Berling tego słuchał, słuchał, ale przy którejś rozmowie się zdenerwował i powiedział – panie poruczniku, nad pana i innych oficerów głowami to Polska przejdzie do porządku dziennego, a żołnierzy to i tak weźmiemy!
Tuż przed Prypecią kolumna dywizji, w której u boku „Zająca” maszerowała Halina Górka-Grabowska dotarła do leśnego pasa.
– Nasz przewodnik wskazał nam w lesie złą drogę – mówi panie Halina – Nie zaprowadził nas na dukt, którym doszlibyśmy wprost na kładkę przerzuconą przez rzekę w miejscu, gdzie była ona najwęższa i najpłytsza, ale kilka kilometrów dalej. Trzeba było wzdłuż rzeki po bagnach, po kanałach irygacyjnych, przeskakiwać w lesie w stronę kładki, by w końcu wyjść na otwartą przestrzeń. Niemcy nie spodziewali się, że idzie tuż obok nich duża kolumna. „Zając” zlikwidował ich ukryty w leśnej ziemiance punkt obserwacyjny, rozwalając również znajdujący się tam telefon polowy. Idąc na czele, kazał kolumnie jak najszybciej maszerować w stronę Prypeci. Okazało się, że nie było to takie proste. Niemcy za lasem ułożyli na niskiej wysokości zasieki , na których kolumna od razu ugrzęzła. Zaczęliśmy rzucać na nie płaszcze , żeby można było po nich przejść i jak najprędzej pokonać odległość dzielącą nas od rzeki, wynoszącą jakieś trzysta, czterysta metrów. Wszystko to działo się pod ogniem sowieckim, od którego padli pierwsi zabici, a także niemieckim. Gdy kolumna ostatecznie dotarła nad rzekę, kryjąc się wśród zarośli i trzcin zaczęła posuwać się wzdłuż niej szukając kładki.
Chcieli przepływać wpław
– Widziałam, że wielu żołnierzy chciało się rozbierać i przepłynąć rzekę wpław, by jak najszybciej znaleźć się po drugiej stronie rzeki, na brzegu, który wydawał się być wybawieniem. Za nim rozciągała się łąka , wydająca się całkiem bezpieczna. U wielu kolegów widziałam jednak w oczach strach. Nie umieli pływać, bali się rozebrać. Woda była zaś zimna, a nurt rzeki rwący, a jej dno niewidoczne. „Garda”, który dołączył do czoła kolumny wydał wtedy rozkaz, by z pasów żołnierskich sporządzić linę, przywiązać ją do drzew po obu stronach rzeki i ci żołnierze, którzy nie umieją pływać, przy jej pomocy mieli ją pokonać. Pomysł był świetny, ale niestety zaimprowizowana lina nie wytrzymała i w połowie pękła. Na naszych oczach topili się koledzy. Pierwszymi ofiarami wody byli m.in. dowódca I kompanii, jego zastępca i wielu innych. Topili się też ci, którzy usiłowali przepłynąć rzekę wpław. Kto nie zdjął kożucha i w nim zanurzył się w wodzie, ten szybko szedł na dno i ginął nam z oczu. Był 27 maja, czyli szczyt wiosny, pory, podczas której Prypeć jest wyjątkowo głęboka. „Zając” starał się opanować sytuację i mobilizował wszystkich, by jak najszybciej maszerowali w stronę kładki, bo jeżeli dłużej zostaniemy w tym miejscu, to albo Ruscy, albo Niemcy nas wystrzelają. Na moich oczach 14-letni chłopak , który dobrze umiał pływać, rozebrał się do naga, przepłynął przez Prypeć i doczołgał się do zauważonego radzieckiego żołnierza i przekazał mu nasza prośbę, by podał po linii, żeby Sowieci przestali do nas strzelać, bo jesteśmy polskimi partyzantami, którzy chcą się do nich przedostać.
Najdziksze instynkty
– Sowieci istotnie przestali do nas strzelać, ale Niemcy nie. Ja z „Zającem” szłam na końcu kolumny, którą ten przepuszczał przed sobą poganiając żołnierzy. Po drodze widziałam wielu rannych, leżących nad brzegiem. Mieli porozwalane głowy, krwawiące, pokaleczone o druty kolczaste nogi i ręce. Jęczeli, prosili, a raczej błagali o pomoc. Sytuacja wyzwalała w ludziach najdziksze instynkty. Widziałam strasznie pokaleczonego chłopaka, obok którego przebiegał ojciec, nie zważając na jego błagalne okrzyki – tata pomóż! – On jak oszalały pędził w stronę kładki, nie zwracając na nic uwagi. Byłam wobec tego całkowicie bezradna. Nie miałam środków opatrunkowych, nie posiadałam odpowiedniego przeszkolenia. Mój niewielki woreczek mieścił tylko zapasową bieliznę na zmianę i pistolet z pięcioma nabojami. Jak „Zając” przepędził całe towarzystwo, odruchowo sięgnęłam do tego woreczka i na jego dnie przypadkowo znalazłam kawałek zasuszonego sera, o którym zapomniałam. Spoczywał on w mojej torbie od lutego, kiedy to otrzymałam go od ciotki, będąc na obchodzie partyzanckim. Nie popsuł się, bo był sporządzony według typowej wołyńskiej receptury, jeszcze w lecie ubiegłego roku. Robiło się go z sera, jaj i śmietany, a następnie suszyło na słońcu. Wołyńskie gospodynie przygotowywały takie sery na ciężkie zimy. Głównie z powodu, że krowy latem dawały więcej mleka i można było z niego robić zapasy. Gdy znalazłam kawałek tego specjału w swoim woreczku, dałam go „Zającowi”. Ten swoim kozikiem podzielił go na dwie części i przystąpiliśmy do jego jedzenia, siadając na brzegu rzeki.
Było mi wszystko jedno
– Zaczęliśmy przy tym się śmiać i cała sytuacja wyglądała surrealistycznie. Przechodzący obok żołnierze patrzyli na nas jak na wariatów. W końcu doszliśmy do kładki, wykonanej bardzo prymitywnie. Większość żołnierzy przeszła pod nią. Prypeć w tym miejscu miała bowiem z pół metra głębokości. Ja twardo oświadczyłam , że – pod kładką nie pójdę, tylko po niej. Miałam już mokre buty, byłam wściekła i było mi wszystko jedno, czy idąc po kładce zastrzelą mnie Niemcy, czy nie. „Zając” też nie przejął się, że kładka jest pod niemieckim ostrzałem i też poszedł za mną. Szczęśliwie udało się nam przeskoczyć na drugą stronę rzeki. Panowało tam zamieszanie, wielu leżało rannych. Żołnierz radziecki wskazał nam ścieżkę przez las, którą mamy pójść. Dotarliśmy na skraj jakiejś wioski, gdzie wszystkim kazano nam zdać broń. To, co nie stało się nad Turią, spełniło się za Prypecią. Nawet lornetkę zabrano „Zającowi”. Rozstanie „Zająca” z visem było straszne. Myślałam, ze się rozpłaczę. Wcześniej beznamiętnie wystawił na kupę stena, pepeszę, kilka granatów i kupę amunicji, którą wcześniej miał w plecaku, oszczędzając aż do przesady. Po rozbrojeniu kazano nam iść dalej… Następnie oddzielono oficerów od szeregowców. Ja zostałam z szeregowcami, a „Zając” w chacie z oficerami. Po pewnym czasie żołnierz radziecki wywołał mnie z tłumu żołnierzy. Okazało się, że oficerów spytano, czy wśród szeregowców nie mają swoich bliskich, rodzin itp. „Zając” ni z gruszki ni z pietruszki wypalił, że ma żonę, czyli mnie. Od tej chwili byłam formalnie jego żoną. Zaprowadzono mnie do chaty, gdzie byli oficerowie i z nimi zostałam.
Wizyta w szpitalu
– Na następny dzień, po nocy przespanej w jakiejś chacie ”Zając” zażądał od radzieckich opiekunów widzenia się z rannymi żołnierzami, którzy sami zdołali przejść na drugą stronę Prypeci, bądź nocą zostali zebrani z niemieckiego brzegu przez radzieckich zwiadowców. Ci się zgodzili i zawieźli „Zająca” do szpitala, w którym umieścili rannych. Zastał w nim swojego adiutanta, który na gdzieś zdobytym papierze próbował spisywać nazwiska rannych, ich pseudonimy, z jakiego oddziału pochodzą, gdzie i jak zostali ranni. Zdążył spisać sto kilkanaście nazwisk i wręczył ją „Zającowi”, który ją starannie ukrył i ujawnił dopiero po wojnie. Wkrótce wszystkich rannych wywieziono do szpitali w głębi Związku Radzieckiego. Niektórych aż do Rostowa nad Donem. Niewiele osób znalazło się w tym samym szpitalu chociaż w sumie wszystkich rannych było stu trzydziestu. Adiutantowi, który pierwszy zaczął ich spisywać nie uszło to na sucho. W szpitalu to zauważono i uznano, że skoro zajmuje się taka buchalterią, to nie jest ranny i wypisywano go z placówki. Później żołnierzy przywieziono do Kamienia Koszyrskiego, gdzie pozwolono oficerom z nimi się spotkać. Przebywaliśmy tam kilka dni nawet w dobrych warunkach. Później samochodami ciężarowymi przetransportowano nas do Kiwerc. Tu kazano nam samodzielnie wykonać sobie obozowisko. Kolumną, która nas przewoziła dowodził młody podporucznik o nazwisku Siwicki. Żyje po dziś dzień, jest generałem. Do wykonania obozowiska przydzielono dość duży teren pod lasem. W sumie było nas trzysta kilkadziesiąt osób. Przebywaliśmy w nim około miesiąca. W tym czasie trwały targi pomiędzy „Zającem” a generałem Zygmuntem Berlingiem. „Gardy” nie było gdzieś, zaginął jeszcze nad Prypecią. Sowieci twierdzili, że nie wiedzą, gdzie jest i traktowali „Zająca” jako dowódcę całej grupy obdarzonego autorytetem wśród żołnierzy. Sowieci łudzili się też zapewne , że młody porucznik będzie łatwym partnerem w rozmowach lub, że da się go kupić obietnicą szybkiego awansu. Każdy porucznik chce przecież zostać kapitanem, a kapitan majorem. Jest to zupełnie naturalne u zawodowego żołnierza, na którego „Zając” nadawał się jak mało kto. „Zając” okazał się jednak twardym negocjatorem.
Rozmowa z Berlingiem
– W rozmowach z Berlingiem w kółko powtarzał , że dywizja podlega pod rząd w Londynie, a nie pod Moskwę. Podkreślał też, że musi czekać na rozkaz od przełożonych z dywizji. Berling tego słuchał, słuchał, ale przy którejś rozmowie się zdenerwował i powiedział – panie poruczniku, nad pana i innych oficerów głowami to Polska przejdzie do porządku dziennego, a żołnierzy to i tak weźmiemy! – „Zając” po tej rozmowie przyszedł do mnie i powtórzył mi słowa generała. Był podłamany. Ja się tylko uśmiechnęłam i powiedziałam – a co ja panu mówiłam. – Wróciłam bowiem z trzydniowego urlopu, w trakcie którego odwiedziłam męża mojej kuzynki, który jako legionista spędził na Syberii wiele lat, pracując przy wyrębie drzewa, gdzieś koło Nowosybirska. Gdy mu zrelacjonowałam sytuację w jakiej się znaleźliśmy, on od razu poradził mi – Halina, ty powiedz temu swojemu „Zającowi”, żeby się przestał wygłupiać, bo ludzi, którzy trochę inaczej myślą, w armii podległej Moskwie po cichutku się likwiduje i on, jeżeli będzie pyskował, to niedługo będzie żył. Ty mu powiedz, żeby uspokoił swoich żołnierzy, bo wyjazd na Sybir do przyjemnych nie należy i praca na nim także. Jak „Zając” wrócił od Berlinga, jeszcze raz powtórzyłam mu słowa męża mojej kuzynki. „Zając” czując, że nie da się już dłużej odwlekać decyzji, oświadczył żołnierzom, że mogą wstępować do wojska, wybierając według swoich predyspozycji rodzaj broni. Po jego wezwaniu żołnierze zgodzili się na wcielanie ich do jednostek.
Rozproszeni po jednostkach
– Wszyscy zostali rozproszeni po różnych jednostkach. Do żadnej nie trafiło więcej niż trzech, czterech. W piątym pułku piechoty znalazło się z naszej grupy tylko dwóch: „Zając” i ja. Szatkując nasz oddział , a później także żołnierzy z trzonu 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK i kierując ich do różnych jednostek, Sowieci, którzy w tej sprawie mieli głos decydujący sami sobie zaszkodzili. Przyczynili się bowiem do rozlania się „wołyńskiej zarazy”, czyli naszego patriotyzmu po całej armii. Mądrzej by zrobili, gdyby skoncentrowali żołnierzy dywizji w kilku karnych batalionach i wysłali na front. Wtedy wszyscy by zginęli i nikt o 27 dywizji nie miałby zielonego pojęcia. A tak nasi żołnierze, którzy poszli do jednostek, dawali świadectwo prawdzie. Trudno sobie przecież wyobrazić żołnierza naszej dywizji z Wołynia, który przeszedł tyle co ja, by mógł słuchać obojętnie kłamstw radzieckiego oficera ubranego w polski mundur, przekonującego go do przyjaźni polsko- radzieckiej i szkalującego Polskę międzywojenną.
Cdn.
Marek A. Koprowski









