Niektórzy byli bardzo okaleczeni, mieli odrąbane ręce lub nogi. Wielu uciekło przed nożami Ukraińców w tym, co mieli na sobie. Pozbawieni byli całkowicie środków do życia. Całe ich mienie, będące często dorobkiem wielu pokoleń zostało zrabowane przez Ukraińców. Brakowało zwłaszcza odzieży i kwater. Zrozpaczeni i odrętwiali z przerażenia ludzie koczowali pod gołym niebem na ulicach i placach. Szkoły i kościoły szybko się zapełniły.
– Przyszła do nas i zaproponowała , że mnie ukryje u siebie – wspomina Janina Świąder. – Powiedziała, że ma bardzo dobrą kryjówkę. Ucieszyłam się bardzo, ale gdy się w niej znalazłam, to przestraszyłam się nie na żarty. I to nie tylko dlatego, że znajdowała się ona pod podłogą w jednym z pokoi (można było w razie niebezpieczeństwa uciec na tyły ogrodu przemyślnie wydrążonym tunelem). W kryjówce tej owa nauczycielka ukrywała Żydów, do których mnie dołączyła. A to było już bardzo niebezpieczne. Niemcy, czy policja ukraińska w przypadku odkrycia takiej kryjówki się nie patyczkowali. Wszyscy od razu szli pod ścianę. Przez dwa tygodnie z duszą na ramieniu mieszkałam z małżeństwem żydowskim z dzieckiem. Małżonkowie ci byli ludźmi wykształconymi i do wybuchu wojny prowadzili we Włodzimierzu aptekę. Ich córeczka miała cztery lata i byłą bardzo ładna. Mimo strachu bardzo szybko się z nimi zaprzyjaźniłam. Wyszłam z kryjówki dopiero, kiedy udało się mamie i moim braciom załatwić mi pracę. Nikogo, kto miał zaświadczenie, że pracuje , Niemcy i policjanci ukraińscy się nie czepiali.
– Po dwóch tygodniach wyszłam z kryjówki, bo starszy brat, który był dyżurnym ruchu załatwił mi zatrudnienie na kolei. Najpierw przyjęto mnie do działu zajmującego się wydawaniem żywności dla kolejarzy. Gdy dział ten zlikwidowano, przeniesiono mnie do bagażowni. Przyjmowałam od Niemców przejeżdżających przez Włodzimierz bagaż na przechowanie i po kilku godzinach ponownie im go wydawałam. W 1943 r. sytuacja we Włodzimierzu zaczęła się pogarszać. W marcu 1943 r. część policji ukraińskiej, pozostającej na służbie niemieckiej poszła do lasu, zasilając tworzącą się UPA. Miesiąc później w mieście gruchnęła wieść, że Ukraińcy przygotowują wielką akcję przeciw Polakom, w trakcie której zamierzają wszystkich wyrżnąć. Z naszego osiedla zaczęli też znikać młodzi Ukraińcy, którzy tak jak ukraińscy policjanci zasilali szeregi UPA. Poszedł do nich także wnuk tego popa, który się z nami bawił przed wojną. Również jeden z sąsiadów z naprzeciwka okazał się zwykłym bandziorem. Jego dwaj bracia byli zaś porządnymi ludźmi. Jednym z nich był właśnie ten, który nosił żywność Żydom, ukrywającym się na jego polu. Pierwszy większy mord, popełniony na Polakach w okolicy Włodzimierza był dla wszystkich szokiem. Na tydzień przed Wielkanocą we wsi Chobułtów, leżącej 12 km od miasta Ukraińcy zamordowali rodzinę Rudnickich. Głowa tej rodziny Wilhelm był dziadkiem Józefa Czerwińskiego przyszłego żołnierza 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. Oprócz niego oprawcy zamordowali jeszcze jego żonę, trzech synów, ich kolegę i dwie zatrudnione w gospodarstwie dziewczyny. Jedna z nich mieszkała obok nas.
– Była najstarszą córką z dziewięciorga rodzeństwa z rodziny, której ojciec, jak wcześniej mówiłam, został zastrzelony przez Niemców przy ich wkraczaniu do Włodzimierza w czerwcu 1941 r. Poszła ona pracować do Rudnickich, żeby coś zarobić na utrzymanie rodziny. Matka musiała bowiem zostać w domu z resztą rodzeństwa. Ukraińcy, najprawdopodobniej najbliżsi sąsiedzi Rudnickich razem z nimi bestialsko ją zamordowali. Najpierw zgwałcili, a później strasznie zmasakrowali i wrzucili z reszta ofiar do piwnicy. Widziałam jej zwłoki, bo matka tuż przed pogrzebem przywiozła trumnę z nimi do domu. Nie chciała, by córka była pochowana razem z Rudnickimi i pogrzebała ją w grobie, w którym wcześniej spoczął jej ojciec. Dla mnie było to bardzo ciężkie przeżycie. Znałam tę dziewczynę i razem z nią się wychowywałam. Mord, którego padła ona ofiarą odbił się szerokim echem wśród ludności polskiej Włodzimierza i okolic. Owszem, słyszało się wcześniej, że tu kogoś Ukraińcy zamordowali, czy tam zabili.
– Mord na rodzinie Rudnickich był pierwszym mordem zbiorowym, popełnionym na Polakach i bardzo źle wróżył na przyszłość. Nasza kolonia zaczęła się szybko wyludniać. Chyba jako pierwsza wyjechała do centralnej Polski rodzina tej córki popa, która wyszła za mąż za Polaka. Nie chciała, żeby zarżnął ją brat banderowiec z naprzeciwka. Zostawili na kolonii duży murowany dom. Woleli nie ryzykować, tylko uciekać i ratować życie. Polacy, którzy mieli znajomych w centrum miasta, na noc chodzili do nich spać. My także tak zaczęliśmy robić. Wkrótce jednak mama zadecydowała, ze przeniesiemy się całkowicie do miasta, bo na kolonii możemy stać się ofiarą napadu. To, czego obawialiśmy się najbardziej, zaczęło się 11 lipca1943 r. W nocy zapłonęły wokół Włodzimierza łuny. Od rana miasto zapełniało się uciekinierami. Podwórka wszystkie były zastawione wozami i końmi. Kto miał jakąś rodzinę, czy znajomych, szukał u nich schronienia. Niektórzy byli bardzo okaleczeni, mieli odrąbane ręce lub nogi. Wielu uciekło przed nożami Ukraińców w tym, co mieli na sobie. Pozbawieni byli całkowicie środków do życia. Całe ich mienie, będące często dorobkiem wielu pokoleń zostało zrabowane przez Ukraińców. Brakowało zwłaszcza odzieży i kwater. Zrozpaczeni i odrętwiali z przerażenia ludzie koczowali pod gołym niebem na ulicach i placach. Szkoły i kościoły szybko się zapełniły. Ocalałym rodzinom pomoc starali się organizować księża, którzy pracowali we Włodzimierzu, zwłaszcza ks. Stanisław Kobyłecki i ks. Andrzej Gładysiewicz. Doraźna charytatywna pomoc władz kościelnych nie mogła jednak rozwiązać wszystkich problemów. W nocy wokół Włodzimierza wciąż wybuchały pożary, potęgujące grozę całej sprawy. Zdezorientowani i przerażeni ludzie szykowali się do masowej ucieczki przez Uściług za Bug do Generalnego Gubernatorstwa. Wielu od ukraińskich noży wolało nawet wyjazd na roboty do Niemiec.
W tym czasie we Włodzimierzu zaczęły w przyspieszonym tempie tworzyć się i krzepnąć struktury konspiracji. Ja, mając na uwadze, że mam na utrzymaniu mamę i jej niepełnosprawną siostrę staruszkę, początkowo się do niej nie garnęłam, nie chciałam ryzykować – wspomina Janina Świąder. – W konspiracji od samego początku byli za to moi bracia i wuj, czyli brat mojej mamy. Wuj doskonale znał język niemiecki i pracował jako tłumacz na kolei. Na jego ręce polscy kolejarze, stanowiący obsługę pociągu przemycali lekarstwa, które ten przekazywał następnie do Bielina, w którym znajdował się ośrodek mobilizacyjny jednego z ugrupowań 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. Ja do Bielina trafiłam dopiero tuz przed Wielkanocą 1944 r. Wtedy to władze konspiracyjne wydały kategoryczny rozkaz, by cała młodzież polska zgłosiła się na Bielin. Front sowiecki przybliżał się szybko i Sowieci bardzo szybko mogli wkroczyć do Włodzimierza. Istniało niebezpieczeństwo, ze polska młodzież zostanie zmobilizowana do Armii Czerwonej lub wywieziona na roboty na Wschód. Udałam się na Bielin z koleżanką i starszą pielęgniarką. Wcześniej z uwagą śledziłam wieści o działaniach zgrupowania „Osnowa”, stacjonującego w okolicach Bielina i toczącego uporczywe walki z UPA i Niemcami. W marcu 1943 r. miasto omal nie zapłaciło za działalność „Osnowy” strasznej ceny. Gdy pod Stęzarzycami jej oddziały wzięły do niewoli 72 Niemców, władze niemieckie we Włodzimierzu wpadły we wściekłość. Rozpoczęli we Włodzimierzu masowe aresztowania Polaków, uzupełniając zakładnikami rzesze więźniów.
W sumie zatrzymali około trzystu osób. Wśród grupy tej znalazł się też mój wuj. Dla porządku dodam, że nazywał się on Kazimierz Czerkawski i mieszkał razem z nami. Pamiętam, jak go aresztowano. Wcześnie rano przyszła do domu policja ukraińska. Wtargnęli tak brutalnie, że moja matka zaniemówiła. Dosłownie ją sparaliżowało. Braci już nie było, ukraińscy policjanci o nich się nawet nie pytali. Jak wpadli do mieszkania, to od razu zaczęli rewizję. Przewrócili wszystko, co było w domu. Znaleźli m.in. aparat fotograficzny i z triumfem oświadczyli, że złapali polskiego szpiega. Jeszcze zanim wujka zabrali, zdążyłam mu przygotować jakąś kanapkę, składającą się z kromki chleba i słoniny. Z nią w kieszeni poszedł do więzienia. Rano po mieście gruchnęła też wieść, że aresztowano także księdza Stanisława Kobyłeckiego. Po jakimś czasie okazało się, że Niemcy poprosili go o pośrednictwo w sprawie wymiany niemieckich jeńców na polskich zakładników, wziętych we Włodzimierzu. Dzięki niemu wymiana doszła do skutku i wszyscy zakładnicy zostali zwolnieni. Oczywiście nie tak od razu. Wujek siedział jeszcze kilka dni, zanim cała transakcja została sfinalizowana. Miała ona dramatyczny przebieg. Obie strony sobie nie ufały. Ksiądz Kobyłecki okazał się jednak znakomitym dyplomatą. Nie ugiął się przed żądaniami Niemców, którzy domagali się, by partyzanci wcześniej zwolnili jeńców i dopiero wtedy oni wypuszczą zakładników. Ksiądz Kobyłecki twardo się jednak domagał, by najpierw wyszli na wolność zakładnicy i dopiero wtedy partyzanci wypuszczą jeńców.
– Wkrótce kilka niemieckich samolotów zbombardowało pozycje zgrupowania wokół Bielina w kilku otaczających go wsiach, m.in. w Turówce, Puzowie i Sieliskach, w których zaatakowały młyn. Następnego dnia, a była to Wielka Sobota, Niemcy nas nie atakowali i wszyscy przygotowywaliśmy się do świątecznego śniadania, oczywiście na tyle, na ile to było możliwe w warunkach polowych. Pierwszego dnia Świąt Wielkanocnych zbombardowany został Bielin. Straty spowodowane nalotem były bardzo duże. Ja nie otrzymałam przydziału bojowego. Przydzielono mnie do służby pomocniczej, zajmującej się opieką nad ludnością polską, zgromadzoną w Bielinie , która schroniła się w nim pod opieką partyzantów. Trafiłam do domu, w której mieszkała młoda kobieta z dziećmi i ojcem staruszkiem. Mąż tej kobiety walczył natomiast w jednym z partyzanckich oddziałów. Po kilku dniach wraz z resztą ludności cywilnej zaczęliśmy wycofywać się na wschód. Wkrótce przeszliśmy Turię i znaleźliśmy się na stronie zajętej przez wojska sowieckie. Patrole sowieckie bardzo szybko nas ogarnęły i cała kolumnę wozów z kobietami, dziećmi i starcami przepchnęły na tyły. Wieczorem znaleźliśmy się w Kupiczowie. Wieś była już opuszczona przez ludność. O trzeciej w nocy nagle zostaliśmy obudzeni przez sowieckie patrole. Żołnierze natychmiast kazali nam się ponownie ładować na wozy i jak najszybciej odjeżdżać na wschód. Okazało się, że wojska sowieckie cofały się przed niemieckim uderzeniem i wkrótce do Kupiczowa mieli wkroczyć Niemcy.
Ledwo zdążyliśmy załadować się na wóz, gdy Niemcy z ciężkiej artylerii zaczęli ostrzeliwać Kupiczów. Na moich oczach zawaliła się wieża kościoła. Wieś stanęła szybko w ogniu. Od pocisków wybuchających na drodze prowadzącej przez wieś robiły się ogromne leje. Ledwie uszliśmy z życiem. Za nami do wsi wkroczyli Niemcy. Jadąc dalej spotkaliśmy oddział „Jeszcze Polska nie zginęła” dowodzony przez płk Roberta Satanowskiego, współpracującego z radzieckim ruchem partyzanckim. Pogadaliśmy tam z lekarzem, który był w tym oddziale. Ten bez ogródek powiedział nam, że nie możemy się plątać po zapleczu radzieckiego frontu. Wyjaśnił, że jak tylko Sowieci zajmują jakiś teren i organizują administrację, to natychmiast wywożą do Rosji cała młodzież. Poradził nam, byśmy dołączyli do jego oddziału. Wyjaśnił, że jak Sowieci wkroczyli na tereny, na których Satanowski operował, to ten rozwiązał oddział. Tylko jego niewielka kadrowa część miała zostać przerzucona za Bug. Pozostali mieli udać się do Kiwerc, w których miał powstać ośrodek mobilizacyjny do Wojska Polskiego. Ów lekarz, z którym rozmawialiśmy, doradził nam wszystkim dołączyć do nich i też pojechać do Kiwerc. Nikt z naszej grupy złożonej z młodych dziewcząt nie miał ochoty na wyjazd w głąb ZSRR do pracy w zakładach zbrojeniowych. Dołączyłyśmy do grupy Satanowskiego i ruszyłyśmy do Kiwerc. Czułyśmy się z nią bezpiecznie, bo jej członkowie mimo, że należeli do rozwiązanego oddziału, mieli jeszcze broń.
Cdn.
Marek A. Koprowski








