„Uważaliśmy, że to dla nas jedyne wyjście aby obronić swoją tożsamość narodową przed nową litewską polityką. Wierzyliśmy, że się uda. Byliśmy w dobrych nastrojach. Uchwalono Statut autonomii. Po pierwsze on stanowił, że autonomia miała być w składzie Litwy” – powiedział nam poseł Akcji Wyborczej Polaków na Litwie-Związku Chrześcijańskich Rodzin, a w latach przełomu przewodniczący rady miasta Podbrodzia Zbigniew Jedziński

Karol Kaźmierczak: Nie sposób mówić o ruchu autonomicznym Polaków Wileńszczyzny na przełomie lat 80 i 90 XX wieku bez nakreślenia kontekstu historycznego. W Polsce dość dobrze znana jest historia Wileńszczyzny w II Rzeczpospolitej, czy też w czasie drugiej wojny światowej, bo przecież tutaj niebywale aktywna była Armia Krajowa, co znalazło uwieńczenie w postaci Operacji „Ostra Brama”. Natomiast znacznie mniej wiemy o Wileńszczyźnie i tutejszych Polakach już pod władzą Związku Radzieckiego. Jak pan wspomina te czasy?

Zbigniew Jedziński:Urodziłem się w 1959 r. we wsi Dawciuny, znajdującej się tylko 10 kilometrów od Podbrodzia, ale już na terytorium republiki białoruskiej. Przyjechaliśmy do Podbrodzia w 1961 r., tak więc pamiętam tylko życie w Podbrodziu. Lata dzieciństwa zawsze wspomina się jako szczęśliwe. Czy żyło się biednie? Z reguły nie można porównywać tak odległe czasy. Pierwszy telewizor kupiliśmy około 1973 roku. Teraz każdy ma kilka telewizorów. W Podbrodziu i w kołchozach wszyscy mieli pracę. Jednak było to życie bez dostatku. Ważne było to, że każdy miał swoje własne pole, hodował zwierzęta i dzięki temu ludzie żyli. Trudno mi to porównywać z ówczesną Polską bo ja wtedy nie wyjeżdżałem. Ci z mojej rodziny, którzy do Polski wyjeżdżali mówili, że wtedy w u was żyło się lepiej.

K.K.:Rozmawiałem dotychczas z mieszkańcami rejonów wileńskiego i solecznickiego. To rejony w których Polacy stanowili i stanowią większość mieszkańców. Tymczasem w rejonie święciańskim gdzie znajduje się pana miasto, Polacy byli i są w mniejszości. Jak była realizowana polityka narodowościowa, szczególnie na płaszczyźnie oświaty, w Podbrodziu?

Z.J.:Gdy moi rodzice zdecydowali żeby oddać mnie do polskiej szkoły to w Podbrodziu funkcjonowała już ostatnia polska klasa w szkole rosyjskiej. W tej szkole były cztery klasy pierwszaków: jedna polska, trzy rosyjskie. Była szkoła litewska ale w niej chyba tylko jedna klasa uczyła się po litewsku. Było więc ukierunkowanie na rusyfikację. Często zresztą to były decyzje rodziców, bo jak mówiono z językiem rosyjskim przed człowiekiem stoi otworem kariera w całym Związku Radzieckim. A gdzie ty pójdziesz z językiem polskim – mówili niektórzy. Rodzice rozważali szanse dzieci wstąpienia na wyższe uczelnie. Była taka polityka organów władzy ale tego nacisku się tak nie odczuwało. Trudno mi to porównywać z dzisiejszym systemem nauczania, ale wydaje mi się, że poziom nauczania w tamtych czasach był dosyć wysoki. Nauczyciele wkładali duszę w nauczanie polskich klas, bo przecież było po jednej takiej klasie w każdym roku. W większości nauczycielami byli Polacy i oni pracowali zarówno w klasach polskich jak i rosyjskich.

K.K.: Istniały inne formy pielęgnowania polskiej tożsamości narodowej?

Z.J.:Zespoły ludowe były przede wszystkim w Wilnie – znany zespół „Wilia”. W rejonach było ich mniej. W Podbrodziu nie przypominam sobie istnienia takiego zespołu. Teraz każde miasteczko, każda wioska ma swój zespół. Wcześniej tego nie było.

K.K.: W jakim języku komunikowali się na co dzień mieszkańcy Podbrodzia?

Z.J.:W większości zakładów pracy posługiwano się językiem rosyjskim. Na poziomie sąsiedzkim jeśli sąsiadowali ze sobą Polacy, Litwini i Rosjanie to po rosyjsku. Ja natomiast mieszkałem na ulicy Bojarelskiej gdzie wszyscy moi sąsiedzi byli Polakami i tam mówiło się po polsku. Sposób komunikowania się zależał od tego jak bardzo wymieszane narodowościowo było środowisko.

K.K.:Jak wyglądało życie mieszkańców Podbrodzia od strony ekonomicznej? Jaka instytucja była głównym pracodawcą w miasteczku?

Z.J.:Główny pracodawcą był zakład „Modulis”. Produkował on sprzęt elektroniczny dla przemysłu zbrojeniowego. Pracowało w nim tysiąc do półtora tysiąca robotników. Na drugim miejscu pod względem zatrudnienia była fabryka tektury, gdzie ja sam pracowałem jako główny inżynier. Trzecim dużym zakładem była szwalnia. Wszystko funkcjonowało tam w języku rosyjskim, poczynając od dokumentacji technicznej, kończąc na zebraniach załogi. Wiem, że na Litwie, w Kownie, dokumentacja techniczna była prowadzona w języku litewskim. To zależało zresztą od tego do jakiego ministerstwa należał zakład. Jeśli do ogólnoradzieckiego to było po rosyjsku, a jeśli do republikańskiego to było po litewsku.

K.K.:Jak wyglądały proporcje narodowościowe w strukturach partii komunistycznej, administracji rejonowej i gminnej, w kadrze kierowniczej przedsiębiorstw? Przedstawiciele jakiej narodowości dominowali?

Z.J.:Na szczeblu republikańskim pierwszy sekretarz partii zawsze musiał być Litwinem, a drugi Rosjaninem. Na szczeblu lokalnym było podobnie. Pamiętam, że we władzach miasta Podbrodzia przewodniczącą Komitetu Wykonawczego była Litwinka. Dopiero potem do władzy dopuszczono Polaka. Edward Andriukaniec został przewodniczącym po tej Litwince. Natomiast na poziomie władz rejonu przestrzegano zasady takiej jak w całej republice. Litwini i Rosjanie. W zakładach pracy kierownicze stanowiska zajmowali głównie Litwini. W „Modulisie” był dyrektor Jonas Bendrius. Głównym inżynierem, drugą osobą po dyrektorze również był Litwin –Aloizas Ubis. W fabryce tektury dyrektorami był Rosjanin Priannikow ale w latach 80 zastąpił go Litwin. Miejscowe władze litewskie bardzo starały się aby stanowiska kierownicze zajmowali Litwini.

K.K.:Jak funkcjonowała w Podbrodziu partia komunistyczna? Aleksander Srebrakowski z Uniwersytetu Wrocławskiego przedstawił statystyki według których Polacy byli najmniej „upartyjnioną” narodowością w Litewskiej SRR. Z czego to wynikało? Partia nie chciała przyjmować Polaków, czy może Polacy nie chcieli przystępować do partii? A może jedno i drugie?

Z.J.:Odpowiedział pan na to pytanie jednym zdaniem. Jedno i drugie. W partii nie chcieli aby było w niej wielu Polaków, sami Polacy też nie chcieli wstępować. Mogę przytoczyć przykład mojego ojca, który nie pozwolił mi na przystąpienie w pierwszej klasie do dziecięcej organizacji komunistycznej, będącej pierwszym szczeblem na drabinie do partii. Należeli do niej niemal wszyscy uczniowie. Było w klasie dwóch uczniów, którzy nie należeli: ja i jedna dziewczynka. Do Pionierów też nie należałem. Wśród mojej rodziny, wśród znajomych Polaków wobec partii stanowisko było kategoryczne. Jak ktoś robił karierę to wstępował, ale ogólny stosunek był negatywny.

K.K.: Czy byli wśród tutejszych Polaków tacy, którym udało się zrobić karierę w strukturach rejonowych partii?

Z.J.:Był jeden, Jan Komaiszko, który miał stanowisko w komitecie rejonowym.

K.K.: Czy w czasach radzieckich dochodziło do konfliktów, sporów narodowościowych w codziennym życiu mieszkańców?

Z.J.:Było inaczej niż teraz. Jedną z podstawowych zasad w szkole był internacjonalizm. Oczywiście władze radzieckie robiły tak z dobrze znanych nam powodów. Aby nie mieć problemów ani z nacjonalizmem litewskim, ani nacjonalizmem polskim. To było tłumione. Na poziomie sąsiedzkim konfliktów nie zauważałem. Czasem między dziećmi bywały jakieś słowa.

K.K.: Wraz z pieriestrojką Gorbaczowa nastąpiło odrodzenie tożsamości i emocji narodowych. Odrodzenie u różnych grup etnicznych, które tutaj zamieszkiwały. Polacy wyprzedzili nawet Litwinów, bo Stowarzyszenie Spoleczno-Kulturalne Polaków na Litwie powstało w maju 1988 roku jeszcze przed litewskim Sajudisem. Jak przejawiało się polskie odrodzenie tutaj w Podbrodziu?

Z.J.:Ten okres pamiętam bardzo dobrze. Przyjechał tutaj pan Jan Sienkiewicz, co było już wcześniej uzgodnione. To pierwsze zebranie założycielskie organizacji odbyło się w Domu Kultury. W holu a nie na sali. Do sali o ile pamiętam chyba nas nie wpuścili. Wtedy wszyscy przemawiali spontanicznie, od serca, kto co myślał. Ja również wystąpiłem, przemówiłem i dostałem się do zarządu tutejszego oddziału Stowarzyszenia. Zorganizowaliśmy zjazd założycielski i kolejne zjazdy.

K.K.: Kto był właściwym inicjatorem, bo przecież ktoś musiał Sienkiewicza ówczesnego prezesa SS-KPL do Podbrodzia zaprosić?

Z.J.:Na pewno wśród inicjatorek była pani Subocz, Józef Sasimowicz i Janina Biełanowa. Pani Walentyna Subocz była przewodniczącą rady apilinki czyli gminy terenowej Podobrodzia, bo miasto miało osobną radę. Pani Subocz była bardzo aktywna została w 1990 r. wybrana do Rady Najwyższej Litwy. Był pan Edward Andriukaniec przewodniczący rady miejskiej, on też brał udział w organizacji oddziału Stowarzyszenia.

K.K.: Jak atmosfera panowała na zjazdach pierwszej polskiej organizacji? Jakie postulaty zgłaszano?

Z.J.:Jak mówiłem wszyscy występowali spontanicznie, bez żadnych przygotowań, dokumentów. Z przyczyn jakie doprowadziły do powstania Stowarzyszenia można wymienić dwie. Stwarzało ono przestrzeń gdzie można było mówić całkowicie swobodnie o wszystkich problemach i to mówić po polsku. Bo wszelkie zebrania kolektywów pracowniczych czy organizacji partyjnych wszystkie odbywały się w języku rosyjskim. Podstawowym problemem stała się nacjonalistyczna psychoza jaką rozpętał wówczas Sajudis – w prasie, w telewizji. To bardzo działało na psychikę Polaków. Choć w Sajudisie byli różni ludzie to przez media do nas trafiały informacje, że na Litwie językiem publicznym może być wyłącznie język litewski i musi się tak stać natychmiast. Polacy intuicyjnie odbierali to jako skierowane przeciw nam. My co prawda uczyliśmy się języka litewskiego w szkole, ale nie znaliśmy tego języka bardzo dobrze. Po drugie, pokolenie moich rodziców, to które widzimy na zdjęciach ze zjazdów założycielskich Stowarzyszenia Społeczno-Kulturalnego Polaków na Litwie, to pokolenie w ogóle w języku litewskim nie mówiło. Ten język przez lata nie był nam potrzebny. Tymczasem nam uświadamiają, że od jutra musimy znać język litewski bo tylko nim, na okrągło, będziemy posługiwać się w pracy. Moim zdaniem to była jedna z przyczyn dla której spontanicznie zaczęły się zebrania Polaków, choć z drugiej strony to było nasze własne odrodzenie narodowe. Zaczęliśmy mówić o swojej historii, o swoich problemach. To wtedy w każdej wiosce zaczęły powstawać zespoły ludowe. Z tego powstała organizacja: najpierw Stowarzyszenia Społeczno-Kulturalne, a potem Związek Polaków.

K.K.: Ten proces miał wymiar masowy?

Z.J.:Tak. Nikt nikogo nie naganiał, inaczej niż wcześnie, że był w zakładzie pracy spis kto ma iść na wiec. Nastało coś nowego, ludzie zaczęli sami się organizować. Zobaczyli, że od naszej inicjatywy coś zależy i tak to ruszyło.

K.K.: W 1989 roku pojawia się hasło autonomii Wileńszczyzny. 12 maja 1989 r. odbywa się pierwszy zjazd autonomistów w Mickunach w zdominowanym przez Polaków rejonie wileńskim. Tam i w rejonie solecznickim idea ta znajduje masowe poparcie, a poszczególne apilinki – gminy ogłaszają się polskimi-narodowymi od początku tegoż roku. Czy hasła autonomistyczne docierały już wtedy także do Podbrodzia znajdującego się przecież w rejonie zdominowanym przez Litwinów? Czy dotarły informacje o zjeździe w Mickunach?

Z.J.:Informacje docierały bardzo szybko. Można powiedzieć natychmiast. W 1990 r. odbyły się pierwsze niezależne wybory do samorządów. W Podbrodziu mieliśmy 15 radnych i ja też dostałem się do rady miasta. Natomiast nie trafił do niej ani jeden Litwin. Większość stanowili Polacy, ale byli też Rosjanie, kategoryczni komuniści. Informacje o proklamowaniu rejonów narodowych do nas docierały. Na okrągło mówiliśmy o tym na posiedzeniach rady miejskiej. Oczywiście przyjeżdżali panowie z Wilna. Kontaktowaliśmy się i na poziomie administracji. Struktura była taka, że był przewodniczący rady miejskiej, którym zostałem wybrany ja i mer miasta, którym też był Polak – Kazimierz Bepersz.

K.K.: A kto przyjeżdżał do Podbrodzia z ramienia ruchu autonomicznego?

Z.J.:Przyjeżdżał Stanisław Pieszko. Ale my wówczas podjęliśmy własne działania i skontaktowaliśmy się z samorządem rejonu wileńskiego, z przewodniczącym jego rady Anicetem Brodawskim i jego otoczeniem. Na posiedzeniu rady miejskiej w 1989 r. podjęliśmy uchwałę aby przyłączyć Podbrodzie do rejonu wileńskiego, co automatycznie włączało by nas do rejonu narodowego tam proklamowanego. Według ustawodawstwa litewskiego musieliśmy uzyskać zgodę rejonu wileńskiego i rejonu święciańskiego. Podjęliśmy decyzję o wysłaniu delegacji na posiedzenie rady rejonu wileńskiego. Brałem w niej udział i przemawiałem. Rada rejonu wileńskiego niemal jednogłośnie podjęła decyzję, że chce nas dołączyć. A w rejonie święciańskim było dokładnie na odwrót. Tam również pojechaliśmy delegacją, jako przewodniczący rady miejskiej tam również miałem przemówienie. Poparło nas tylko pięciu członków rady rejonu święciańskiego polskiej narodowości. To byli między innymi jak pamiętam Stanisław Rogowicz, Walerij Emelianow. Pozostałych dwudziestu radnych sprzeciwiło się naszemu postulatowi.

K.K.: Jak pan argumentował za tym postulatem?

Z.J.:Przeprowadziliśmy plebiscyt wśród mieszkańców Podbrodzia, oni w przytłaczającej większości byli za przyłączeniem do rejonu wileńskiego. Dlaczego? Bo to Wilno była dla nas centrum kulturalnym. Bardzo wielu mieszkańców pracowało w Wilnie lub pod miastem. Oczywiście nie wspominaliśmy w Święcianach o wątku narodowościowym, ale o tym wszyscy dobrze wiedzieli – i my, i nasi przeciwnicy. Oni mówili: przyłączają się do rejonu wileńskiego a potem będzie autonomia. Oni używali tego argumentu. A drugim argumentem był to, że miasto Podbrodzie było bardziej uprzemysłowione niż reszta rejonu, a z tym się wiązały dochody do budżetu samorządu. Oczywiście mieliśmy świadomość, że nam chodziło o dołączenie do rejonu wileńskiego bo automatycznie trafialiśmy do rejonu w którym już realizowano plany autonomiczne.

K.K.: Jak przeprowadzaliście państwo wspomniany plebiscyt?

Z.J.:Chodziliśmy po mieszkaniach i przedstawialiśmy sprawę. Od popierających zbieraliśmy podpisy poparcia. Potem nam zresztą zarzucono, że plebiscyt był organizowany nieformalnie. Później wzywali mnie do prokuratury rejonowej, a następnie do republikańskiej. Robili nam zarzuty właśnie z powodu tej decyzji rady miejskiej o woli dołączenia do okręgu autonomicznego. Choć pytania stawiali tak aby znaleźć materiały na Brodawskiego. Pytali czy nas agitował.

K.K.: Brodawski faktycznie był liderem ruchu na rzecz autonomii?

Z.J.:Mogę potwierdzić, że był liderem.

K.K.: Czy przedstawiciel Podbrodzia zasiadał w Radzie Koordynacyjnej, którą powołał pierwszy zjazd autonomistów w 1989 r.?

Z.J.:Nawet ja byłem chyba raz na posiedzeniu Rady Koordynacyjnej. To było naszym następnym krokiem, jak zablokowali nam możliwość dołączenia do rejonu wileńskiego, wtedy zdecydowaliśmy o delegowaniu ludzi na zjazdy autonomistów i do Rady. Kto był stałym przedstawicielem Podbrodzia w Radzie nie pamiętam.

K.K.: W czerwcu 1990 r. był zjazd w Zawiszańcach, a w październiku w Ejszyszkach. Czy odbiły się one echem w Podbrodziu?

Z.J.:Informacje docierały na okrągło. Wszyscy się tym bardzo interesowali. Nie tylko my jako radni, ale cała społeczność. Byliśmy szczerze przekonani, że to jest dobrym posunięciem wobec polityki Sajudisu.

K.K.: W lutym 1990 r. do Rady Najwyższej Litwy jako reprezentantka waszego terenu weszła Polka przewodnicząca gminy terenowej Walentyna Subocz.

Z.J.:Dobrze pamiętam tę kampanię wyborczą. Byłem w komisji wyborczej w Podbrodziu. Bardzo się cieszyliśmy. Po tych wyborach przekonaliśmy się, że mamy siłę.

K.K.: Pan uczestniczył w zjazdach autonomistów?

Z.J.:Oficjalnie jako przedstawiciel miasta Podbrodzia uczestniczyłem w zjeździe w Mościszkach 22 maja 1991 roku. Odbywał się chyba w budynku miejscowego Domu Kultury. Była pełna sala. Nie było wśród deputowanych samorządów takich, którzy by się sprzeciwiali projektowi autonomii. Uważaliśmy, że to dla nas jedyne wyjście aby obronić swoją tożsamość narodową przed nową litewską polityką. Wierzyliśmy, że się uda. Byliśmy w dobrych nastrojach. Uchwalono Statut autonomii. Po pierwsze on stanowił, że autonomia miała być w składzie Litwy. Uważam Brodawskiego za mądrego polityka i mądrego człowieka, bo zawsze był odłam bardziej radykalny, ale Brodawski zawsze podkreślał, że autonomia ma być w składzie Litwy a projekt ma trafić do litewskiego parlamentu do akceptacji. Potem jak byłem przesłuchiwany w prokuraturze w Wilnie, to sugerowano mi, że to były działania antykonstytucyjne. Powiedziałem im: „Proszę pokazać dokumenty zjazdu”. A tam było, że autonomia w składzie Litwy i do zatwierdzenia przez jej parlament. Rej wodzili umiarkowani. W pierwszym etapie autonomię popierał prezes ZPL Jan Sienkiewicz. On zresztą też był na zjeździe w Mościszkach ale stanowił jeszcze bardziej umiarkowane skrzydło. Statut autonomii stanowił, że będą trzy języki urzędowe: polski, litewski i rosyjski. Jako skutek na radzie miasta zadecydowaliśmy o realizacji tego postanowienia, o wprowadzeniu trzech języków w biurowości. Zresztą o to też zaczepiała nas potem prokuratura. Finiszem było wywieszenie polskich flag. Wisiały nad budynkiem administracji rejonu wileńskiego, rejonu solecznickiego, ale tutaj obok jest budynek rady miasta Podbrodzie i przy moim udziale i tam podniesiono flagę. Statut autonomii dotyczył przede wszystkim równoprawnego używanie języków. To najbardziej wszystkich bolało. Każdy wiedział, że może stracić pracę. Każdy jednak rozumiał także, że dalszym etapem ma być szersza struktura. To wszystko miał jednak iść drogą prawną.

K.K.: We wrześniu 1991 roku Litwini stłumili ruch na rzecz autonomii Wileńszczyzny. Zawieszono samorząd w rejonach wileńskim i solecznickim. Jak było w Podbrodziu?

Z.J.:Pamiętam, że w sierpniu wybierałem się z rodziną na wakacje do Połągi. Czekając na wyjazd dowiedzieliśmy się, że w Moskwie trwa tak zwany pucz. Gdy wróciliśmy samorządy już były zawieszone. Mer Podbrodzia otrzymał polecenie od władz rejonu święciańskiego aby zdjąć biało-czerwoną flagę. Rad miasta i apilinki nie rozwiązano pod podstawowym warunkiem, że odwołamy decyzję o trzech oficjalnych językach. Postawiono jeszcze szereg innych warunków, grożono rozwiązaniem rad jeśli nie odwołamy uchwał. Jako przewodniczący rady miasta zebrałem radnych. Powiedziałem, że wobec takiej sytuacji podaję się do dymisji. Decyzję o wielojęzyczności odwołano. Na tym skończyłem swoją funkcję. Potem wzywali mnie na przesłuchania. Nie od razu. Najpierw wzywali działaczy z rejonów wileńskiego i solecznickiego. Ze mną wzywali do prokuratury Świętej Pamięci Józefa Sasimowicza. Sugerowano nam, że prowadziliśmy działalność antykonstytucyjną. Dzięki mądrej polityce Brodawskiego i dzięki naszym decyzjom nie było podstaw do tego, bo szliśmy droga prawną.

K.K.: Jak pan ocenia ruch na rzecz autonomii Wileńszczyzny z perspektywy czasu? Czy koncepcja ta miała szanse powodzenia?

Z.J.:Każda inicjatywa, która zostaje zrodzona przez uwarunkowania, przez istniejące potrzeby jest słuszna. Bo takie były potrzeby. W tamtym okresie były warunki dla działalności i z nich korzystaliśmy. Perspektywa byłaby gdyby nie doszło puczu Janajewa. Jeszcze w styczniu 1991 roku gdy miały miejsce wydarzenia pod wieżą telewizyjną w Wilnie, nasi przedstawiciele w Radzie Najwyższej poparli Litwinów przeciw takiemu atakowi żołnierzy, wtedy właśnie Landsbergis podpisał nową ustawę o mniejszościach narodowych, w której był zapis o używaniu języków mniejszościowych. To świadczy o tym, że były wówczas takie warunki, że władze litewskie musiały iść na ustępstwa. Landsbergis zresztą sugerował wtedy także, nie nazywając tego autonomią, że możliwe jest istnienie okręgu samorządowego dla Polaków. Nawet Landsbergis to zaakceptował. Wszystko okazało się zależne od wielkiej polityki. Moim zdaniem dążyliśmy w dobrym kierunku. To było słuszne i potrzebne.

Na fotografiach zjazd założycielski oddzialu Stowrzyszenia Społeczno-Kulturalnego Polaków na Litwie w Podbrodziu. 1989 rok.

Czytaj także: Janusz Obłoczyński: Biało-czerwone sztandary na ulicach Solecznik

Projekt „Autonomiści. Historia dążeń do autonomii Wileńszczyzny” sfinansowany został ze środków Senatu RP oraz Stowarzyszenia Odra-Niemen.

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz