Zawsze czeka nas nowy romantyzm

Cierpimy na wyraźną mikromanię. A niektórzy pośród nas na coś jeszcze gorszego, na połączenie kompleksu niższości narodowej z oikofobią, odrazą do własnego domu – mówi prof. Bogusław Dopart w rozmowie z Martą Kwaśnicką.

Co prawda 210. rocznica urodzin nie jest tak okrągłą rocznicą, jak świętowane 10 lat temu 200-lecie, ale… nie można nie mieć wrażenia, że o Mickiewiczu było w zeszłym roku w naszym kraju wyjątkowo cicho. Czy nasz wieszcz jest już, jak to się teraz modnie określa, passé?

Mickiewicz nie jest twórcą wyłącznie naszym, polskim. Jest również poetą swojskim dla Białorusinów i Litwinów, a nawet dla Łotyszy i Ukraińców, którzy także dziedziczą dobra kulturalne po I Rzeczypospolitej. Specjalny stosunek mają do Mickiewicza Rosjanie – przyjaźń Mickiewicza z Puszkinem stała się przecież mitem obydwu kultur. Poeta poza tym należy nieodwołalnie do literatury powszechnej, więc najważniejsze literatury europejskie mają „Pana Tadeusza” w kilku przekładach, a Francuzi, Niemcy i Szwajcarzy wraz z nami – albo niezależnie od nas – organizują Mickiewiczowskie rocznice. Mickiewicz należy do Nieśmiertelnych, brakiem należnego kultu nie wyrządzimy mu krzywdy – wyrządzimy ją co najwyżej sobie. Wspólnota symboliczna, która nie obcuje i ze swoimi umarłymi, i ze swoimi Nieśmiertelnymi, staje się po prostu upiorem historii.

Zdaniem Stanisława Pigonia, rocznice mickiewiczowskie zawsze miały na celu pokazanie wieszcza Europie jako jednego z najbardziej reprezentatywnych wytworów naszego ducha… Dlaczego nie chcemy już „chwalić się” Mickiewiczem?

Jeżeli nie chcemy się łączyć z elitami elit w innych krajach w kulcie wielkich ludzi, których sami wydaliśmy, jeśli nie chcemy czerpać prestiżu z dzielenia się z Europą naszą lekturą dzieła geniusza i lekturą życiorysu bohatera, to mamy poważny problem psychospołeczny. Powody do niepokoju rzeczywiście są, bo objawy niedojrzałego i nietwórczego podejścia do naszej podstawowej tradycji – mickiewiczowskiej i romantycznej – wydają się aż nadto liczne. Jeżeli porównamy rocznicę Mickiewiczowską z 1998 roku, a potem 150. rocznicę śmierci z 2005 roku i to, co nastąpiło później, to widać wyraźnie opadający zapał do mierzenia się z tym dziedzictwem ze strony czynników instytucjonalnych, organizujących naszą kulturę.

W zeszłym roku na wysokości zadania stanął Kraków, gdzie Dziennik Polski i Teatr Słowackiego przedstawili widzom i czytelnikom „Pana Tadeusza” w interpretacji najwybitniejszych polskich aktorów. Pan analizował dla krakowskiej gazety kolejne księgi tego poematu…

To była dla mnie wyjątkowa przyjemność: komentować „Pana Tadeusza” paralelnie do kreacji recytatorskich aktorów takich jak Andrzej Seweryn, Anna Polony, Zofia Kucówna, Jerzy Trela, Jan Englert i inni, komentować w inspirującym dialogu z młodym socjologiem i publicystą, Marcinem Wilkiem, i w dialogu z czytelnikami gazety codziennej – co jest tutaj bardzo ważne. Kraków w dość regularnych odstępach czasu wypracowuje kolejne odczytania tego arcydzieła. Tak czynili Stanisław Tarnowski, Stanisław Windakiewicz, Stanisław Pigoń, Juliusz Kleiner i wreszcie Kazimierz Wyka. Dziś ogarniamy lepiej i bardziej metodycznie całe wewnętrzne bogactwo poematu, całe bogactwo jego sensu i bogactwo sztuki. Nawet słynący nieposkromioną erudycją komentarz Stanisława Pigonia do tego dzieła potrafimy dzisiaj poważnie wzbogacić. Była pora na nowe spojrzenie.


Czy „Pan Tadeusz” to w dalszym ciągu lustro, w którym możemy się przeglądać?

Jeszcze jak! Bo to jest epopeja o przemianie historycznej, o modernizacji, czyli o czymś, co i nas spotkało. To jest dzieło, które przestrzega przed destrukcyjnym indywidualizmem i demagogią, przed patologią obyczajów politycznych i sumienia obywatelskiego. Pokazuje też, że ludzie, którzy są dotknięci takimi patologiami, potrafią stanąć na wysokości zadania, potrafią przeobrazić się, odzyskać godność, stać się wiernymi sługami Ojczyzny. „Pan Tadeusz” tworzy bohaterską miarę poświęcenia się człowieka za innych i nawrócenia się ze zbrodni do świętości – w osobie głównego bohatera indywidualnego, Księdza Robaka (Jacka Soplicy). Ten poemat przynosi duszy metafizyczny czy religijny dobrostan, ład. W „Panu Tadeuszu” na powieści o bolesnym i ofiarnym życiu Księdza Robaka buduje Poeta wdzięczność niebu za świat taki, jaki jest, za bogactwo wszechrzeczy i za ludzki los przy wszystkich jego troskach i bólach, i przeciwnościach, których doświadcza człowiek. „Pan Tadeusz” pokazuje też najwyższe uroki polszczyzny, czar języka polskiego i wartość duchową kultury polskiej, która nauczyła się w szlachetny sposób przezwyciężać tragedie historii i zasadzki losów. Polska literatura należy naprawdę do wybitniejszych, a na pewno do najbardziej specyficznych literatur w Europie…

…czego sami często nie doceniamy.

Cierpimy na wyraźną mikromanię. A niektórzy pośród nad na coś jeszcze gorszego, na połączenie kompleksu niższości narodowej z oikofobią, odrazą do własnego domu. W toku rozmów o „Panu Tadeuszu” stworzyłem sobie takie porzekadło i chętnie je powtarzam: lubmy swoje. Lubmy swoje, bo niedocenienie prawdziwej wartości, prawdziwej wielkości, takiej zwłaszcza, która przeszła wszelkie sprawdziany uniwersalności i wzbogaciła kultury obce, świadczy po prostu o przyswojeniu sobie mentalności niewolnika. To trzeba z naciskiem podkreślać. Niewolnicze zawstydzenie samym sobą to coś u Polaków stosunkowo nowego; wytworzyło się ono w warunkach totalitarnego nacisku i totalitarnego pogromu inteligenckich elit, mających kompetentny wgląd w nasz kanon kulturalny i dorobek historyczny, a więc i słusznie dumnych ze swej tożsamości. Przy tym może niektórym ludziom konfrontacja z wszelką wielkością, nawet tak przystępną i pogodną, jaką ma w sobie „Pan Tadeusz” przychodzi z męką. Ale naprawdę warto.

Romantycy dowartościowali tradycję szlachecką. „Pan Tadeusz” to swojego rodzaju arka, w której pewne idee – kompromitowane a to w pozytywizmie, a to za PRL – dotrwały do naszych czasów.

Oczywiście, jest w „Panu Tadeuszu” cała odrębność polskości, jaką wypracowała kultura szlachecka czy też sarmacka, jeżeli traktować synonimicznie szlacheckość i sarmackość w odniesieniu do wielkiej, długiej formacji kultury polskiej od schyłku XVI wieku do połowy wieku XVIII. Była to jedna z najbardziej odrębnych i oryginalnych kultur w Europie. Stworzyła ją szlachta polska i kultura ta promieniowała bardzo, bardzo daleko: na Północ skandynawską, na Wschód moskiewski i kijowski, na Słowiańszczyznę południową. Ale, co trzeba uwydatnić, „Pan Tadeusz” mówi o przekształcaniu się Polaków w nowy, poszlachecki naród. Ziemianin żyje tam – albo niebawem będzie żył – z pracy własnych rąk. Włościanie zyskują wolność i własność. Legiony mają nową treść społeczną: polska armia nosi, co prawda, barwy narodowe, ale przecież wchodzi w skład Wielkiej Armii, gdzie panuje napoleoński porządek porewolucyjny, opadają stanowe bariery, a szeregowiec nosi w żołnierskim kuferku buławę marszałkowską. Wśród dobrych Polaków są w poemacie i tacy, którzy chwalą stosunki petersburskie, włoskie pejzaże, francuskie doktryny – bo dobrą Polką, nie metresą petersburską, jak bluźnił Norwid, jest w swoim twardym życiowym realizmie Telimena; dobrym Polakiem okaże się Hrabia, który wystawi własnym sumptem oddział, dobrym Polakiem nazwany jest Buchman, zasymilowany cudzoziemiec, trochę śmieszny doktryner. Mickiewicz opisuje w swym poemacie szlacheckim rzeczywistość społecznie bardzo zróżnicowaną. Nie możemy patrzeć na Soplicowo jako na miejsce zamieszkane tylko przez Gerwazych, Protazych i Wojskich, jakkolwiek malownicze byłyby to postaci. Są tu starcy i młodzież, arystokraci i zaściankowi szaraczkowie, ziemianie i żołnierze, godności szlacheckie i stanowiska urzędnicze, Polacy i Rosjanie. Podstawowy model obyczajów soplicowskich w poemacie jest ziemiański, ale nie tradycjonalistyczny.

Jak Mickiewicz zdołał pogodzić ze sobą te dwie przeciwstawne idee (arcykatolicki sarmatyzm i antykatolicką demokratyzację po Rewolucji 1789)? Czy „Pan Tadeusz” to propozycja jakiejś „trzeciej drogi”?

W latach 1832-1834, gdy powstawał poemat, to były dwie niewspółmierne tradycje. Społeczeństwo stanowe nie wchodziło w rachubę, problem stanowiły już tylko chorobliwe, kastowe, relikty dawnej struktury. Ale pozostawał etos narodowy, z wolnością i wiarą w centrum, i brzmiała ponadczasowa przestroga odnośnie do wartości życia publicznego: „Dopóki wiara kwitła, szanowano prawa, Była wolność z porządkiem i z dostatkiem sława”. Ten testament Pierwszej Rzeczypospolitej wypowiada Wojski. Teraz należało połączyć wolność i wiarę z równością i sprawiedliwością, obdzielić wszystkich własnością i po równo godnością. Mickiewicz to postulował, nie solidaryzował się natomiast z polityką stronnictw tzw. demokratycznych ani nie zamierzał uszczęśliwiać przyszłej wolnej Polski ustrojem w ówczesnym znaczeniu republikańskim. Zajmował stanowisko ponadpartyjne i metapolityczne, miał na uwadze perspektywę ogólnonarodową. Był z tego powodu atakowany ze wszech stron. Skarżył się na rozpolitykowanych rodaków, na emigracyjne potępieńcze swary: „Ja tu żyję niemile śród żywiołów obcych”…

Nie doceniamy tego testamentu I Rzeczypospolitej, o którym Pan wspomniał. Mówi się często, że Rosja to odrębna cywilizacja, a tym czasem o wiele bardziej można to powiedzieć o Rzeczypospolitej Obojga Narodów…

Cztery wieki unii politycznej, czterystuletnie doświadczenie politycznej wspólnoty narodów to jednak imponujące osiągnięcie. Wielka szkoda, że nie umiemy przemyśleć dzisiaj tamtych doświadczeń w kontekście wyzwań unijnoeuropejskiej przyszłości. Równie smutne, że nie potrafiliśmy zobaczyć upadku Rzeczypospolitej w szerszym, ogólnoeuropejskim kontekście, tzn. w kontekście rywalizacji, konfliktów i sojuszy między europejskimi potęgami; w kontekście wielkiej polityki na osi Europa – Rosja; a także w porównaniu z inną wielką klęską tamtych czasów – niepowodzeniem imperialnego zrywu Francji porewolucyjnej. To, że Europa nie tylko dopuściła do tego, ale że przyczyniła się walnie do powstania imperialnej Rosji m.in. kosztem upadku Rzeczypospolitej to wielki temat historiograficzny, obejmujący i strategiczne zagadnienia międzynarodowej polityki, i wielkie kwestie, w tym ciężki i zwrotny kryzys, nowożytnej cywilizacji. Nie wątpię, że mogliśmy na tym zbudować i wielką historiografię polityczną, i wielką filozofię cywilizacji; zresztą elementy takiej świetności obydwu tych dziedzin myśli w naszej tradycji intelektualno-kulturalnej istnieją, lecz świadomość tego zatraciliśmy pod jarzmem peerelowskim. Dziś najpilniejsze jednak wydaje się przemyślenie tego, co się wydarzyło w dziejach cywilizacji środkowoeuropejskiej od upadku Pierwszej Rzeczypospolitej poprzez procesy narodowościowo-kulturowe i państwowotwórcze na tych terenach w następnych stuleciach oraz poprzez konfrontacje tutejszych kultur narodowych z cywilizacją komunizmu, po „Solidarność”, pontyfikat Jana Pawła II i dzisiejsze problemy modernizacyjne. Żywię przeświadczenie, że wspólnota losu narodów, które wyewoluowały z Rzeczypospolitej nie wygasła, a zjednoczona Europa z Polską, Litwą i Łotwą, lecz bez Ukrainy i Białorusi nie jest tworem geocywilizacyjnie pełnym. Co więcej, wydaje mi się, że na wschodnich peryferiach dzisiejszej UE zachodzi odrębny proces cywilizacyjny, bez którego trudno wyobrazić sobie przyszłość Europy. Wyzbywać się w takim momencie wielowiekowej tradycji to czyste szaleństwo. Oznacza to wydanie siebie samych na brutalną niwelację, ale też oznacza zamknięcie jakichś ważnych i żywotnych dróg ogólnoeuropejskiego rozwoju. W ”Panu Tadeuszu”, i nie tylko w tym poemacie, Mickiewicz potężnie akcentuje wartość unii polsko-litewskiej. Jest wówczas przeświadczony, że stanowi ona prototyp organicznej i kulturowo wzbogacającej integracji ponadnarodowej.

„Pan Tadeusz” to zatem most pomiędzy sarmatyzmem i nowoczesnością?

Tutaj dom polski to „arka przymierza między dawnymi i młodszymi laty”. Wpływ na kształt obrazu obyczajów soplicowskich miały nie tylko młodzieńcze wspomnienia Mickiewicza z ziemi rodzinnej, bardzo tradycyjnej, ale także doświadczenia z bardziej nowoczesnej Wielkopolski, przypomnienia wylewnej gościnności, jakiej doświadczył tam poeta jesienią i zimą 1831/1832 roku. Soplicowscy starzy ludzie, ci „ostatni” – to słowo bardzo często powtarza się w poemacie – biorą ze sobą do grobu mentalne i zwyczajowe relikty dawnej Polski.

A jak, według Mickiewicza, powinni wyglądać „nowi” ludzie? Na czym ma polegać różnica?

