Podobno rozmowa dwu sędziwych polskich arystokratek (gdzieś na emigracji) w maju 1986 r. przebiegała tak: “Moja droga Zofio, ponoć coś strasznego wydarzyło się w Czarnobylu, jakiś wybuch, katastrofa”, “W Czarnobylu? O, to dobra Chodkiewiczów, u nich tam zawsze był bałagan”.
Wesoła ta anegdotka mówi jednak o wydarzeniu na wskroś tragicznym, określanym mianem największej technogennej katastrofy XX wieku. Niebawem minie ćwierć wieku od tego wydarzenia, a już mamy kolejną, być może nie mniej groźną. Jednocześnie zaś polski rząd nie pytając społeczeństwa o zdanie chce „zaserwować” nam aż dwie elektrownie atomowe. Jakkolwiek paradoksalnie by to nie zabrzmiało: dobry to czas, by wspomnieć katastrofę czarnobylską.
Dzień 26 kwietnia 1986 roku nie wyróżniał się niczym szczególnym. Na wschodzie Polski padał drobny deszczyk, a rolnicy sadzili ziemniaki na „wypoczętych” po zimie zagonach. Również kolejne dni nie zwiastowały niczego wielkiego, jedynie nie wiedzieć czemu w drodze na pochód 1-majowy (pierwszy i zarazem ostatni na jakim w życiu byłem) kazano wszystkim pić ohydną w smaku fioletową ciecz – płyn Lugola. Dopiero na początku maja zaczęły pojawiać się informacje tyleż rewelacyjne co wręcz niewiarygodne, że gdzieś w Związku Radzieckim nastąpiła jakaś wielka awaria. A że był to dopiero początek „głasnoti” (Michaił Gorbaczow doszedł do władzy nieco ponad rok wcześniej) to i informację o wydarzeniu dawkowano społeczeństwu „nie nachalnie”. Tymczasem w nocy z 25-go na 26 kwietnia w Czarnobylu na ukraińskim Polesiu miała miejsce największa technogenna katastrofa XX wieku. W wyniku błędu obsługi czwartego reaktora tamtejszej elektrowni atomowej, oraz nieporadnych prób przeprowadzenia eksperymentu technicznego, rozerwana została ważąca 2000 ton pokrywa owego reaktora, do powietrza wraz z wybuchem uwolnione zostały radioaktywne izotopy paliwa jądrowego, głównie cezu, jodu i strontu. Radioaktywne chmury wraz z wiatrem przemieszczały się na tereny położone o wiele setek kilometrów od miejsca wybuchu. Prócz tego przez 9 dni płonął grafit z prętów stanowiących rdzeń reaktora. Skażony został obszar szacowany na ponad 145 tys. km2 powierzchni położony na Białorusi, Ukrainie i w Rosji (wówczas wszystkie te kraje były republikami Związku Radzieckiego). Z najsilniej skażonej strefy wysiedlono ok. 400 000 ludzi. Na obszarach położonych najbliżej reaktora stworzono tzw. strefy alienacji i strefy przymusowego wysiedlenia, gdzie praktycznie ludzka aktywność zamarła. Do dziś wielu ekspertów spiera się czy skala skażeń istotnie była tak duża, ile było rzeczywistych ofiar, czy trzeba było wysiedlać tak wielu ludzi. W zależności od tego czy dane pochodzą od agencji energetyki atomowej czy od „ekologów” ich wartości są daleko rozbieżne. Nie o tym jednak będzie niniejsza praca. Przyroda bowiem funkcjonuje niezależnie od ludzkich sporów i ludzkich o niej wyobrażeniach. Zaś w okolicach dawnej elektrowni w Czarnobylu, w tzw. zonie, ma miejsce niespotykany eksperyment przyrodniczy. Oto na wielkich połaciach terenu w wyniku m.in. wysiedlenia niemal całej zamieszkującej tam ludności, presja antropogeniczna spadła praktycznie do zera. Ochrona tych obszarów czy to prawna czy jedynie administracyjna powoduje, że od ponad 20 lat przyroda na nich odradza się i to w formie bujnej, obfitej i różnorodnej.
Na Białorusi
Przeważająca część (70%) najbardziej skażonej strefy znalazła się w granicach Białorusi (wówczas Białoruskiej SSR). Na tym obszarze zostało wysiedlonych 485 wiosek z czego 70 praktycznie zrównano z ziemią i zasypano piaskiem. Tereny położone najbliżej reaktora (w odległości do 30 km) nie były tak gęsto zamieszkane jak na Ukrainie, dominował tutaj krajobraz leśny i rolniczy, znaczną powierzchnię zajmowały łąki powstałe na zmeliorowanych obszarach zalewowych Prypeci i mniejszych cieków wodnych. Sama „królowa poleskich rzek” wraz ze swą doliną, starorzeczami i odnogami zajmuje ok. 1/3 powierzchni tej strefy. Główna zona to na Białorusi ok. 250 tys. ha. Na obszarze tym funkcjonowało przed wybuchem 54 sowchozy i kołchozy, poza tym znajdowało się tutaj 84 wioski i przysiółki zamieszkiwane przez ok. 22 tys. ludzi. Po wybuchu prawie cały obszar został wysiedlony i ogrodzony setkami kilometrów drutu kolczastego, ludność legalnie pozostała tylko w nielicznych miejscowościach np. Tulgowicze. Teren ten przeszedł we władanie dzikiej przyrody. Już w dwa lata po awarii, w 1988 r. w białoruskiej części 30-kilometrowej strefy elektrowni atomowej w Czarnobylu, na powierzchni 131,1 tys. ha utworzony został Poleski Radiacyjno-Ekologiczny Zapowiednik pozostający pod nadzorem Ministerstwa ds. Sytuacji Nadzwyczajnych. Obiekt ten nie ma odpowiednika w świecie. Utworzono go z zamiarem prowadzeni w strefie badań (również ekologicznych) skutków katastrofy czarnobylskiej i ich wpływu na świat żywy oraz testowania metod rekultywacji skażonych ziem. W 1993 roku jego obszar powiększono do 215,5 tys. ha (ponad 1 % powierzchni kraju). Obecnie obejmuje on trzy rejony (powiaty): chojnicki, kamarynski i nara?lański. Leży w granicach 16 leśnictw. Centrum administracyjne położone jest w mieście Chojniki, część naukowa i baza badawczo-eksperymentalna – w wysiedlonej wiosce Babčyn, a dział monitoringu radiacyjno-ekologicznego – w stacji badawczej Masany, przy granicy z Ukrainą, 10 km od elektrowni. W zapowiedniku pracuje 700 osób. Prócz badań określających stan ekosystemów, liczebność zwierzyny itp. we wszystkich 16 leśnictwach, prowadzi się planowe zalesienia (do chwili obecnej zalesiono ok. 600 ha) a także całodobowy monitoring przeciwpożarowy. Pożar w strefie może bowiem spowodować rozprzestrzenianie się wraz z wiatrem, radioaktywnych izotopów skumulowanych w roślinach, na duże powierzchnie. Odradzanie się przyrody w zonie obserwowane jest niemal od pierwszych tygodni po wybuchu. Ustąpienie czynnika ludzkiego spowodowało przede wszystkim niezakłóconą sukcesję roślinności, otwarte terenu na powrót zarastały dzikimi roślinami, najpierw trawami, a następnie krzewami i drzewami. Obszary zmeliorowane na skutek braku konserwacji urządzeń melioracyjnych powtórnie zabagniały się. „Pomogła” w tym bliskość wielkiej rzeki i jej corocznych wiosennych wylewów na ogromnych powierzchniach. W ślad za roślinnością również i świat zwierzęcy odradzał się. Nieliczne miejscowe populacje dzikich gatunków zaczęły zwiększać swoją liczebność a poza tym z okolicznych terenów migrowały tutaj w poszukiwaniu spokoju i bazy karmowej nowe osobniki. W efekcie wzrosła znacznie liczebność kopytnych, zwłaszcza roślinożerców: łosie, jelenie, sarny czy dziki, które przemieszczają się tutaj watahami po kilkadziesiąt sztuk. Doskonałą bazę karmową dla tych ostatnich stanowią porzucone sady z owocującymi drzewami. Zwiększenie liczebności kopytnych pociągnęło za sobą również rozmnożenie się drapieżników, zwłaszcza wilków. Przed katastrofą oceniano, że teren ten zamieszkuje 7 wilczych watah, dziś jest ich bez mała 20 a liczebność drapieżników szacuje się na 200 sztuk. Wilki uśmiercają rocznie ok. 1,5 tys. kopytnych a mimo to populacja tak jednych jak i drugich nie maleje. Poza tym występuje w zapowiedniku ryś, zaś w ostatnich latach zaobserwowano ślady niedźwiedzia (po raz pierwszy od przynajmniej 200 lat, na tym terenie). Wśród innych drapieżników warto wymienić gatunki obce dla Białorusi, jednak tutaj żyjące, to jenot i szop pracz. W przypadku tego ostatniego, jest to jedyne jego miejsce występowania na Białorusi. Spotykany jest tutaj również rzadki na Białorusi gryzoń – orzesznica. W „jubileuszowym” 1996 roku, roku dziesięciolecia czarnobylskiej katastrofy, sprowadzono tu 16 żubrów aby utworzyć na Białorusi jeszcze jedno wolno żyjące stado. Obecnie w zonie jest ponad 40 żubrów. W ciągu 9 lat urodziło się 30 cieląt. Zapowiednik jest miejscem najliczniejszego występowania żółwia błotnego – gatunku wymienionego w Czerwonej Księdze Białorusi jako ginący.
Teren zapowiednika to istny „ptasi raj”. Centralna jego część (Prypeć z jej doliną, starorzeczami łąkami i lasami łęgowymi) o powierzchni ponad 52 tys. ha jest potencjalną ostoją ptasią o znaczeniu europejskim (Important Bird Area). Stwierdzono tutaj gniazdowanie gatunków ginących w skali świata – orlik grubodzioby (ok. 5 par), czy też na Białorusi – kulon, który gazduje na znacznych powierzchniach pozbawionych roślinności wydm piaskowych w dolinie Prypeci. Lista i liczebność poszczególnych rzadkich gatunków ptaków gniazdujących w strefie przyprawia o zawrót głowy niejednego ornitologa: bocian czarny – 50 par, gadożer – 15 par, orlik krzykliwy – 30 par, bielik – 10 par. Poza tym w czasie przelotów na rozlewiskach Prypeci zatrzymują się stada ptaków wodno-błotnych liczące po kilkadziesiąt tysięcy osobników, na zimowych żerowiskach spotyka się do 60-ciu bielików i do 10 orłów przednich. Wiosenne tokowiska cietrzewi gromadzą po 100 osobników. Poza tym teren zapowiednika to miejsce występowania: puchacza, czapli białej i siwej, kobuza, błotniaka łąkowego, dubelta, rybitwy białoczelnej i wielu innych gatunków. To tutaj stwierdzono jeden pierwszych w Białorusi lęgów łabędzia krzykliwego. Tylko ptaków związanych z siedzibami człowieka jest coraz mnie. Bocianów białych tylko jedna para zamieszkuje zonę. Teren ten jest też potencjalną ostoją ramsarską. O przyrodzie zony czarnobylskiej w granicach Białorusi opowiada cykl filmów dra Igora Byszniowa, białoruskiego przyrodnika, filmowca i fotografika, pt.: „Czarnobylskie dżungle. 20 lat bez człowieka”. Od kilku już lat filmuje on i fotografuje przyrodę zony ukazując jej osobliwości oraz to jak funkcjonuje. Jego fotografie zdobią liczne wydawnictwa przyrodnicze na Białorusi.
Na Ukrainie
Tereny położne na Ukrainie do czasu katastrofy były wykorzystywane gospodarczo, znajdowały się tutaj wioski i kołchozy oraz dwa duże miasta: Czarnobyl i licząca ponad 50 tys. mieszkańców Prypeć. O stopniu presji na przyrodę tego obszaru najdobitniej świadczą słowa jednego z miejscowych kłusowników, który wspomina, że kiedy w 1985 roku wybrał się na polowanie, to po przejściu 15 km nie spotkał żadnej „zwierzyny” większej od wróbla. Sytuacja radykalnie zmieniła się po katastrofie, bo w wyniku usuwania jej skutków wysiedlono w kolejnych latach ok. 160 tys. ludzi w tym całe miasto Prypeć. Tutaj podobnie jak na Białorusi na obszarze około 200 tys. ha niemal ustąpiła presja ludzka na przyrodę. Co prawda jak do tej pory nie stworzono w ukraińskiej części zony obszaru chronionego, jednak warunki jego funkcjonowania określono wyraźnie w specjalnym akcie prawnym („Ustawa o prawnym statusie obszaru, który uległ skażeniu radioaktywnemu w rezultacie katastrofy czarnobylskiej”). Proces dziczenia ukraińskiej części zony ma swoje charakterystyczne momenty. Jednym z nich jest nienaturalne rozmnożenie się gryzoni, których zagęszczenie w 1987 roku wyniosło 800 do 2100 osobników na hektar. Było ono skutkiem zasobności bazy pokarmowej (porzucone pola obsiane na wiosnę w 1986 roku). Z czasem ich liczebność spadła. Zwiększenie się powierzchni trawiastych skutkowało wzrostem liczebności trawożernych kopytnych: saren, jeleni. Element „egzotyczny” stanowiły tabuny zdziczałych koni domowych porzuconych przez gospodarzy. Jednak z czasem mieszkańcy okolicznych wiosek część z nich odłowili, a ostatnie odstrzelono. Za to dla zwiększenia bioróżnorodności tego terenu oraz wykorzystania wielkich trawiastych obszarów, w 1998 roku w rezerwacie biosfery Askania Nowa opracowano „Program utworzenia wolno żyjącej populacji konia Przewalskiego w strefie czarnobylskiej elektrowni atomowej”. Rok później przywieziono pierwsze konie do strefy. Wg staniu na 2005 rok populacja tego gatunku liczy 65 osobników w tym 48 urodzonych na wolności. Ilość łosi w strefie szacuje się na ponad 3 tys., podobnie jeleni. Poza tym według liczeń ukraińskich ekologów w zonie bytuje ok. 1,5 tys. bobrów, 1,2 lisów, 300 jenotów oraz 15 rysi. Poza tym podobnie jak na Białorusi ukraińska część zony jest obszarem cennym dla ptaków. Z rzadszych występują tu: rybołów, ostrygojad, terekia, bocian czarny, gadożer i wiele innych. W okresie zimowym obserwuje się skupienia bielików do 50 sztuk. Na uwagę zasługują również owady, zwłaszcza gatunki wpisane do Czerwonej Księgi Ukrainy: jelonek rogacz, prażnik dębowy, paź królowej.
W ostatnich latach jednak liczebność wielu zwierząt spada. Przyczyny tego zjawiska mają w większości charakter antropogeniczny: łowiectwo i kłusownictwo. Dopuszcza się w części zony polowania komercyjne np. na wilki polowano nawet z helikopterów. Poza tym, jak podkreślają niezależni ekolodzy, kłusownictwo ma znaczny wpływ na spadek liczebności takich gatunków jak: zające, lisy, sarny i jelenie. W latach 2003-05 znajdowano resztki skłusowanych koni Przewalskiego. Ich populacja w zonie nie zwiększa się, mimo braku naturalnych wrogów (tabuny koni nie obawiają się nawet watah wilków).
W 2000 roku został opracowany program pt.: „Odtworzenie naturalnego kompleksu faunistycznego i różnorodności biologicznej Polesia Ukraińskiego w strefie alienacji i obowiązkowego wysiedlenia” zwany potocznie Programem „Fauna”. Jednym z założeń Programu jest utworzenie na najmniej skażonej części zony parku krajobrazowego. Mimo jednak tak zachęcającego tytuły i zda się wzniosłych celów jest on krytykowany przez niezależnych ukraińskich ekologów. Bowiem wśród jego działań, jest też „zarządzanie populacjami podstawowych gatunków zwierząt (kopytnych i drapieżników)”. Zaś pod słowem „zarządzanie” kryje się zmniejszenie populacji wilka pięciokrotnie – rzecz jasna przez odstrzał. Innymi słowy jest to zniweczenie równowagi ekologicznej jaka się wykształciła na terenie strefy. Inne plany zawarte w Programie przywodzą na myśl pomysły hitlerowskich uczonych (lub byłego polskiego ministra środowiska), a których namiastki obserwujemy zdaje się w Kadzidłowie. Planuje się bowiem wypuszczenie na teren zony koni domowych z cechami tarpana w celu ich „dedomestyfikacji” oraz jednoczesne wypuszczenie żubrów i bydła Hecka co miałoby skutkować odrodzeniem się tura (!). Ekolodzy wskazują na liczne niebezpieczeństwa dla rodzimej fauny związane z prowadzeniem tego rodzaju eksperymentów w wolnych populacjach. Jest nim przede wszystkim hybrydyzacja międzygatunkowa, co przeczy idei ochrony ginących gatunków takich jak żubr czy koń Przewalskiego. Póki co jednak Program ów z uwagi na niezgodność z kilka aktami prawnymi Ukrainy został wstrzymany. Zaś niezależni ekolodzy jako najlepszą metodę ochrony przyrody w obszarze zony proponują ustanowienie tam zapowiednika (wzorem Białorusi), bowiem nawet obecny szczególny status tego obszaru nie zapewnia jego skutecznej ochrony.
Pisząc o części ukraińskiej warto wspomnieć o Centrum Monitoringu Radioekologicznego Strefy, które prężnie funkcjonowało do 2000 roku w Czarnobylu. Później znaczna część naukowców przeniosła się do Sławutyczy, miasta zbudowanego od podstaw m.in. dla przesiedleńców z Prypeci. W czarnobylskim Centrum pozostało tylko 4 pracowników. Jednak to naukowcy z Centrum prowadzili jedne z pierwszych badań ekologicznych na terenie zony, liczenia poszczególnych gatunków, a nawet badania nad migracjami ptaków (nadajniki satelitarne zakładane bielikom).
Strefa skażenia obejmowała również skrawek Rosji. Z terenów przy granicy z Ukrainą i Białorusią wysiedlono około 50 tys. ludzi. Jednak z uwagi na peryferyjne położenie tego obszaru nie odgrywa on większej roli w procesie naturalnego odradzania się przyrody w strefie czarnobylskiej.
