20 czerwca Kościół wspomina bł. Władysława Bukowińskiego, polskiego duchownego związanego z Wołyniem, sowieckimi łagrami i katolikami żyjącymi w Kazachstanie.
Jego biografia łączy doświadczenie Kresów, okupacji sowieckiej, przymusowych przesiedleń i tajnej pracy duszpasterskiej wśród Polaków oraz innych narodów deportowanych w głąb ZSRR.
Bukowiński urodził się 4 stycznia 1905 roku w Berdyczowie, w rodzinie Cypriana Józefa Bukowińskiego i Jadwigi ze spolszczonego rodu Scipio del Campo. Dzieciństwo spędził na ziemiach dzisiejszej Ukrainy, m.in. na Podolu. Po ucieczce rodziny przed bolszewikami zamieszkał w Polsce. W 1921 roku zdał maturę w Krakowie i rozpoczął studia prawnicze na Uniwersytecie Jagiellońskim. Ukończył je w 1926 roku, uzyskując tytuł magistra prawa. Studiował także w Polskiej Szkole Nauk Politycznych, działał w Akademickim Kole Kresowym i przez pewien czas pracował jako redaktor „Czasu”.
Decyzję o wstąpieniu do seminarium podjął w 1926 roku po rozmowie z jednym z krakowskich kleryków. Święcenia kapłańskie otrzymał 28 czerwca 1931 roku z rąk abp. Adama Stefana Sapiehy. Pracował najpierw jako duszpasterz i katecheta w Rabce oraz Suchej Beskidzkiej. W 1936 roku, na własną prośbę, wyjechał na Kresy do Łucka. Został wykładowcą katechetyki i socjologii w seminarium duchownym, a później także redaktorem i działaczem Akcji Katolickiej.
Po sowieckiej agresji na Polskę biskup Adolf Szelążek mianował go proboszczem katedry w Łucku. 22 sierpnia 1940 roku Bukowiński został aresztowany przez NKWD i skazany na osiem lat łagrów. W czerwcu 1941 roku, podczas likwidacji więzienia w Łucku przez Sowietów, uniknął śmierci w masowej egzekucji więźniów. Po wejściu Niemców wrócił do pracy w katedrze. W czasie okupacji niemieckiej katechizował dzieci, pomagał rodzinom więźniów, ratował dzieci żydowskie i wspierał polskich uciekinierów z terenów objętych ukraińskimi czystkami etnicznymi.
Po ponownym wejściu Armii Czerwonej na Wołyń został aresztowany w nocy z 3 na 4 stycznia 1945 roku razem z biskupem Szelążkiem i innymi duchownymi. Po śledztwie w Kijowie skazano go na 10 lat obozów pracy. Przebywał m.in. w obozie czelabińskim, w Bakale na Uralu, a następnie w Dżezkazganie, gdzie pracował pod ziemią w kopalni miedzi.
Z obozu zwolniono go 10 sierpnia 1954 roku, ale nie odzyskał pełnej wolności. Został zesłany do Karagandy w Kazachstanie, gdzie podjął pracę stróża na budowie i równocześnie rozpoczął tajną posługę wśród katolików. W czerwcu 1955 roku odrzucił możliwość powrotu do Polski, przyjął obywatelstwo ZSRR i zdecydował się pozostać przy zesłańcach. Był jednym z nielicznych kapłanów docierających do rozproszonych wspólnot Polaków, Niemców i innych deportowanych.
Swoją pracę opisywał krótko: „Jestem ustawicznie domokrążcą. […] Całe moje duszpasterstwo odbywa się w cudzych domach […]. Najlepiej nadaje się domek jednorodzinny, położony na uboczu. W takim domu można spokojnie się modlić, a nawet głośno śpiewać, byleby tylko były pozamykane drzwi i okna”. Odprawiał msze, spowiadał, chrzcił, błogosławił małżeństwa i odwiedzał odległe osady. W 1957 roku pracował wśród polskich deportowanych w okolicach Ałma-Aty, później wyjeżdżał także na południe ZSRR. W 1958 roku został ponownie aresztowany w Semipałatyńsku za urządzenie kaplicy w prywatnym domu. Skazano go na trzy lata obozu. Przebywał w Czumie koło Irkucka i Sosnówce.
Po zwolnieniu wrócił do Karagandy. W późniejszych latach kilka razy przyjeżdżał do Polski, gdzie spotykał się m.in. z kard. Karolem Wojtyłą, zainteresowanym sytuacją katolików w Kazachstanie. Gdy sugerowano mu pozostanie w kraju ze względu na stan zdrowia, odpowiedział: „Grób kapłana także apostołuje”. Wrócił do Kazachstanu, gdzie zmarł 3 grudnia 1974 roku.
Świadectwo o zachowaniu Bukowińskiego w łagrze zostawił greckokatolicki ks. Eliasz Głowacki, który znał go z obozu pracy. „W tym piekle zła, niesprawiedliwości, krzywdy, bólu i cierpienia szukałem człowieka – wzoru dla siebie. Tym wzorem człowieka był dla mnie przez 9 lat w łagrach i pozostanie na zawsze obecny ks. Władysław Bukowiński. Wysoki, wychudły, w lichej odzieży, lecz zawsze pogodny i uśmiechnięty. Widziałem go powracającego z pracy z klocem drzewa na ramieniu, chociaż nie wszyscy nieśli drzewo. Chciałem jak najprędzej nawiązać kontakt osobisty, lecz to sprawa niełatwa, zawsze był otoczony współwięźniami, o coś pytał, odpowiadał na pytania, tłumaczył, pocieszał, nieraz powiedział żartobliwe słówko. Dla nas kapłanów urządzał rekolekcje, dla świeckich grup mówił nauki w języku rosyjskim, ukraińskim i niemieckim. Ile światła, pociechy i siły wlewały w nasze serce jego słowa, dzięki którym przetrwaliśmy. Nie tylko słowem głosił miłość, ale czynem praktykował na co dzień. Pomagał innym nosić drzewo, dzielił się skromną porcją chleba, oddawał innym cieplejszą bieliznę, nie patrząc na narodowość lub pochodzenie. Kiedy bliżej go poznałem, starałem się go naśladować. Kontakty z nim podtrzymywały mię na duchu, zrozumiałem wartość cierpienia, dzięki czemu nie załamałem się – owszem wzrosła we mnie wiara i nadzieja lepszego jutra”.
Władysław Bukowiński został beatyfikowany 11 września 2016 roku w Karagandzie.
Czytaj też:
Noc, mróz i bydlęce wagony. 10 lutego 1940 roku rozpoczęły się deportacje Polaków do ZSRR
Na Uralu zdewastowano groby polskich zesłańców
Kresy.pl






























