W 2017 roku będziemy jednym z krajów o najwyższym tempie realnego wzrostu płac w Europie – podaje „Rzeczpospolita”. Niemal wszyscy pracodawcy planują zwiększyć wynagrodzenia na podstawowych stanowiskach – prognozuje firma doradcza Korn Ferry Hay Group.
Jak wynika z prognozy firmy doradczej Korn Ferry Hay Group udostępnionej „Rzeczpospolitej”, Polscy pracownicy mogą się spodziewać, że ich realne wynagrodzenie wzrośnie w przyszłym roku o 3,8 proc.Byłby to wynik wyższy zarówno od średniej europejskiej, jak i światowej. Tam płace po uwzględnieniu inflacji zwiększą się szacunkowo o 2,3 proc.
Korn Ferry Hay Group przebadała 25 tys. firm na świecie, w tym 800 z Polski. W raporcie stwierdzono, że Polska wyróżnia się nie tylko skalą, ale również zasięgiem podwyżek. Jak wynika z badań, niemal wszyscy z badanych pracodawców (98 proc.) planują zwiększyć płace na podstawowych stanowiskach pracowników operacyjnych i robotników.
Jak przyznaje w rozmowie z „Rz” Barbara Giemza, dyrektor w Hay Group Polska, w sektorze produkcji, gdzie konkurencja o kandydatów do pracy jest wyjątkowo silna, prawie każda z firm przewiduje w przyszłym roku podwyżki. Wpływ na to ma ustawowe podwyższenie płacy minimalnej do 2 tys. zł, a także stawki godzinowej w umowach-zleceniach do 13 zł. Ponadto, do nowych warunków będą musiały się dostosować także te firmy, które dotąd miały płace na poziomie nowego minimum. Giemza podkreśla, że teraz muszą je podwyższyć, by utrzymać konkurencyjność na rynku pracy.
Z kolei Andrzej Kubisiak z agencji zatrudnienia Work Service uważa, że podniesienie etatowej płacy minimalnej o ponad 8 proc. i stawki godzinowej w umowach-zleceniach już teraz przekłada się na wzrost wynagrodzeń na podstawowych stanowiskach pracy.
„Rz” pisze, że niewiele firm chce chwalić się podwyżkami. Grzegorza Baczewskiego z Konfederacji Lewiatan twierdzi, że pracodawcy dostosowują politykę płacową do sytuacji kadrowej. W związku z tym, na podwyżki mogą liczyć głównie sfery zagrożone rotacją kadr.
Firmy zwiększają płace przez brak rąk do pracy
W październiku “Rzeczpospolita” podawała, że blisko trzy czwarte polskich firm przyznaje, że ma trudności z pozyskaniem pracowników. Zdaniem ekspertów to m.in. efekt rozwoju gospodarki przy jednoczesnej emigracji Polaków. Sytuacja ta wzmagała presję płacową i skłaniała przedsiębiorców do podwyżek.
Dziennik prognozował, że obecne umiarkowane tempo wzrostu płac niebawem może przyspieszyć. Każdego miesiąca przybywa firm, które mają trudności ze znalezieniem pracowników. Obecnie przyznaje to 72 proc. pracodawców, natomiast dwóch na trzech zauważa nasilenie tych kłopotów w porównaniu z minionym rokiem. By poradzić sobie z sytuacją, firmy najczęściej zwiększają budżety na wynagrodzenia. Trend ten potwierdzają dane GUS: w sektorze przedsiębiorstw przeciętne miesięczne wynagrodzenie po dziewięciu miesiącach br. było o 4,1 proc. wyższe niż rok wcześniej.
Przeczytaj: Węgry: brakuje rąk do pracy – firmy podnoszą płace
Również Krzysztof Inglot z agencji zatrudnienia Work Service, która zajmuje się m.in. ściąganiem pracowników z Ukrainy i promuje to rozwiązanie przyznaje, że przedsiębiorcy są bardziej otwarci na podwyżki, niż w 2015 roku. Potwierdza również, że w Polsce duża podaż pracowników i wysokie bezrobocie długo zaniżało poziom wynagrodzeń szeregowych pracowników.Powodowało to bardzo niską presję płacową, szczególnie widoczną w porównaniu z Czechami czy Węgrami, gdzie na prostych stanowiskach produkcyjnych zarabia się niemal dwa razy więcej. Niektóre prognozy wskazują, że osiągnięcie poziomu Czech czy Węgier pod względem płacowym dla pracowników prostej produkcji (równowartość ok. 2,4 tys. zł) może zająć 2-3 lata. Zbliżona sytuacja widoczna jest jednak także na Węgrzech.
PRZECZYTAJ: Ukrainizacja polskiego rynku pracy jest nieunikniona? „Jesteśmy nakierowywani na gospodarczą zapaść”
Wcześniej informowaliśmy, że jak wynika z najnowszego sondażu Instytutu Badawczego Randstad i TNS Polska, 44 proc. firm chce zwiększać wynagrodzenia w ciągu nadchodzącego półrocza.
Przeczytaj: Ponad 40 proc. pracodawców planuje podwyżki wynagrodzeń
W sektorach transportu, gospodarki magazynowej i łączności oraz w obsłudze nieruchomości i firm podwyżki pensji zapowiedziało po 35 proc. firm. Z kolei w budownictwie podniesienie pensji deklaruje 33 proc. firm, a w sektorze pośrednictwa finansowego – 32 proc. Zwrócono uwagę, że w ostatnich trzech kwartałach takie wskazania charakteryzowały całą gospodarkę, a nie najbardziej niechętne podwyżkom branże.
Najwięcej firm deklaruje podwyżki o 2-4 proc. (26 proc. szefów firm) lub o mniej niż 2 proc. (21 proc.). Wyższe podwyżki, rzędu 4-7 proc., deklaruje co piąty szef firmy.
– Wzrasta udział firm, szczególnie w przemyśle, które planują podwyższenie wynagrodzeń. (…) Obecnie przedsiębiorcy chcąc zachować konkurencyjność będą się koncentrować na wzroście produktywności – uważa Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.
Kilka dni temu podawaliśmy, że dziennik „Rzeczpospolita” informował o fali podwyżek płac w handlu.
– Sieci, które niegdyś proponowały szeregowym pracownikom płacę minimalną, teraz nawet na starcie oferują więcej – i to z uwzględnieniem jej wzrostu od stycznia do 2 tysięcy złotych– pisze gazeta. Płace, według szacunków, są wyższe w zagranicznych sklepach. Zdaniem Renaty Juszkiewicz, prezes Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji, sieci handlowe z kapitałem zagranicznym stale podnoszą płace, które obecnie są już o 20 proc. wyższe niż w handlu tradycyjnym.
„Procesy stymulujące wzrost wynagrodzeń są hamowane”
Z kolei w rozmowie z Kresami.pl były wiceminister finansów i ekonomista, dr Cezary Mech zaznaczał, że wyższe płace wymuszają działania, bez których firma wypada z rynku:
– Dla takich przedsiębiorców prostsze jest utrzymanie status quo ws. kosztów pracy, ponieważ w tym momencie mają swoją zyskowność, jednocześnie nie musząc się nadmiernie wytężać. A chcielibyśmy, żeby oni byli zmuszani do innowacyjności, a nawet wypadali z rynku dając miejsce tym bardziej operatywnym. Ale te grupy nie chcą mieć problemu – po co sobie zwiększać koszty, wykładać środki na inwestycje, jeśli może być po staremu? Dotyczy to zarówno sfery prywatnej, jak i publicznej, np. służby zdrowia. Dominuje filozofia: „im taniej, tym lepiej”. To bardzo krótkoterminowe, ponieważ problemy zdrowotne czy emerytalne siłą inercji będą się pogłębiały. Wzrost wydajności generowałby wyższe dochody podatkowe, które można byłoby lepiej alokować.
Dr Mech podkreśla niebezpieczeństwo sytuacji, w której procesy stymulujące wzrost wynagrodzeń są hamowane. – One są już na poziomie niższym, niż to było na początku tego dziesięciolecia. To są wielkości 3,2% wzrostu przeciętnego wynagrodzenia rocznie, w sytuacji, gdy kraje „frontowe”, które powinniśmy chcieć dogonić, jak Japonia, mają wzrost wynagrodzeń na poziomie 2,4%. A więc na poziomie porównywalnym do Polski, która powinna kraje Zachodu w miarę szybko dogonić. To pokazuje, że jesteśmy nakierowywani na gospodarczą zapaść w przyszłości.
Były wiceminister podkreśla, że tzw. podejście dyfuzyjne, w którym ilość pracy jest olbrzymia i tania, to droga donikąd. – Chiny wykorzystują procesy związane ze zmniejszeniem podaży pracy do skokowego wzrostu wynagrodzeń, do przymuszenia olbrzymiej gospodarki do nowych warunków i nakierowania się na przedsięwzięcia o wyższej wartości dodanej. Mało kto zauważa, że wiąże się to z brakiem podaży pracowników ze wsi, co spowodowało, że od początku ostatniego kryzysu, średnie wynagrodzenie wzrosło 2,5 krotnie– mówi dr Mech.
Rp.pl / Kresy.pl





























