“Washington Post” pisze o intensywnym zaangażowaniu Iranu w walkę z “Państwem Islamskim” na terytorium swojego zachodniego sąsiada. Przyznaje też, że administracja Obamy aprobuje ten stan rzeczy.

Autorzy artykułu, powołując się na “ważnego kleryka islamskiego, bliskiego przywództwu Iranu” twierdzą, że ten Teheran wysałał do współpracy z władzami Iraku ponad tysiąc doradców wojskowych, którzy mają pomóc irackim siłom bezpieczeństwa organizować walkę z tak zwanym “Państwem Islamskim”. Kleryk ów twierdził nawet, że to właśnie dzięki działalności Irańczyków udało się powstrzymać ekspansję takwirystów na północy Iraku. W dodatku rząd iracki bardziej niż na armii narodowej, polegać może w boju na szyickich ugrupowaniach zbrojnych z południa kraju, które mają swoje własne, wieloletnie związku z Teheranem. Jedno z nich – iracki Hezbollah liczy sobie już, według gazety, 30 tys. bojowników.

Zagrożenie ze strony ISIL doprowadziło do uśmierzenia tradycyjnej wrogości USA względem Iranu. Choć przedstawiciele administracji Obamy zapewniają, że nie ma bezpośredniej kooperacji z Irańczykami działającymi w Iraku, to jednocześnie amerykańscy sztabowcy akceptują ten stan rzeczy. Jednocześnie boją się “problemów po”, kiedy to wpływy Iranu u jego zachodniego sąsiada jeszcze się wzmocnią, mimo upadku premiera Nuriego Al-Malikiego, na którego dymisję Amerykanie nalegali w nadziei osłabienia związków irackiego rządu z Teheranem.

“Washington Post” potwierdza, że w Iraku są nie tylko irańscy doradcy wojskowi ale także doborowe oddziały irańskiego Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, a na linii frontu pojawia się sam ich głównodowodzący – generał Kasim Sulejmani.

Do współpracy z Irańczykami, w tym odbierania od nich broni, przyznali się także członkowie administracji Irackiego Kurdystanu, do tej pory będącego ścisłym sojusznikiem USA w regionie.

washingtonpost.com/kresy.pl

forma płatności