Zostać czy wyjechać? Oto jest pytanie

Ostatnimi czasy w Moskwie rozmowy zaczynają się i kończą tematem emigracji. Gdzie jedziesz? Może wyjedziemy razem? Izrael, Ameryka, Wielka Brytania, Europa Zachodnia? Co trzeba najpierw zrobić? Jeszcze niczego nie zaplanowałeś? Masz w ogóle ważną wizę?

Od tych pytań zaczyna się niemal każdą kolację. Nie jest to, broń Boże, czcza pogawędka: w ciągu miesiąca lub dwóch Moskale nauczyli się nowego słowa – Darkon (jest to paszport izraelski, który dostaje się po 365 dniach pobytu w tym kraju) oraz zasad kanadyjskiego systemu punktowego, według którego ocenia się potencjalnych imigrantów.

Jestem z rocznika, który pamięta, kiedy ostatnio inteligencja moskiewska zachowywała się w taki sposób. Pod koniec lat 70 przy każdej możliwej okazji toczyły się rozmowy dotyczące opuszczenia ZSRR; kto się na to zdecydował, gdzie planuje wyjechać i co już udało mu się załatwić.

Moi rodzice złożyli wniosek o wizę wyjazdową w 1978 roku, do Stanów Zjednoczonych wyjechaliśmy w 1981. Czasami, w czasie tych trzech lat oczekiwania, jako 11, 14 latek, pytałem mamę dlaczego musimy wyjechać.

„Żyjemy w faszystowskim kraju”, powiedziała. „ I w tej sytuacji każdy ma wybór: albo poświęcić swoje życie walcząc przeciwko reżimowi, albo wyjechać. Ja i Twój ojciec postanowiliśmy spędzić nasze życie w lepszy sposób, dlatego wyjeżdżamy”.

Podstawową przesłanką wyjazdu moich rodziców, było to, że reżim będzie trwać wiecznie, a zostanie wiązałoby się z daremną, choć heroiczną walką w obronie wolności. W rzeczywistości załamanie systemu nastąpiło już pięć lat po naszym wyjeździe, a jego ostateczny upadek po dziesięciu. Mówiąc wprost, moja matka myliła się nie mając nadziei. Dlatego zadaję sobie pytanie, czy mylę się mając teraz nadzieję?

„Pamiętasz jak kiedyś mówiliśmy, że go przetrwamy?”, zapytała moja przyjaciółka któregoś dnia. Następnie zacytowała słowa prezydenta Władimira Putina. ”Cóż, ja już nie wierze”- myśli o przeniesieniu się z rodziną do Australii.

Pewnego dnia przy kolacji, kiedy inna znajoma zaproponowała, abyśmy całą grupą przenieśli się do Berlina, powiedziałem, że to nie my, ale Putin i jego ludzie powinni się przenieść. „Problem w tym, że oni będą się zamieniać stołkami” – odpowiedziała – „ A my nie”. Innymi słowy, ona również uważała, że reżim będzie trwać wiecznie.

Najbardziej przygnębiającym aspektem tych rozmów było to, że jej pierwsza część miała miejsce w czasie protestu, a druga po nim i wszyscy moi przyjaciele byli jego zwolennikami. Osiem miesięcy temu, kiedy rozpoczął się ówczesny protest, upadek reżimu wydawał się realny dla każdego z nas. Jednak w lecie, kiedy rosyjski parlament wprowadzał coraz bardziej absurdalne ustawy, strzelając do swoich przeciwników gumowymi pociskami i wsadzając ich do więzień, poczucie bezsilności wzrosło, mimo, że protest wciąż trwał.

Nadal jednak wierzę, że jak to często bywa w długiej podróży, na jej początku mieliśmy większą jasność widzenia niż teraz w środku, kiedy nie widzimy ani miejsca, w którym zaczęliśmy, ani jej przeznaczenia. To właśnie przekonanie jest coraz trudniejsze do przekazania.

Najbardziej odpowiednim jest tutaj stare rosyjskie powiedzenie, że ”nadzieja umiera ostatnia”, które niesie ze sobą określony powiew desperacji – jak gdybyśmy wszyscy mieli umrzeć przed nią. Osobiście wolę jego angielski odpowiednik, który mówi, że – „Nadzieja żyje wiecznie”. Mam zatem nadzieję, że zgodnie z tą prawdą nie będę musiał znów emigrować.

Masha Gessen

„International Herald Tribune”

Tłumaczenie: Justyna Nieckarz

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz