działo się na prowincji było ledwie preludium do bardziej dramatycznych wydarzeń. Prawdziwą zgrozą napełnił szlachtę epizod, do którego doszło w nocy z 13 na 14 października 1767 roku. Wówczas to, w czasie obrad sejmu, z rozkazu rosyjskiego posła w Polsce, Nikołaja Repnina, porwano, a następnie wywieziono w głąb Rosji opozycyjnych senatorów. Wśród nich byli biskupi Kajetan Sołtyk i Józef Jędrzej Załuski. Tak brutalna ingerencja w sprawy Rzeczpospolitej była dla ówczesnych obywateli trudna do wyobrażenia. Niemcewicz opisał reakcję swoich rodziców na te wieści:

„Zwyczajem było naówczas, iż majętniejsi obywatele, prócz drukowanych gazet, trzymali korespondentów w Warszawie; powinnością ich było przysyłać dwa razy na tydzień po pół arkuszyka pisanych tajniejszych wiadomości, a że całość listów była naówczas święta i nienaruszona, nie znając bojaźni pisali, co tylko usłyszeli, przy wielu omyłkach i bajkach ważne i wielkie zdarzenia. Raz gdy poczta przyszła z Brześcia, ojciec mój, czytając najprzód pisane korespondenta swego doniesienia, pomieszał się i blednąć zaczął. Zapytany od matki naszej, co by było: Kniaź Repnin– rzekł – biskupów i senatorów naszych z senatu wywlec i w niewolę wziąć kazał.Na te słowa matka moja zemdlała, musiano ją trzeć larendogrą i gorczycą. Gdy przyszła do siebie: O Boże– zawołała – do czegóż to przyszło, te markietany, te barbarzyńskie mużyki[ciemne, zacofane chłopy w dawnej Rosji] rękę podnieść śmieli na tak świętych i poważnych senatorów naszych. I my dzieci, acz nie wiedząc przyczyn i powodów, uczuliśmy w młodych sercach naszych żal i zniewagę.”[5]

Na tle tego postępku bladły wcześniejsze wyczyny reprezentanta Katarzyny II:

„Repnin, poseł moskiewski, otaczające go bojary, wodzowie z zwierzęcą, barbarzyńską popędliwością za kobietami naszymi uganiać się zaczęli.”[6]

Lata młodości

Kolejne lata przyniosły zawiązanie konfederacji barskiej, kilkuletnią wojną, aż w końcu, w roku 1772, pierwszy rozbiór Polski. Sam Niemcewicz w roku 1770 opuścił progi rodzinnego domu i zaczął naukę w Szkole Rycerskiej, czyli pierwszej akademii wojskowej w Polsce. Ukończył ją w 1777 roku, jako dojrzały mężczyzna. I nie chodzi tu tylko o dojrzałość fizyczną, ale również o w pełni ukształtowany światopogląd. Korpus kadetów był szkołą wychowującą patriotów. Jego absolwenci byli kształceni nie tylko na potrzeby wojny. Nie mniej uwagi poświęcano kształtowaniu w nich postaw obywatelskich. Miało to określone konsekwencje. Już wcześniej, w domowych pieleszach nauczył się Niemcewicz nienawiści do Moskali:

„a tak, z dzieciństwa patrząc na obelgi i przewodzenia obcych w kraju naszym, w sprawie jej, jak w sprawie Boga samego, do pomsty przez kapłanów podnieceni, nie goreliśmy, jak żądzą na Moskalach odwetu. Odtąd wszystkie różańce, godzinki, litanie, wszystkie modlitwy nasze były za powodzenie konfederatów [barskich]”[7]

Szkoła kadetów pogłębiła tę nienawiść, gdyż tam w pełni uświadomił sobie stan upodlenia kraju, którego był obywatelem. Upodlenia wynikającego przede wszystkim z zależności od Moskwy. Lata 70. i 80. XVIII wieku charakteryzował następująco:

„Kto miał duszę dość nieobywatelską, serce dość samolubne, by zapomniał o smutnym upodleniu i niemocy ojczyzny, kto na zmysłowych tylko przestawał rozkoszach, ten mógł powiedzieć, iż błogosławione życie prowadził, lecz kto posiadał szlachetną wyniosłość, ducha niepodległości, nienawiść jarzma obcego, żądze widzenia ojczyzny świetną i szczęśliwą, czymże były te uciechy przy widoku przebywających w kraju wojsk moskiewskich, przy nachylonym pod rózgą posła moskiewskiego królu i narodzie. Ach, te to smutne uczucia ścigały mnie nieprzestannie wśród wszystkich uciech i powabów młodości. I któż się dziwić będzie tej cierpkości, tego nieprzełamanego wstrętu ku Moskalom i towarzyszom haniebnego Polski rozszarpania, cierpkości i we mnie, i w rówiennikach moich tak wyraźnie widocznych. I na cożeśmy z dzieciństwa naszego patrzali: na zdrady, podstępy, obelgi, naigrawania i najboleśniejsze krzywdy. Jak szczęśliwi są ci świata mieszkance, co nie doznali jak Polacy okropnych krzywd ojczyźnie ich zadanych; wolnymi są od najprzykrzejszej szlachetnemu sercu namiętności, od namiętności, mówię, nienawidzenia.

Ten nasz stan podległości, to pogrążenie w nieczułym letargu, ten sposób życia niewielu i nieważnymi przerywany wypadkami, już to w politycznych świata zdarzeniach, już w sprawach domowych, trwały aż do r. 1788, epoki Sejmu Czteroletniego, konstytucyjnego.”[8]

Stosunek Niemcewicza do Rosjan można także poznać w wielokrotnie przy różnej okazji czynionych wzmiankach. I tak na przykład spisując wydarzenia zaszłe w jego rodzinnych stronach w 1776 roku, wtrącił:

„Moskale stali w Brześciu, najdłużej Dickert z pułkiem dragonii; tyle on na tej konsystencji zarobił, iż kupił znaczne dobra nazwiskiem Bulków, dziś własność pani Rayskiej.”[9]

Opisując rosyjskiego dyplomatę w 1790 roku:

„Przybył [Jakow Iwanowicz] Bułhakow już nie w charakterze wielkiego posła: był on niegdyś sekretarzem ambasady Repnina […]. Był to prawdziwy, z wierzchu tylko ostrugany Moskal, przy udawanej prostocie całą chytrość i fałszywość narodu swego posiadający.”[10]

Lecz najwięcej złośliwości adresował carycy Katarzynie. Wspominał ją wielokrotnie, czy to bezpośrednio ją charakteryzując, czy też przy różnych okazjach. Na przykład potępiając sposób, w jaki potraktowano księgozbiór Załuskich:

„Nieodżałowana szkoda Biblioteki Załuskich: kilku biskupów imienia tego z niezmiernym kosztem zebrało ją, 300 000 ksiąg, i Rzeczypospolitej darowało. Zawierała ona jak najrzadsze dzieła. Przy ostatnim podziale kraju zabrali ją Moskale. Pakowanie powierzono Kozakom, ci, gdy księga jaka nie mieściła się w skrzynie, ucinali ją przez połowę. Niezmiernie skarby te ucierpiały w przewozie; osobliwie rzadkie do dziejów naszych rękopisma i zbiory. Dotąd po 36 latach biblioteka ta leży nie spisana, nie uporządkowana. To przypomina mi zakupioną przez Katarzynę II galerię obrazów lorda Oxford; tę po śmierci jej znaleziono nie rozpakowaną jeszcze. Przypomina to wielce Gotów i Wandalów.”[11]

Stosunek Juliana Ursyna Niemcewicza do Moskali był typowy dla jego środowiska (średnia szlachta polska i litewska) i czasów (druga połowa XVIII w.). Podobne uczucia żywiono wówczas do Prusaków, choć co ciekawe, już nie do Austriaków. Co z tego wynikało? Między innymi to, że gdy Rzeczpospolita została wymazana z mapy Europy, szlachta polska nie dała się zrusyfikować, choć łatwo ulegała wpływom wiedeńskim. Sytuację z przełomu XVIII i XIX wieku charakteryzował Niemcewicz następująco:

„Rzecz prawdziwie zastanowienia godna, jak niebezpiecznym jest Wideń dla przenarodowienia Polaków; niewielu pod rządem moskiewskim stało się Moskalami, mniej jeszcze pod pruskim Prusakami, lecz niech tylko Polak, a bardziej Polka pobędzie cokolwiek w Widniu, już go porzucić nie chce i Niemką się staje; z takiejże to przyczyny rząd austriacki uciążliwszym jest nad inne, lecz cesarz, acz rządzący wielowładnie, przystępnym jest i słodkim dla wszystkich; wiele jest w Widniu wolności i bezpieczeństwa osobistego. Wideńczykowie są dobrzy ludzie, łatwo się zaprzyjaźniający i pociągający do siebie: prędka poufałość z nimi, a tak prędko łatwy umysł kobiecy przystaje do nich i wciela się z nimi […]”[12]

Był to już jednak nowy okres w życiu Niemcewicza. Zapoczątkowały go ostatnie rozbiory Polski, które dramatycznie wpłynęły na życie tego szlachcica.

dr Radosław Sikora

Tematy pokrewne:

„Za jednego bitego dam siedmiu niebitych– czyli o roli chłosty w armii rosyjskiej XVIII i XIXw.

Najomszczyki

Trzeźwy jak Moskal


Przypisy:

[1] Julian Ursyn Niemcewicz, Pamiętniki czasów moich. Opr. Jan Dihm. t. 1, s. 111 – 112. Warszawa 1958.

[2] Tamże, s. 42 – 43.

[3] Jozef Frank, Pamiętniki. W: Cudzoziemcy o Polsce. Relacje i opinie. Wybrał i opracował Jan Gintel. t. II, s. 245 – 246. Kraków 1971.

[4] Jędrzej Kitowicz, Pamiętniki czyli Historia polska. Opr. Przemysława Matuszewska. s. 38. Warszawa 2005.

[5] Niemcewicz, Pamiętniki, s. 43 – 44.

[6] Tamże, s. 62.

[7] Tamże, s. 45.

[8] Tamże, s. 107 – 108.

[9] Tamże, s. 87.

[10]Tamże, s. 291.

[11]Tamże, s. 311.

[12]Tamże, 295 – 296.

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz