Jeśli pamięć o Wołyniu w stosunkach z Ukrainą, uwolnienie ludności polskiej na Wileńszczyźnie od dyskryminacji, warunkowane poprawą sytuacji miejscowych Polaków odprężenie w stosunkach z Białorusią, nie mówiąc już o relacjach z Moskwą, mają być zakładnikiem jedności „wschodniej flanki” – to tym gorzej dla tej ostatniej. Oznacza to, że partycypowanie w ładzie euroatlantyckim na dotychczasowych warunkach odbywało się kosztem polskiej racji stanu – pisze Marcin Skalski.

Zdecydowane i bezdyskusyjne zwycięstwo środowisk patriotycznych, narodowych i kresowych zmaterializowane w formie uchwały wołyńskiej Sejmu nie zwalnia z obowiązku analizy przyczyn osiągnięcia tego pierwszego dużego sukcesu. Postawmy też przed sobą pytanie, dlaczego tak bardzo zależało nam na jednoznacznym postawieniu sprawy rzezi wołyńskieji jakie cele należy sobie stawiać w dalszej kolejności.

Batalia o prawdę trwała 27 lat, a więc po częściowym upadku PRL-u – stosując metodologię starożytnych Rzymian – upłynęło niemal jedno pokolenie. Przez cały ten czas nie wypracowano podstawowego choćby konsensusu w temacie oddania hołdu ofiarom ludobójstwa na Kresach, choć obowiązek niepodległego państwa polskiego wobec tychże nie powinien teoretycznie być podważany. A jednak na scenę polityczną, do aktywności społecznej, do publicystyki musiało wkroczyć pokolenie urodzone w schyłkowym PRL-u lub już w III RP, żeby wraz z nestorami ruchu kresowego zwieńczyć wieloletnie wysiłki.

Porównując choćby skrajnie asymetryczne traktowanie Wołynia i Katynia, nie mówiąc już o wygłaszanych wprost od czasu wybuchu zamieszek na Majdanie do okresu tuż przed przyjęciem uchwały wołyńskiej formułkach o „strzelających na Kremlu korkach od szampana”, źródeł tej patologii należy upatrywać w wyobrażeniach elit III RP o ładzie międzynarodowym. Krótko mówiąc, polska pamięć historyczna stała się zakładnikiem jednoznacznej orientacji geopolitycznej, która po 1989 miała stać się bezalternatywną. Jej obranie z kolei tak dalece utożsamiono z polską racją stanu jako taką, że wręcz uczyniono zeń synonimy.

Debatę publiczną doprowadzono do sytuacji, w której już nie tyle wszystko, co jest zgodne z polską racją stanu, jest zarazem euroatlantyckie i unio-europejskie, bo w tym przypadku przynajmniej teoretycznie pierwszeństwo miałyby interesy polskie, nawet jeśli opatrznie pojmowane. Wręcz przeciwnie – to co jest euroatlantyckie i unio-europejskie, było automatycznie dobre dla Polski.Tego nie trzeba było nawet wyjaśniać, to był po prostu podzielany zgodnie przez post-solidarnościowców i ostatecznie także post-komunistów dogmat i wyznanie wiary. Należało zatem dbać o jedność NATO i UE, licząc, że coś z tego skapnie też dla Kraju Prywiślanskiego.

W ramach wspomnianego dogmatu podzielanego i przez post-solidarność, i przez post-komunę, całkowitemu wykoślawieniu uległy tak podstawowe pojęcia jak suwerenność. Synonimem tejże stało się jej całkowite przeciwieństwo, bo inaczej nie da się nazwać upartego tkwienia w miazmatach „projektu europejskiego” czy peregrynacji po całym globie polskich decydentów w celu ściągnięcia tu obcych wojsk rozmaitego autoramentu. Po 1989 Polska nie tyle wybiła się na status członka Zachodu, co została przez niego wchłonięta – ku aprobacie jednej i drugiej strony politycznego sporu, zgodnie wieszczących bezalternatywność tego „wyboru”.

Zarówno bowiem solidaruchy, jak i komuchy, potrzebują jak powietrza istnienia Związku Radzieckiego w jakiejkolwiek formie. Jeśli w rzeczywistości ZSRR już nie ma – to tym gorzej dla tejże rzeczywistości. Pierwsi będą go widzieć we współczesnej Rosji, bez względu na jej ustrój wewnętrzny i realne posunięcia na arenie międzynarodowej, drudzy potrzebują współczesnego ekwiwalentu dawnego hegemona („wczoraj Moskwa, dziś Bruksela”). Dla pierwszych patriotycznym wyznaniem wiary i priorytetem w polityce międzynarodowej jest gorliwy i anachroniczny zarazem „antykomunizm”, a więc kopanie Rosji po kostkach, dla drugich nową świecką religią jest w miejsce radzieckiego socjalizmu unijno-brukselski liberalizm, a nowym wrogiem – w miejsce zachodnich kapitalistów – „zamordystyczny” rosyjski neo-imperializm. Skoro mimo różnych pobudek wróg i tak pozostaje ten sam, to solidaruchami zostają niekiedy dawne komuchy, a komuchami eks-solidaruchy. Czołowymi rosjosceptykami i lobbystami NATO nad Wisłą mogą być choćby i towarzysze Aleksander Kwaśniewski czy Marcin Święcicki, którzy takie dostają teraz wytyczne z zachodnich stolic, a post-solidarnościowa Platforma Obywatelska płaszczy się przed Brukselą w imię zachodnich wartości– niczym ongiś komuszki wobec Moskwy przed ich niewątpliwie szczerym (to nie sarkazm!) nawróceniem na demokrację liberalną, wolność słowa i prawa człowieka – a przeciwko „putinowskiemu”PiS-owi. Ten z kolei o realizację celów Putina oskarża KOD i samą, rzecz jasna, Platformę. Jedynie stary polityczny wyga, którego wręcz archetypowym modelem jest Leszek Miller, wyłamuje się z tego obłędnego paradygmatu, o ile oczywiście przestaje cokolwiek znaczyć w polityce.Wcześniej bowiem jako premier udostępnił bez mrugnięcia okiem kawałek polskiego terytorium amerykańskim służbom specjalnym w celu urządzenia na Mazurach ścieżki zdrowia dla talibów, zresztą za wiedzą i aprobatą swojego „szorstkiego przyjaciela”z lewicy.

Politykom III RP przyświecały więc, jak widać, różne motywacje – od najszlachetniejszych po zupełnie powszechne, właściwe większości rodzaju ludzkiego. Nie zmieniło to w żaden sposób konsensusu panującego po 1989 roku, którego erozja ma miejsce na naszych oczach. Jeszcze w 2007 roku Jarosław Kaczyński chwalił Aleksandra Kwaśniewskiego za zaangażowanie na Ukrainie w trakcie pomarańczowej rewolucji, w którą włączyli się zresztą tacy politycy jak Lech Kaczyński czy Bronisław Komorowski. Być może Kwaśniewski był wówczas na Ukrainie, bo chciał otrzymać pokojowego Nobla, Lech Kaczyński – bo przecież grzechem byłoby nie poprzeć masowych wystąpień na rzecz demokratycznego rozstrzygnięcia sfałszowanych wyborów i kursu prozachodniego Ukrainy, a Bronisław Komorowski – bo po prostu wypadało, ale motywacje te są bez znaczenia. Ważne, że wszyscy tam byli i wszyscy z grubsza zaangażowali się w to samo. Sytuacja, w której Jarosław Kaczyński chwali publicznie Kwaśniewskiego za ukraiński epizod jego prezydentury, Lech Kaczyński prowadzi dokładnie taką samą politykę, którą z kolei kontynuuje Bronisław Komorowski, w trakcie kadencji którego wybucha drugi Majdan z bezpośrednim udziałem Jarosława „Sława Ukrainie” Kaczyńskiego, nie pozostawia wątpliwości. Z różnych motywacji elit III RP wynikała dokładnie taka sama polityka zagraniczna każdej ekipy rządzącej i każdego prezydenta.

Wszyscyczołowi politycy III RP dążyli do poszerzenia strefy wpływów euro-atlantyzmu i rozszerzenia Unii Europejskiej na Wschód. Patronem bądź hegemonem tych projektów zawsze były i są Stany Zjednoczone, wobec tego nawet najbardziej „ultra-patriotyczne” siły polityczne w Polsce uzasadniały swój patriotyzm między innymi deklaracjami, iż ”jesteśmy wiernymi sojusznikami Ameryki”. Zupełnie tak, jakby było oczywiste, że wierność USA jest po prostu polskim patriotyzmem. Dla solidaruchów i eks-komuchów (czyli: neo-solidaruchów) dobry wujek z Ameryki był gwarantem obrony przed Związkiem Radzieckim (i tak jest nadal, mimo że ZSRR upadł, ostały się po nim jeno służby specjalne – rosyjskie FSB, ukraińskie SBU i inne), a dla eks-solidaruchów (czyli: neo-komuchów) i komuchów parasolem ochronnym dla nowego przodującego ustroju, jakim jest demokracja liberalna. Wszystko zlewa się zresztą w jedną całość w ramach fluktuacji kadrowo-ideowej, z racji tego, że jednym z najcięższych zarzutów nad Wisłą wobec polityka jest to, iż za swojej kadencji nie był dostatecznie pro-amerykański bądź zachowywał się tak niestosownie, że dobry murzyn z Ameryki musiał go publicznie zganić.

Niemniej, bez względu na ekipę rządzącą po 1989 – czy to pro-amerykańskich „patriotów”, czy też nie dość spolegliwą wobec USA „targowicę” (niekiedy wręcz trudno odróżnić jednych od drugich) – nie udało się nigdy przeforsować żadnej godziwej formy upamiętnienia w „wolnej Polsce” ofiar OUN-UPA. Nie może więc dziwić, iż towarzysz Kwaśniewski nie miał problemów z porzuceniem niemodnego już wówczas sentymentu wobec Moskwy, jak i własnych poglądów (bo i tak nigdy ich nie miał), więc przykładowo do Charkowa zabrał ze sobą jedynie stare nałogi, w związku z czym mógł zademonstrować na grobach oficerów zamordowanych przez NKWD, jak poruszać się z jedną nieczynną golenią. Z drugiej strony mamy dramatyczną śmierć w drodze do Katynia prezydenta Kaczyńskiego, któremu – miejmy nadzieję – zostanie zwrócone dobre imię w związku z insynuacjami o pijackiej eskapadzie do Smoleńska.

Skrajnie odmienne motywacje nieuchronnie prowadziły zatem polskich polityków przez całą III RP na groby katyńskie, choć nie tylko ta zbrodnia weszła do kanonu celebrowanej polskości po 1989. Dla Wołynia miejsca jednak nie było i to niezależnie od tego, czy ktoś na Wschód jechał zapić i zakąsić, czy też traktował pełniony urząd trochę bardziej serio. Solidaruch czy komuch zawsze stronił od tego tematu, mimo że swego czasu PiS najgłośniej gardłował za różnego rodzaju ostrymi uchwałami dot. Wołynia – oczywiście pod warunkiem, że wówczas nie był u władzy.

Asymetria w traktowaniu różnych zbrodni przez wzajemnie przenikające się – jeśli nawet nie osobowo, to przynajmniej ideowo – obozy dowodzi, że peregrynacje na mogiły ofiar były nie tylko składanym hołdem, ale także co najmniej tak samo istotną celebracją orientacji geopolitycznej. Nie doczekaliśmy się przez całą III RP żadnego rosjosceptycznego polityka, który mimo swojego stosunku do Moskwy traktowałby Wołyń w sposób równorzędny z Katyniem. Podziały w ogóle nie przebiegały po linii zwolennicy prawdy o Wołyniu-zwolennicy zamiatania sprawy pod dywan. W ramach konsensusu, a może i nawet konsensuróżnych opcji politycznych, bezdyskusyjnie wygrywała ta druga opcja. Wymiar odwrotnie proporcjonalny miał z kolei konsens, a więc jednomyślność, dotyczący Katynia.

Czego nas to uczy dzisiaj?

Po pierwsze, nieświadomie zakwestionowaliśmy bardzo istotny dogmat – istotny, bo dotyczący polityki zagranicznej i polityki bezpieczeństwa, z którym może się równać chyba tylko powszechnie i równie bezrefleksyjnie powielane stwierdzenie, iż Jan Paweł II wielkim Polakiem był. Z tą jednak różnicą, że bezalternatywność roli jastrzębia „świata Zachodu” niekoniecznie musi wytrzymywać krytykę merytoryczną.

CZYTAJ:Amerykanie naciskali, żeby Polska nieoficjalnie dostarczała ciężką broń Ukrainie

Rację mają ci, którzy piszą, iż Kresowianom nie chodzi wyłącznie o upamiętnienie ofiar Wołynia. Byłoby tak, o ile źle rozumiana polityka nie blokowałaby od 27 lat spełnienia elementarnego obowiązku wobec ofiar kresowego ludobójstwa. Gdyby bowiem horyzont elit III RP sięgał dalej, niż papieska kremówka, to wzięłyby sobie do serca słowa wygłoszone nie przez kogo innego, jak Jana Pawła II w Sejmie, iż „polityka to rozumna troska o dobro wspólne”.

Chcąc nie chcąc Kresowianie, środowiska patriotyczne i narodowe muszą kwestionować każdą koncepcję polityki bezpieczeństwa, która zakłada sytuację bezkonfliktową na „wschodniej flance” za wszelką cenę. Jeśli pamięć o Wołyniu w stosunkach z Ukrainą, uwolnienie ludności polskiej na Wileńszczyźnie od dyskryminacji, warunkowane poprawą sytuacji miejscowych Polaków odprężenie w stosunkach z Białorusią, nie mówiąc już o relacjach z Moskwą, mają być zakładnikami jedności „wschodniej flanki” – to tym gorzej dla tej ostatniej. Oznacza to, że partycypowanie w ładzie euroatlantyckim na dotychczasowych warunkach odbywało się kosztem polskiej racji stanu.

CZYTAJ: Źródło w PiS: USA naciskały na Polskę ws. uchwały o ludobójstwie wołyńskim

Warto przy tym podkreślić, że Kresowianie odgrywają tu rolę wyłącznie reaktywną. To nie Wołyń jest narzędziem do rewizji polityki bezpieczeństwa RP – lecz to polityka ta, zakładająca brak tarć na „wschodniej flance”, wymusza jej rewizję w celu nadania priorytetu nie abstrakcyjnej „jedności wolnego świata”, a nadania go realnemu polskiemu interesowi. Polscy atlantyści wpadli we własne sidła, które zastawili nadużywając wobec środowisk kresowych retoryki o rosyjskiej agenturze. Jak bowiem nazwą obecną sytuację? 432 posłów głosujących za uchwałą wołyńską okazało się agentami Putina? Dlaczego apologeci NATO i UE milczą, gdy ktoś rozwala im „wschodnią flankę”? Trudno bowiem uwierzyć, by nagle wszystkie siły parlamentarne nawróciły się na wiarę kresową, a mimo tego uchwała przypomina w większości dokument, który rzekomo redagować mógłby sam Putin.

Jak widać, od początku nie wierzyli oni w animowany przez siebie dyskurs o rosyjskiej agenturze wśród Kresowian, była to po prostu milicyjna pała mentalnej bolszewii na pamięć o Wołyniu i nic ponad to. Podobnie Michnik też nie obawia się realnego faszyzmu czy antysemityzmu w Polsce, gdyż uwiera go już sam patriotyzm, choć wprost tego nie może powiedzieć. Jak chce się uderzyć psa, to i kij się znajdzie. To jest sedno intencji, jakie od początku przyświecały naszym antagonistom.

Oczywiście, rachuby pałujących na oślep okazały się chybione, nie ma wojsk rosyjskich na Bugu, a przecież powinny być nazajutrz po uchwale wołyńskiej. Choć trudno w to uwierzyć, to tak samo rosyjskiej inwazji na „przesmyk suwalski” nie przybliża nawet o milimetr najbardziej choćby ultymatywne postawienie kwestii praw Polaków na Litwie. Choćbyśmy zamknęli Biełsat, odpuścili sobie demokratyczną krucjatę, a Romaszewska miała skończyć jako sympatyczna kasjerka w dyskoncie, to też nie sprowokujemy Putina do inwazji przez Białoruś.

Kiedy zresztą stało się oczywiste, że Wołynia nie da się już więcej przemilczeć, środowiska anty-kresowe obmyśliły sobie, iż nic lepszego niż głośne wyznanie prawdy nie mogło „wschodniej flanki” spotkać. „Nierozliczenie Wołynia uniemożliwi sojusz z Ukrainą” – można było gdzieniegdzie przeczytać.

Tym, co uniemożliwia sojusz z Ukrainą, nie jest jednak rozliczenie Wołynia lub jego brak. Jest tym natomiast bardzo skromny asortyment zasobów, jakimi dysponuje państwo ukraińskie – uszczuplony zresztą w sposób dramatyczny po przewrocie na Majdanie. Cokolwiek zrobi Ukraina w sprawie Wołynia, nie zmieni to jej sytuacji jako państwa słabego i pogrążonego w konflikcie. Na szczęście nie zniknie ona z mapy całkowicie, bo nadal jest nam potrzebna jako głębia strategiczna, „nawet gdyby w Kijowie miał rządzić zmartwychwstały Bandera”[ -> ZOBACZ VIDEOz udziałem Piotra Skwiecińskiego z portalu wPolityce.pl bądź CZYTAJ ARTYKUŁ]. Tak samo zresztą potrzebna jest jako państwo formalnie niepodległe samemu Putinowi, któremu absolutnie nie należy przeszkadzać w konfliktowaniu się z Ukraińcami. Z drugiej strony – nawet gdyby Ukraina wyburzyła wszystkie pomniki lidera OUN, zwróciła nam Tarnopol i twierdzę Kudak, to i tak powinna pozostać państwem słabym, docelowo klientelistycznym wobec Polski.

Kresowianie nie traktują bowiem takich kwestii jak Wołyń czy Polacy na Wileńszczyźnie jako zagadnienie geopolityczne. Owszem, realizowanie agendy kresowej nieuchronnie będzie uwarunkowane uprzednim porzuceniem roli amerykańskiego „zderzaka” na rzecz co najwyżej życzliwego obserwatora amerykańskiej rozgrywki z Rosją – a więc państwa, które wystawia na licytację swoją neutralność i zasoby, nie zamykając drzwi nawet przed komunistycznymi(!) Chinami. Na razie do amerykańskiego interesu pod nazwą „wschodnia flanka” dopłacamy najwięcej my sami. Bronimy bowiem „wschodniej flanki” NATO, a nie bronimy prawdziwej wschodniej flanki polskości, jaką są Kresy.

Marcin Skalski

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz