Zrzuciłem karabin i zabierałem się za zepchnięcie ciała upowca, gdy na sąsiednim drzewie zobaczyłem jeszcze dwóch uzbrojonych upowców. Oni również mnie zauważyli. Nasze spojrzenia na moment skrzyżowały się. Błyskawicznie zsunąłem się na dół. Wezwaliśmy upowców do zejścia na ziemię.
– Zakwaterowano nas na terenie koszar. – wspomina Józef Czerwiński – Pierwszy tydzień spędziliśmy na ćwiczeniach i przygotowaniach do akcji. W ich trakcie poznałem nowych przełożonych i podwładnych. Zapoznaliśmy się też z założeniami akcji. Zadaniem wojska było w pierwszym rzędzie zniszczenie band UPA w rejonie Sanok – Przemyśl – Lubaczów, prowadząc od początku aktywną działalność operacyjną. Wojsko miało wrócić do koszar dopiero po ich likwidacji. Ponadto współdziałając z Państwowym Urzędem Repatriacyjn mieliśmy przeprowadzić ewakuację wszystkich osób narodowości ukraińskiej, na ziemie zachodnie i północne. Akcja ewakuacyjna miała być zakończona w jak najkrótszym czasie. Z rozpoznania wynikało, że bandy nie operują w powiecie sanockim i leskim, tylko w rejonie lasów, zawartych między Łukiem Sanu a granicą radziecką na południowy- zachód od Przemyśla.
– Miał tam mieć swoje bazy kureń „Bajdy”, złożony z sotni „Burłaki”, „Łastwiki” , „Kryłacza” i “Hromenki”. Odcinek ten był także gęsto zaludniony głównie przez ludność ukraińską. Wytyczne dla jednostek wykonujących zadania w ramach akcji „Wisła” nie były dla mnie zaskoczeniem. Z wcześniejszego doświadczenia wiedziałem, że bandy UPA są doskonale zorganizowane i uzbrojone, a także, że prowadzą one rozbudowany aparat polityczno-wychowawczy oddziałujący na ludność ukraińską poprzez pracę propagandową. Zdawałem sobie też sprawę, że oprócz organizacji ściśle wojskowej, na terenach ukraińskich UPA posiada też oparcie w administracji cywilnej. Znałem też sposób działania band. Nie tworzyły dużych oddziałów. Posługując się wywiadem, starannie planowali swoje akcje, koncentrując doraźnie swoje siły na czas akcji. Po jej wykonaniu banda natychmiast rozpraszała się, wracając do wsi gdzie spokojnie nie wzbudzając podejrzeń pracowali w swoich gospodarstwach.
– Bandy atakowały też głównie nocą, wybierając za cel niewielkie oddziały wojska, posterunki milicji, przedstawicieli władz i polską ludność cywilną. Wysadzali tory, mosty, urządzenia przemysłowe. Pościgi za nimi dawały niewiele. Bandy górowały nad wojskiem dobrą znajomością terenu. Jeżeli przypadkiem natknęły się na oddziały wojska, nie przyjmowały walki i wycofały się. Jedyną metodą walki z nimi było wysiedlenie ludności ukraińskiej, bez której nie mogły one działać. Dla tego też zarówno wtedy jak i teraz jestem zdania, że akcja „Wisła” była niezbędna. Historycy twierdzący, że można było jej nie przeprowadzać, bo bandy UPA były już rozbite, kłamią lub nie znają tamtejszej rzeczywistości. Bandy na jakiś czas mogły przycichnąć i zaprzestać działalności, by potem wypłynąć na powierzchnię mobilizując w swoje szeregi całą młodzież ukraińską, tworząc oddziały liczące kilkanaście tysięcy ludzi.
Mieli do tego przygotowane w lasach starannie zamaskowane zaplecze logistyczne, magazyny broni itp. Śmiem twierdzić, że nie wszystkie bunkry i magazyny UPA po dziś dzień zostały odkryte. Jedynym sposobem rozwiązanie problemu band UPA było wysiedlenie ludności, by zlikwidować jej zaplecze, a także odcedzenie z tej ludności bandziorów, którzy mieli krew polską na rękach. Gdyby nie przeprowadzono akcji „Wisła” to walki w tamtym rejonie trwałyby jeszcze wiele lat. Jako partyzant i żołnierz 27 WDP wiem, że nie da się zlikwidować partyzantki, która ma oparcie w ludności cywilnej. Kto twierdzi, że jest inaczej, ten wypowiada się o rzeczy, o której nie ma pojęcia.
Akcja „Wisła” głęboko zapadła w pamięć Józefa Czerwińskiego. Do dziś dnia pamięta nazwiska pięciu żołnierzy z jego kompanii, którzy w jej trakcie polegli. Kategorycznie odrzuca też oskarżenia, że w czasie akcji „Wisła” żołnierze mordowali ludność cywilną, albo palili wysiedlone wsie.
– Akcja od strony wojskowej była realizowana w trybie wojennym. – wspomina – Niewykonanie rozkazu, bądź samowola była karana jak na wojnie. Oficerowie mieli zachować żelazną dyscyplinę w oddziałach. Nie wolno było dopuszczać do żadnych gwałtów na ludności cywilnej, każdy przypadek rabunku miał być jak najsurowiej karany. Podkreślić też trzeba, że nie jest prawdą, że na akcję „Wisła” żołnierze tak byli dobierani, żeby pochodzili w Wołynia i mieli z banderowcami do wyrównania własne rachunki. To kompletna bzdura. Ja akurat miałem, ale inni oficerowie nie. Byli dobierani pod względem kompetencji i wojskowych umiejętności. Podobnie wybierano żołnierzy. Chodziło by posiadali oni odpowiedni staż bojowy. Dowództwo operacji za wszelką cenę chciało ograniczyć straty wśród żołnierzy. Warto też podkreślić, że na czele operacji stał generał Stefan Mossor, generał brygady i wybitny teoretyk sztuki wojennej, były żołnierz Legionów Polskich, dowodzący w 1939 r. pułkiem w składzie Kresowej Brygady Kawalerii. Po wojnie był zastępcą szefa Sztabu Generalnego WP.
– To pod jego kierownictwem przygotowano plan likwidacji band UPA i wysiedlenia ludności ukraińskiej. Był to żołnierz z krwi i kości, ogromnie wymagający od podwładnych. Nasz batalion poderwano 29 kwietnia 1947 r. i skierowano do przeczesywania lasów nad Sanem w pobliżu Bachowa. Rzekę przeszliśmy wpław. Wcześniej musieliśmy zdjąć buty i spodnie, bo woda sięgała powyżej kolan. Przez kilka dni prowadziliśmy bezproduktywne marsze po górach. Organizowaliśmy nocne zasadzki i nic. Żadnych śladów banderowców nie znaleźliśmy. Jak zwykle zapadli się, jak kamień w wodę. Mieli oni doskonały wywiad i wiedzieli o każdym ruchu wojsku. O ile sobie przypominam to jeszcze w czasie naszego pobytu w Sanoku kontrwywiad zatrzymał jakąś w ukraińską agentkę. 5 maja w południe zarządzono nagle zbiórkę. Załadowano nas na samochody, które dowiozły batalion do niewielkiego lasku. Był długi na jakieś 1,5 km. Nikt z nas nie wierzył, że tu właśnie skryli się upowcy.
– Dwie kompanie otoczyły las a moja kompania zajęła stanowiska na południu. Kompanie, które otoczyły las, weszły do niego i zaczęły go czesać. Miały one nagnać upowców pod nasze lufy. My mieliśmy się okopać i czekać. Żołnierze okopywali się niechętnie sądząc, że po raz kolejny czynią to niepotrzebnie. Trzeba było ich poganiać. Ja też podrzuciłem przed siebie parę łopatek ziemi, potem zająłem stanowisko i najzwyczajniej usnąłem także nie wierząc, że kompanie nagonią nam jakąś zdobycz. Zbudziła mnie seria z automatu. Leżący obok mnie kapral walił z pepeszy do dwóch osobników, którzy wyjrzeli z lasu. Jak zobaczyli, że jesteśmy okopani to natychmiast się cofnęli. Odczekaliśmy jeszcze kilka minut i ruszyliśmy ławą w las. W lesie było cicho, a ścigani osobnicy jak gdyby zapadli się pod ziemię. Po jakimś czasie tyraliery spotkały się i wydawało się, że znowu wrócimy z niczym. Nagle jednak, któryś z żołnierzy zobaczył jakąś postać wdrapującą się na drzewo. Wezwaliśmy go do zejścia, ale nie reagował. Poleciały więc w górę serie z pepeszy i spadł.
– Już wiedzieliśmy gdzie szukać następnych. Zaczęliśmy dokładnie obserwować korony drzew. Gęste świerki bardzo dobrze ukrywały upowców. Dopiero po kilku minutach wytropiliśmy następnego. Też wezwaliśmy go do poddania, ale nie reagował. Znów rozległy się serie i spadł. W ciągu kilku minut wypatrzono następnych. Żaden nie chciał się poddać. Któryś próbował nawet strzelać i rzucił granat, który ma szczęście nie wybuchł. Wszyscy zostali zastrzeleni. Na jednym ze świerków zostało ciało upowca a obok niego karabin. Byłem i najmłodszy wiekiem w batalionie, żołnierze zaś nosili owijacze i niewygodnie im było wspinać się, ściągnąłem więc oficerskie buty z cholewkami i sądząc, że na drzewach nie ma już nikogo, szybko wdrapałem się na górę. Zrzuciłem karabin i zabierałem się za zepchnięcie ciała upowca, gdy na sąsiednim drzewie zobaczyłem jeszcze dwóch uzbrojonych upowców. Oni również mnie zauważyli. Nasze spojrzenia na moment skrzyżowały się. Błyskawicznie zsunąłem się na dół. Wezwaliśmy upowców do zejścia na ziemię. Tym razem jeden się załamał i zaczął krzyczeć: „Panowie, nie strzelajcie, ja wszystko powiem.” – za nim poddał się następny. Trzeci, którego jeszcze wykryli żołnierze na czubku świerka zaczął się ostrzeliwać i po chwili spadł. Ta akcja wreszcie zakończyła się sukcesem.
– Dziewięciu upowców zginęło, jeden został ranny, dwóch wzięliśmy do niewoli. My nie ponieśliśmy żadnych strat. Zabici i wzięci do niewoli należeli do żandarmerii sotni „Hromenki” i byli przeznaczeni do działań specjalnych. Mordowali oni m.in. wszystkich Ukraińców, którzy nie chcieli współpracować z UPA. Wcześniej w jednej wsi aresztowaliśmy popa i diaka z parafii grekokatolickiej podejrzanych o współpracę z sotnią „Hromenki”. Żaden z nich nie przyznał się. Gdy przywieźliśmy zabitych kazaliśmy popowi i diakowi kopać dla nich grób. Od razu jak ich zobaczyli było widać, że ich znają. Jak im żołnierze którzy ich pilnowali kazali kopać większy grób, bo i oni do niego trafią, to zaraz się rozkleili i przyznali się do wszystkiego.
CDN
Marek A. Koprowski