Parę założycielską, jeśli można tak powiedzieć, tworzą Tadeusz i Zosia. Będą oni w pocie czoła pracować na chleb powszedni. Wnukowie dumnego magnata i ambitnego ziemianina – będą traktować włościan jako równych sobie; wolni wśród wolnych – dziedziczyć będą wiarę i wartości rycerskie Rzeczypospolitej. Ale błędem byłoby sądzić, że Mickiewicz przewidywał dla Polaków tylko wiejski eden i rolniczy stan. Tadeusz i Zosia mają znaczenie profetyczne jako ewangeliczni ludzie cisi, którzy – jak wiadomo – posiądą ziemię.

No właśnie, twórczość autora „Pana Tadeusza” zaciążyła na kształcie polskiego romantyzmu, który stał się bardziej zakorzeniony w katolicyzmie.

Polski romantyzm przyczynił się do odrodzenia religijności elit, ale nadał ortodoksji katolickiej nowy sens społeczny, właśnie dlatego, że ów powrót elit do wiary był łączony także z bardzo silnym impulsem demokratycznym romantyzmu.

Romantycy odczytali na nowo sens demokracji szlacheckiej – nie tylko Mickiewicz, ale i Słowacki…

Tak, odczytali polityczny i antropologiczny sens demokracji szlacheckiej, ale i stanęli na gruncie nowoczesnej koncepcji egalitarnej – na posadzie równości, którą trzeba było rozszerzyć już na całe społeczeństwo, najlepiej równając w górę, tzn. włościanom nadając herb, aby wraz z nim otrzymali pełnię dziedzictwa, pełnię praw, pełnię godności. A wracając do spraw wiary: romantyzm powiązał uniwersalistyczny katolicyzm z ideą narodu, a Kościół lokalny z duszpasterstwem narodowym. Romantycy wnieśli do religijności elementy romantycznej metafizyki i nowoczesnego indywidualizmu. Romantyzm wzbogacił artystycznie kult, wytworzył dobry klimat dla życia zakonnego, ale też objawił skłonność do synkretyzmu i sekciarstwa, proklamował na wiele sposobów mesjanizm, wyłonił towiańszczyznę – słowem, nasiał niemało fermentu religijnego.

Ten ferment religijny kojarzy się powszechnie z pojęciem mesjanizmu. Czy mesjanizm może być dzisiaj atrakcyjną ideą?

Dziękuję za pytanie o atrakcyjność mesjanizmu wobec panującego dzisiaj dogmatu o końcu tradycji romantycznej w ogóle. Dogmatu niemającego pokrycia w rzeczywistości, choć może stosownego do pogłębiających się tendencji w polityce edukacyjnej i kulturalnej odpowiednich urzędów państwowych i korporacji zawodowych. Tezę o zmierzchu tzw. paradygmatu romantycznego głosi się powszechnie, usilnie i nie bezinteresownie od lat dziewięćdziesiątych. Zanegowały ją najpierw w sposób spektakularny obchody mickiewiczowskie w roku 1998, o których wspomniała Pani na początku naszego spotkania. Teraz przeczy temu rozwój historycznych, w tym średniowiecznych i dziewiętnastowiecznych, pasji w młodym pokoleniu. Jeśli tylko żywe prądy nie ulegną stłumieniu – a środki gaszenia ducha są w naszym biurokratycznym i megamedialnym świecie olbrzymie – czeka nas wielka przygoda. Powrót do romantyzmu, ale do romantyzmu na nowo przemyślanego, a nie wstąpienie na dawną scenę i w stare dekoracje. Pewien ważny warunek takiego powrotu właśnie się spełnia: nowe odczytywanie kanonu romantycznych dzieł. Także romantycznych problemów z mesjanizmem na honorowym miejscu. Kompetentny czytelnik nie pomiesza już dzisiaj mesjanizmu z misjonizmem, millenaryzmem czy gnozą soteriologiczną, religii z polityką, poezji z ideologią.

Jak wyglądał ten prawdziwy mickiewiczowski mesjanizm? Zwykle uważa się go za doktrynę raczej heterodoksyjną…

Romantyczny mesjanizm powstał nie w ślad za nazwą i pojęciem, lecz znacznie przed rozpowszechnieniem się terminu wymyślonego równolegle przez Józefa Hoene-Wrońskiego (autora „Prodrome du messianisme” z roku 1831). Wyłonił się z chrześcijańskiej eschatologii, z biblijnej teologii dziejów w „Dziadach” drezdeńskich. Głosił podstawowe prawdy profetyzmu biblijnego: przymierze, mesjańską misję Chrystusa – Nowego Adama, Króla, Kapłana i Proroka, zbawczy plan historii. Opowiadał w dziele ukształtowanym na fundamencie tradycji teatru moralitetowo-misteryjnego i epopei chrześcijańskiej o końcu czasów i ziszczeniu się obietnic Bożych w ten sposób, iż wszystko, co przemienione w Chrystusie, wskrześnie, odrodzi się, otrzyma nowe życie. Mąż czterdzieści i cztery wykłada się, w świetle znanych i zastosowanych przez Mickiewicza szyfrów gematrycznego i teozoficznego: Adam, człowiek, przedstawiciel ludzkości, znak mesjański, objawiciel wielkiego dzieła zbawczego, prototyp odrodzonego człowieczeństwa. Niestety, pod koniec wieku XIX przyszło do głowy pewnemu skądinąd wielkiemu badaczowi romantyzmu, że w III części „Dziadów”, tak jak w „Księgach narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego”, Mickiewicz głosi mesjanizm kolektywny i czyni Polskę mesjaszem narodów oraz, tym samym, przepowiada Królestwo Boże na ziemi. Poeta z naciskiem określał swoje dzieło jako poemat chrześcijański – i wiedział, co mówi, tymczasem imputowano mu antropologię gnostyczną, kolektywizm, millenaryzm i spekulatywny synkretyzm religijny. W klimacie młodopolskim rozniosło się to bardzo szybko, a po roku 1945 bardzo spodobało się ideologicznemu kierownictwu polskiej humanistyki.

Czy da się obronić ortodoksyjność „późnego” Mickiewicza?

W pracach oddających klimat lat stalinizmu wszystko tonie w pseudohistoriozoficznych, politycznych elukubracjach, trudno wyłowić z nich racjonalne jądro interpretacji literackiej. Ale gnostyczno-millenarystyczna wykładnia dzieła niewątpliwie została wtedy przejęta i przekazana w przyszłość jako lektura słuszna i postępowa, zagradzająca drogę tradycyjnej lekturze wieszczów, „fideizmowi”, jak przezwano religijność, a także ukształtowanym przez romantyzm poglądom na historię narodową. Do dzisiaj wyczuwa się funkcjonowanie wytworzonych wówczas przemocą tabu, jakieś traumatyczne, lękowe czy chociażby snobistyczne uprzedzenia wobec prostych oczywistości. Banalną oczywistością jest także, o co Pani pyta, towianistyczna heterodoksja Mickiewicza, heterogeniczność jego mesjanizmu z okresu Prelekcji Paryskich oraz walka z „Kościołem urzędowym” – nie przeciwko Kościołowi i papiestwu w ogólności, lecz w imię otwarcia się katolicyzmu na aspiracje narodów i na społeczną rzeczywistość nadchodzących czasów. Kardynał Henri de Lubac poświęcił Mickiewiczowskim prelekcjom w Kolegium Francuskim dwa sążniste rozdziały w swym wielkim dziele o spuściźnie duchowej Joachima z Fiore (kiedy ono wreszcie zostanie przełożone na język polski?!); przyznając, że retoryka wykładowcy jest płomienna, nie dopatrywał się jednak w teologicznej istocie wywodów Mickiewicza piekielnych herezji.

Czy nie nad omówioną przez nas dominacją katolicyzmu w naszej kulturze, gaszącą „słowiańską mitologię”, ubolewa w „Niesamowitej Słowiańszczyźnie” Maria Janion…

Ściśle biorąc, zgodnie z oczywistymi faktami stwierdzam, że Mickiewicz jest pisarzem chrześcijańskim, bo ma przecież w twórczości koneksje bizantyńskie i protestanckie, oraz że traktuje chrześcijaństwo nie bezwyznaniowo, Kościół i papiestwo uważa za nieredukowalny podmiot dziejów Europy i świata. Pomysł Marii Janion znam z grubsza, bo książki nie dokończyłem, zniechęcony nie treścią, lecz metodą wywodów. Wydaje mi się ten pomysł nieoryginalny na tle dwudziestowiecznych prób z nurtu słowiańskiego neopogaństwa, a także współczesnych nastrojów new-age’owych. Powiem krótko: ja nie ubolewam nad brakiem mitologii w polskiej kulturze, bo to II część „Dziadów” Mickiewicza tworzy najpełniejszy w literaturze europejskiej model mitopoetyckiej ludowości, oparty zresztą i na słowiańskich, i na śródziemnomorskich tradycjach. Romantyzm, sądzę, wyczerpał wszystko, co najważniejsze z „chłopskich źródeł kultury”, że użyję tutaj pięknego sformułowania prof. Józefa Burszty. Stworzył wielką folklorystykę i etnografię – wystarczy wymienić kilka z ogromnej rzeszy nazwisk: Zorian Dołęga-Chodakowski, Adam Mickiewicz, Seweryn Goszczyński, Ryszard Berwiński (liczni poeci mają trwałe miejsce w historii polskiej folklorystyki), wreszcie Oskar Kolberg, który stworzył kolosalny opis kultury chłopskiej, a przy okazji ukazał rewelacyjnie kulturową koegzystencję różnych stanów społecznych w Polsce. A co do mitu słowiańskiego – to romantyzm stworzył ten mit – mit bardzo płodny w polskiej kulturze, dodajmy. To romantyzm tworzył teorie dwóch kultur w Polsce: słowiańsko-chłopskiej oraz łacińsko-chrześcijańskiej. Ta teoria nieraz przewijała się w polskiej kulturze, bez niej nie mielibyśmy w literaturze takich utworów, jak na przykład „Klątwa” Wyspiańskiego. Ale z punktu widzenia realistycznej, nie nostalgicznej czy ideologicznej, historii kultury i cywilizacji nic więcej nie mogliśmy wyczerpać ze słowiańskich źródeł kultury. Pomysły, że mieliśmy nie przyjąć chrześcijaństwa, a zatem skazać się na los martwych od tysiąca lat plemion są dla mnie zdumiewające. Podobnie nie pociąga mnie inna niż łacińska, czyli chyba bizantyńska, wizja genezy naszej cywilizacji.