Byle nie człowiek
Czarnobylski, mimowolny eksperyment przyrodniczy jeszcze się nie zakończył, można powiedzieć, że dopiero się zaczął. Jednak już po upływie tych 25 lat, które są tylko mgnieniem w cyklach przyrody, można sformułować pewne wnioski czy refleksje. Nie mają one natury przyrodniczej (ta jest stale badana) a raczej filozoficzną. Obojętnie czy prawdziwe jest twierdzenie, że człowiek jest koroną stworzenia, i bez względu na to jak silnie owym przeświadczeniem będziemy się upajać, chcemy tego czy nie chcemy, tak naprawdę jesteśmy tylko jednym, z gatunków. Igor Byszniow w swoim filmie zadał pytanie „Czy jesteśmy przyrodzie w ogóle potrzebni?”. Odpowiedź nasuwa się sama – stworzenie, bez tej „korony” doskonale daje sobie radę, może się bez niej obejść. Co więcej okazuje się, patrząc na odradzające się, kipiące wręcz, dzikie życie w zonie czarnobylskiej, że nie ma większej „katastrofy” dla niego niż człowiek. Nawet radiacja jest „do zniesienia”. Rzecz jasna wywody te nie powinny prowadzić do wniosku, iż najlepiej jakby ludzi nie było. Nie, powinny raczej skłonić do zastanowienia się nad rolą człowieka (jako istoty rozumnej) w przyrodzie, a jeszcze bardziej nad jego stosunkiem do niej. Refleksja ta prowadzi uparcie do powtarzanego wielokrotnie przez różnych mądrych ludzi stwierdzenia, że to przede wszystkim przyroda nam jest potrzeba a nie na odwrót. Że tak naprawdę nie jesteśmy w stanie jej unicestwić zupełnie, nie potrafimy rozerwać pajęczyny życia tak, aby się nie odrodziło. Ale z pewnością możemy unicestwić samych siebie. Bo nawet zona, (używając słów Byszniowa) jest domem „dla kopciuszka, dla jeża, żubra, dzika, ale … nie dla człowieka.”
Krzysztof Wojciechowski
Artykuł ukazał się pierwotnie w czasopiśmie „Dzikie Życie”, miesięczniku wydawanym przez Stowarzyszenie Pracownia na rzecz Wszystkich Istot:
[link=http://pracownia.org.pl/dzikie-zycie]
Warto może jeszcze na koniec przytoczyć kilka cytatów ze wspomnianego filmu dra Igora Byszniowa:
„Obserwuję ptasich mieszkańców grobli prowadzącej ku Prypeci i fotografuję ze wzniesienia rozciągające się poniżej łąki zalewowe. Wilk pojawia się na drodze niezauważony, dosłownie niczym wielki, szary pies, 20 metrów ode mnie. Spojrzenie ma spokojne i nieco ponure. Stoi i patrzy mi prosto w oczy. U dzikich zwierząt spojrzenie wprost oznacza wyzwanie. Oczywiście, że go nie podejmę. Nie ja tutaj rządzę, ale on, wilk. Ostrożnie wycofuję się, nie odwracając się jeszcze przez 20 metrów, i odchodzę – wilk zostaje.”
„Już dawno śmiejemy się z takich pytań: „Widzieliście w Strefie trzygłowe żmije czy wilki z dwoma ogonami?”. Jeśli nawet są tutaj zwierzęta-mutanty to nie jest to główna osobliwość Strefy. Wszędzie tu spotykamy piękne ptaki i inne zwierzęta, piękną rzekę, piękny świat. W nim nie ma tylko jednej istoty – człowieka. Lecz czy w ogóle jest tu potrzebny?”
„Spotkanie z żółwiem tutaj nie dziwi. Na Białorusi jest go najwięcej w strefie katastrofy. Dzięki tragedii, jak paradoksalnie brzmi to zestawienie słów, w Poleskim Zapowiedniku utworzył się rezerwat dla ochrony żółwi błotnych – swoisty żółwiowy „czarnobylski raj”. Gatunek ten wpisany jest do Czerwonej Księgi Zwierząt Białorusi jako ginący. Wszędzie cierpi z powodu osuszających melioracji, a tutaj zamiast osuszenia, wiele miejsc zabagnia się. Żółwie nie tolerując ludzkiej ingerencji w przyrodę, są bardzo wyczulone na czynnik niepokojenia, ale jaki może być niepokój ze strony człowieka tam gdzie go nie ma? Żółwie – współczesne dinozaurom – przetrwały tysiące katastrof w swej historii, w tym i czarnobylską. Nawiasem mówiąc określenie „czarnobylski raj” śmiało można odnieść do bardzo licznych gatunków zwierząt – w strefie mają się one dziś bardzo dobrze. A przecież minęło raptem 18 lat od odejścia stąd człowieka. Jest o czym rozmyślać. Czy w ogóle jesteśmy potrzebni przyrodzie?”
Krzysztof Wojciechowski
