Rozbroiliśmy sekretarza

Uczestniczyliśmy również w akcjach zbrojnych, polegających głównie na rozbrajaniu milicjantów, ubowców i innych posiadaczy broni. Najsłynniejszą naszą akcją było rozbrojenie sekretarza PPR w Piotrkowie.

Stanisław Szefer jest jednym z działaczy piotrkowskiego oddziału Ogólnokrajowego Związku Byłych Żołnierzy Konspiracyjnego Wojska Polskiego, urodził się w Piotrkowie Trybunalskim w 1928 r. Jego siostra urodziła się dwa lata później, a najmłodszy brat w 1940 r. , gdy trwała już wojna. Matka Stanisława Szefera prowadziła dom i zajmowała się wychowywaniem dzieci. Ojciec, będący cieślą, zarabiał na utrzymanie rodziny.

– Gdy wybuchła wojna, miałem niespełna 12 lat, ale pamiętam wszystko, co się wówczas działo – wspomina. – Głównie dlatego, że moja rodzina była od samego początku związana z konspiracją. Mój wujek Henryk Białas dowodził m.in. grupą dywersyjną, która w Piotrkowie została zorganizowana jeszcze w sierpniu 1939 r. Jej zbiórki odbywały się m.in. na naszym podwórku.

Patriotyczna atmosfera

– Nikt nigdy się o tym nie dowiedział, bo atmosfera wokół nas panowała bardzo patriotyczna. Jak Niemcy wkroczyli, nie znalazł się żaden donosiciel. Mój wujek był dzięki temu jednym z założycieli polskiej konspiracji w Piotrkowie Trybunalskim, czyli Związku Walki Zbrojnej. Dopiero po jakimś czasie ja sam zorientowałem się, czym zajmował się brat mojej matki. Je też zostałem wciągnięty w konspirację, choć nie oficjalnie, ale pośrednio. Moi starsi koledzy zaczęli mnie używać do obserwacji agentów gestapo, którzy przechodzili wzdłuż naszego domu, idąc z centrum miasta do siedziby niemieckiej służby bezpieczeństwa. Pamiętam, że szczególnie zajmowałem się obserwacją Niejakiego Kułaka, ponad wszelką wątpliwość donosiciela gestapo, w wyniku donosów którego szereg osób zostało aresztowanych. Większość trafiło do obozów koncentracyjnych lub wprost zostało rozstrzelanych na ulicach Piotrkowa. Ze względu na to, że ja jako młody chłopak nie wzbudzałem podejrzeń, to mnie używano do jego śledzenia.

Śledzenie konfidenta

– Miałem bardzo precyzyjnie ustalić, w jakich godzinach ów drań zjawia się w gestapo, ile zajmuje mu przejście od niej do swego domu. Kazano mi też ustalić, czy idzie sam, jak się zachowuje na ulicy itp. Ustaliłem, że osobnik ten niezwykle punktualnie w samo południe opuszcza siedzibę gestapo i idzie do swego domu. Po złożeniu przeze mnie meldunku, grupa likwidacyjna czekała na niego przy Krakowskim Przedmieściu. Formalnie jednak członkiem Armii Krajowej nie byłem. Zawsze odpowiadano mi, że jestem za młody. Nawet pod koniec wojny, gdy chciałem wstąpić do oddziału, czyli do 25 Pułku Armii Krajowej, stacjonującego w rejonie Bankowice-Mokra, ale wuj twardo odpowiedział, że wojsko to nie przedszkole. Po wyzwoleniu, jak tylko wkroczyli Rosjanie uznałem, że trzeba coś robić, bo nie można być obojętnym wobec tego, co zaczęło się w Piotrkowie dziać. Jedna okupacja została zastąpiona przez drugą. NKWD i UB aresztowało AK-owców wraz z rodzinami i osadzało ich w poniemieckim obozie przy ul. Wojska Polskiego w Piotrkowie.

Nikt nie był pewny dnia ani godziny

– Żaden członek AK nie mógł być pewny dnia ani godziny. Sowieci czuli się jak u siebie. W kwietniu 1945 r. oddział AK dokonał ataku na obóz, w którym za drutami siedzieli ich koledzy i uwolnił osadzonych. To jeszcze bardziej rozsierdziło władze. Młodzież nastawiona patriotycznie szybko zaczęła się organizować. Ja wstąpiłem do harcerstwa rzemieślniczego, gdzie spotkałem kolegę, który poinformował mnie, że powstaje Konspiracyjne Wojsko Polskie i zaproponował, bym wstąpił do niego. Złożyłem przysięgę, otrzymałem pseudonim „Czarny” i zacząłem działać w grupie liczącej jakieś osiem osób. Naszą działalność zainicjowaliśmy szkoleniem z zakresu posługiwania się bronią i w ogóle szkolenia wojskowego. Przystąpiliśmy też do działań propagandowych, rozwieszając najróżniejsze plakaty i ulotki. Uczestniczyliśmy również w akcjach zbrojnych, polegających głównie na rozbrajaniu milicjantów, ubowców i innych posiadaczy broni. Najsłynniejszą naszą akcją było rozbrojenie sekretarza PPR w Piotrkowie.

Zabraliśmy mu pistolet

– Zabraliśmy mu belgijską FM-kę kaliber 7,65. W grudniu 1946 r. zostałem aresztowany. Zatrzymała mnie milicja, która szybko przekazała mnie Urzędowi Bezpieczeństwa, sama bowiem przestępstwami politycznymi się nie zajmowała. Tam poddano mnie śledztwu. Początkowo brutalnemu, bo do niczego się nie przyznawałem. Ze względu jednak na to, że stopniowo wszystkich kolegów aresztowano, którzy przyznawali się do wszystkiego, nie było sensu zaprzeczać i też się przyznałem. Jak moją sprawę przejął major Pietrzak, to już mnie nawet nie bito. Gdy sporządzono akt oskarżenia w mojej sprawie, przewieziono mnie do więzienia w Łodzi, tam też odbył się mój proces, w kwietniu 1947 r., w trakcie którego dostałem dwa lata więzienia.

W więzieniu w Piotrkowie

– Wyrok odbyłem w więzieniu w Piotrkowie. Skazano mnie z artykułu 86 paragrafów 1 i 2 Kodeksu Karnego Wojska Polskiego art. 4 za nielegalne posiadanie broni i art. 259. Po wyjściu na wolność miałem problemy ze znalezieniem pracy. Do zakładu introligatorskiego, w którym pracowałem do momentu aresztowania, wrócić nie mogłem, bo go po prostu nie było. Został zamknięty. Jego właściciela wykończono domiarami. Przez jakiś czas byłem bez pracy. Gdy znalazłem ją wreszcie w jakiejś drukarni to okazało się, że jej dyrektorem był przedwojenny komunista. Jak zobaczył moją ankietę personalną, to wylał mnie na bruk po trzech dniach. Znów zostałem bezrobotny, ale w końcu kolega znalazł mi zatrudnienie w spółdzielni. Tam przepracowałem 37 lat, z której w wieku 54 lat odszedłem na wcześniejsza emeryturę. Przebywam na niej już 30 lat.

Marek A. Koprowski

forma płatności