Podczas lektury „Niesamowitej Słowiańszczyzny” wydało mi się, że Janion rzuca nas na pastwę niekontrolowanej modernizacji i nijakości, bo każe się odwoływać do tradycji, która de factow naszej historii nie istniała. Takie „neopogańskie” teorie nie są chyba głoszone zupełnie bezinteresownie?

Nie wszystkie dziedziny zainteresowań humanistycznych Profesor Janion mógłbym kompetentnie omówić. Bardzo ceniłem jej prace par excellencehistorycznoliterackie, z „Gorączką romantyczną” na czele, za oczytanie w źródłach historycznych i nowatorskiej literaturze przedmiotu. Frapujące pozostają dokumenty udziału Marii Janion w dyskusjach i sporach o romantyzm, zwłaszcza w latach 1970., zgromadzone w tomie „Odnawianie znaczeń”. Natomiast próby rozwijania wizji neoneoromantycznych (własne określenie Badaczki) nie trafiają mi do przekonania, bo odchodzą bardzo daleko od źródłowego romantyzmu ku młodopolskim przetworzeniom tej tradycji, ku neoromantyzmowi, modernizmowi i dwudziestowiecznej zachodniej antropologii. To jest pewna autorska propozycja, którą można rozważać, dyskutować jako oryginalny wkład we współczesne ideologie kulturalne, lecz nie wolno jej mieszać z historią literatury w sensie dyscypliny naukowobadawczej. Słabo orientuję się w pracach, które, jak stwierdziła niemiecka slawistka Brigitta Helbig-Mischewski, przepojone są „dyskursem Nowej Ery” i przynoszą tej Humanistce miano „guru przełomu tysiąclecia”. Tak więc najmniej znam to, z czego ten dorobek najszerzej słynie.

Mówi Pan o czekającej nas przygodzie – powrocie romantyzmu. Dlaczego światu potrzebny jest taki okres?

Dla młodych idealistów i ludzi trochę większego formatu duchowego, ludzi duszących się w narcystycznej i konformistycznej atmosferze kultury postmieszczańskiej mesjanizm ma atrakcyjność etycznego maksymalizmu – heroizmu, odpowiedzialności za innych, za wielu, za podstawowe sprawy nadające sens życiu, oraz wspólnotowości obejmującej krąg narodowy i ponadnarodowy, uniwersalny. W czasach zdziecinnienia, rozpowszechnionego nawet w generacjach, które miały okazję wziąć wielkie lekcje historii, mesjanizm nie może nie sprzyjać powrotowi do dojrzałego namysłu nad wyzwaniami życia zbiorowego i nad ryzykiem, jakie zawsze niesie przyszłość. W czasach rozmytej tożsamości i chorobliwej niepamięci – mesjanizm, jak cały romantyzm, pomaga odpowiedzieć na pytania: skąd i kim jesteś, dokąd zmierzasz? Uwalnia on od całej „nędzy historycyzmu”, jak mawiał Karl Popper, ale nie porzuca umysłu i sumienia w chaosie historii: głosi, że jest sens w pochodzie czasu przez bohaterstwo i ofiary, przez śmierć i ruiny i że jest Pan Dziejów, ale nie człowiek, lecz Istota Transcendentna, Zbawca. Ale trzeba też pamiętać, trzeba ostrzegać, że do mesjanizmu przylepiły się różne trywialne, peryferyjne uroszczenia pseudonaorodowe oraz stęchłe aromaty młodopolskie.

„Nowy romantyzm” to zatem konkretna opcja dla dzisiejszego Polaka.

To temat na odrębną, długą rozmowę… Romantyzm jest najwyższą pełnią i najpełniejszą syntezą w kulturze polskiej, więc czerpać zeń można garściami, bez końca. Romantycy obrócili na swoją korzyść nawet fakt pewnych zapóźnień kulturalnych, fakt niepełnego przed nimi otwarcia polskiej kultury na Europę i uniwersalność, wykorzystali mianowicie w taki sposób, że przejęli i przetworzyli twórczo nie wcielone dotąd w polską myśl i język nowożytne tradycje, z XVIII-wiecznym ogranicyzmem światopoglądowym oraz idealizmem filozoficznym na czele. Nie wyrzekli się najcenniejszych zdobyczy i haseł rodzimego oświecenia: edukacji narodowej i łączności wiedzy z praktyką życiową, użyteczności społecznej i dążeń cywilizacyjnych. Nie byli polscy romantycy oderwanymi od życia duchowidzami czy mieczykami kawiarnianymi (gladiolus tabernalis). Stąd u romantyków indywidualizm – ale heroistyczny, nonkonformizm – lecz altruistyczny, personalizm – ofiarniczy, wspólnotowość – bez kolektywizmu, ale też prawda – a obok ironia. Dla dzisiejszej standardowej humanistyki romantyk jest istotą nieosiągalną. Zwłaszcza dla tej uprawianej na ponowoczesnych licencjach metodologicznych, z jej płytką „duchowością” zamiast mocy intelektu i głębi wiary, z namiastkową „epifanicznością’” zamiast sacrum i Sanctum, z jej mieszczańskim drażliwym i kłótliwym resentymentem zamiast wielkodusznej ideowości.

Swoistym przetworzeniem romantyzmu i „nowym romantyzmem” była już twórczość pokolenia wojennego.

Pokolenie wojenne, które wydało Karola Wojtyłę, pierwotnie adepta polonistyki i teatru, otrzymało od Polski Niepodległej doskonałe wykształcenie i doskonałą formację wychowawczą opartą na romantyzmie. Przejęło ono też z romantyzmu wszystko, co najważniejsze: aktywizm Mickiewicza, etos myślicielski Norwida, energię intelektualną Mochnackiego, lirę Słowackiego, wszystko. Nie uległo modernistycznym szyderstwom ferdydurkizmu, ani później powabom literatury synczyźnianej, jaką sobie na podstawie o wiele głębszej i bardziej skomplikowanej twórczości Gombrowicza urobiło następne pokolenie. Romantyzm pozostanie tak długo jak istnieć będzie kultura polska (byt skądinąd śmiertelny). Uzasadnienie podam, jeśli Pani pozwoli, za młodym Norwidem:

„Bo kto minął ojczystość, chociażby idąc po wawrzyny sławy sław i po mądrość niemającą granic, ten u stopni pomnika swego się zatrzyma i z goryczą pojrzy ku domowi.

Bo kto, do Krzyża nawet idąc, minął krzyże ojczyste, ten przebieraw męczeństwie.

A kto, uganiając się za postępem, myśl ojczystą potrącił – ten za postępem jest koniecznie, gdyż sam przez sięnie kroczy”.

Jeśli ktoś uważa, że jest w jego mocy na sposób boski zmienić przeszłość polskiej kultury, tak aby nie było w niej Mickiewicza, Krasińskiego i Norwida, że zatem potrafi jak demiurg zmienić kształt naszej tradycji – proszę bardzo, niech próbuje dalej.

Mówiliśmy już nieco o „Dziadach”, chciałabym jednak do nich powrócić. Także i to dzieło jest bardzo aktualne. Podobnie jak np. „Romantyczność” zwraca uwagę na problem elit, które się wyjałowiły i oderwały od „ludu”. I tu Mickiewicz postawił diagnozę wciąż aktualną, bo chyba i to da się odnieść do sytuacji w Polsce po 1989 roku?

Twórczość Mickiewicza można widzieć i od tej strony – od strony przemiany kultury i zmiany społecznej. Od samego początku Mickiewicz stawiał fundamentalny problem zmiany obrazu świata i odnowy, rewitalizacji kultury. Żeby kulturę przetworzyć, odmłodzić, trzeba było zwrócić się do odrzuconych przez oświecenie tradycji intelektualnych – a więc do religii, do folkloru, do etosowej kultury idealistycznej młodzieży – takiej jak filomaci, wreszcie do romantyzmu. Kultura służy przecież społeczeństwu; jeśli jest jałowa, wyczerpana, nietwórcza, jeśli nie zaspokaja wielkich roszczeń duchowych, może być zmorą dla społeczeństwa, albo i katastrofą, bo unicestwieniem szans na rozwój zbiorowości.

To wszystko można powiedzieć i o dzisiejszej kulturze…

Tak, jest ona dotknięta nie tylko fałszywym wstydem, postawą prostackiego odrzucenia i zakłopotania własnym dziedzictwem, o czym już mówiliśmy. Nie możemy oderwać się od anachronicznego, niezmienionego właściwie od pół wieku dyskursu tzw. krytycznego patriotyzmu i paternalistycznego, często uwłaczającego grupom rzekomo „nieinteligenckim” i piętnującego je, dyskursu społecznego. Znów trzeba by powtórzyć zgryźliwą konstatację Irzykowskiego o plagiatowatym charakterze naszych przełomów kulturalnych. Importujemy masowo, jak niegdyś licencje technologiczne, przestarzałe i dysfunkcjonalne recepty na literaturę, kulturę, edukację, zbyt mechanicznie wykonujemy niezbędne procedury przystosowawcze, kreatywność i oryginalność staje się efekciarskim hasłem, ale w rzeczywistości „mądremu biada”. Ileż to głębokich uwag o tragedii kulturalnej plagiatowości wypowiedzieli Mochnacki, Krasiński, Słowacki, Norwid, Prus, Brzozowski, Gombrowicz (tak, Gombrowicz) czy Miłosz. Groch o ścianę. Wszystko zapomniane albo niezrozumiałe w takiej chwili jak dzisiejsza, gdy nasza pozycja międzynarodowa podlega największej od stuleci weryfikacji. Mickiewicz, stawiając kiedyś ostro problem wyjałowionej kultury i niedyspozycji społecznej elit, zapłacił słoną cenę. Widoki jego kariery w czasie, kiedy był w Polsce, wcale nie były odpowiednie do jego geniuszu. Jestem przekonany, że dzisiaj problem braku witalności i kreatywności elit ma jeszcze głębszy charakter i wymaga nie mniej pryncypialnej postawy. W społeczeństwie, które chce się rozwijać, musi funkcjonować Paretowski proces „krążenia elit”: musi istnieć elita, sfera powołana do rozwiązywania problemów społecznych w optymalny sposób, i kontr-elita, która propozycjom elity przeciwstawia inne rozwiązania, inne scenariusze rozwoju.

Wydaje mi się, że postępuje klerkizacja elit, które po prostu umywają ręce od podejmowania konkretnych działań. Tu znowu Mickiewicz staje się wzorem – umarł przecież, tworząc polski Legion.

Wzorem może być Mickiewicz, ale i inni romantycy. Zawsze łączymy „życie i twórczość” Mickiewicza – tak zwykle brzmią tytuły monografii o poecie. Niestety, pod tym względem, trzeba powiedzieć, nie zdają egzaminu podręczniki szkolne z ostatnich dziesięcioleci. Tam już z twórczością jest nienajlepiej, a zupełnie pomija się biografie, czasami o fundamentalnym znaczeniu i mające odrębną wartość jako jednostki kultury polskiej. Mickiewicz pokazuje nam nierozdzielność doświadczenia praktycznego i wewnętrznego, nierozdzielność życia aktywnego i kontemplatywnego, nierozdzielność realizmu i idealizmu. Powtarzam to z uporem: wbrew rozmaitym stereotypom, których źródło jest na ogół młodopolskie, romantycy po prostu tacy byli: wszechstronni, znakomicie wykształceni, doskonale zorientowani w otaczającym świecie. Nieobce były im zainteresowania ekonomiczne, społeczne, polityczne i naukowe. Dotyczy to romantyków z różnych dziedzin, czy mowa jest o malarzu Michałowskim, czy filozofie Cieszkowskim, czy poecie Mickiewiczu. Słowacki pracował w Rządowej Komisji Przychodów i Skarbu, pod zwierzchnictwem znakomitego ministra finansów, ks. Druckiego-Lubeckiego, i umiejętnie inwestował na giełdzie, dzięki czemu wydawał własnym sumptem kolejne książki. Wszyscy oni byli ludźmi nieopisanie wszechstronnymi (choć nie tytułowali się nawzajem pyszałkowatym mianem „człowieka renesansu”), ludźmi wszystkimi fibrami powiązanymi ze światem rzeczywistym. Sam Mickiewicz poczucie służby narodowej miał rozwinięte w najwyższym stopniu, w czym był wzorem dla milionów polskich inteligentów, które przez pokolenia w XIX wieku i później wypracowywały w Polsce nowe społeczeństwo, nową cywilizację i niepodległość, wreszcie Drugą Rzeczpospolitą. Gdyby o tym pamiętać, myślę, że mielibyśmy inne życie, inny kraj.

Marta Kwaśnicka

Pierwodruk w piśmie „44/Czterdzieści i Cztery” nr 2 (2010).

Prof. dr hab. Bogusław Dopart, kierownik Katedry Historii Literatury Polskiej Oświecenia i Romantyzmu na Uniwersytecie Jagiellońskim, związany także od r. 1999 z Uniwersytetem Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Członek Komisji Historycznoliterackiej PAN i Polskiego Towarzystwa Socjologicznego. Prezes Oddziału Krakowskiego Towarzystwa Literackiego im. Adama Mickiewicza. Literaturoznawca, krytyk, popularyzator nauki, publicysta. Opublikował ok. 200 prac polonistycznych, filmoznawczych, antropologicznospołecznych, interdyscyplinarnych, publicystycznych. Zajmuje się historią, estetyką i metodologią badań nad romantyzmem, w szczególności syntezą literatury i kultury okresu romantycznego, teorią procesu literackiego w wieku XIX, formą i teorią interpretacji dzieła romantycznego, monograficznym ujęciem twórczości Mickiewicza. Ważniejsze publikacje: „Mickiewiczowski romantyzm przedlistopadowy” (1992), „Mickiewicza słowa sekretne” (1999), „Romantyzm polski: pluralizm prądów i synkretyzm dzieła” (1999), „Poemat profetyczny.O drezdeńskich Adama Mickiewicza” (2002), „. Antologia wierszy polskiego Romantyzmu” (wraz z A.Ziołowicz), rozdziały w pracy zbiorowej: „Romantyzm” (t.V „Historii literatury polskiej w dziesięciu tomach”, 2003, 2006, 2007).




Zbierzmy 1000 stałych darczyńców i wyłączmy wszystkie zewnętrzne reklamy na Kresach. Pomóż nam zbudować solidną dziennikarską platformę, publikującą ekskluzywne, wysokiej jakości informacje, opinie i analizy, utrzymującą się wyłącznie dzięki zaufaniu Czytelników.

Kresy.pl są w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje. Naszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim formom manipulacji opinią publiczną w Polsce. W dobie wojny informacyjnej nie ma zadania bardziej palącego niż odpowiedzialne wspieranie zaufanych mediów.

Wyłącz reklamy

Wesprzyj jednorazowo

1 odpowieź

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz