Już drugi miesiąc na całej Białorusi trwają masowe przeszukania, przesłuchania i aresztowania. Pierwsze procesy sądowe nad byłymi kandydatami na prezydenta i pracownikami ich sztabów powinny odbyć się pod koniec lutego. Większość z nich przebywa do tej pory w więzieniu.Na tle Lenina

Komitet Bezpieczeństwa Państwowego (Komitet Gosudarstwiennoj Biezopasnosti, w skrócie KGB – przyp. tłum.) Republiki Białorusi zajmuje cały kwartał na ulicy Komsomolskiej. Pytam strażnika o wejście do wewnętrznego więzienia KGB. Ten mierzy mnie wzrokiem, uśmiecha się radośnie, że mnie rozgryzł: „Pani chyba nie do więzienia. Pani do poczekalni!”

Białorusini nazywają wewnętrzne więzienie KGB „amerykanką”. Przesyłki dla więźniów przyjmowane są tu trzy razy w tygodniu przez dwie godziny. Po grudniowych wydarzeniach przed wejściem zaczęły ustawiać się długie kolejki i, żeby nie straszyły one przechodniów, rodziny zatrzymanych wpuścili do sąsiedniego Klubu im. Dzierżyńskiego, również należącego do KGB.

… W holu klubu – czerwone dywany, pluszowe kanapy i ogromny na całą ścianę obraz: Lenin na trybunie przed tłumem robotników. Pod obrazem – garstka ludzi z wielkimi pakunkami. Przyjmowanie przesyłek zaczyna się o 10, zapisy do kolejki rozpoczynają się półtorej godziny wcześniej. Przed otwarciem więzienia w holu pojawia się lista złożona z 14 nazwisk. Jeszcze półtora miesiąca temu była to lista członków politycznej elity kraju.

Więźniów politycznych (albo „dekabrystów”) w „amerykance” nie lubią. Przez nich więzienie jest przepełnione, zaostrzony został reżim. Zakazali na przykład przekazywania czekolady, ciast, ryb, słoniny – widocznie wszystkiego, co według KGB należy uznać za smakołyki.

Na widzenia z krewnymi i adwokatami więźniom nie pozwalają: „Śledztwo uważa to za bezzasadne”. Przez pierwszych kilka tygodni nie przychodziły nawet listy. Z 33 listów Daszy Korsak do jej męża Saszy Otroszenkowa (rzecznika prasowego kandydata Andreja Sannikaua) do adresata doszły dwa. Dasza jest pewna: przekazywać listy zaczęli dopiero po posiedzeniu Rady Europy, na którym zażądano natychmiastowego uwolnienia zatrzymanych. Przesyłki z „amerykanki” też wychodzą rzadko; tekst, z reguły, standardowy: wszystko dobrze, karmią normalnie, problemów ze zdrowiem nie ma. Były kandydat na prezydenta Nikołaj Statkiewicz napisał żonie, że powoli wraca do formy po trzydniowej głodówce.

Stojąc na tle Lenina, Dasza Korsak pokazuje kartki z malowniczymi widokami. O ile listów najczęściej nie przekazują, to niepodpisane kartki raczej dochodzą. Chociaż jakiekolwiek pozdrowienia z domu.

– Ładna torba. Gdzie pani dostała? – ktoś wydobywa z przesyłki Milany Michalewicz (żony kandydata na prezydenta Alesia Michalewicza) kraciasty pakunek. Wszyscy żywo dyskutują, gdzie coś takiego kupić: w celach od czasu do czasu organizują przeszukania, więźniowie wychodzą z rzeczami. Z takimi torbami – najwygodniej.

– Przekazywałam miotełkę – okazało się, że nie można. Jest przewiązana sznurkiem, a nim można kogoś zadusić. Ja już nad każdą rzeczą się zastanawiam, czy można nią kogoś zabić, – śmieje się Dasza Korsak.

Jedna z żon czyta list do Dmitrija Miedwiediewa: „Pamięta Pan, jak poznał się Pan ze Swietłaną? Czytaliśmy, że w szkole uczył się Pan ze swoją przyszłą żoną w równoległych klasach. Tam ją pan pokochał” – i dalej o miłości do bliskich i o tym, że nie mają już nadziei na sprawiedliwość władz. Pod koniec listu wszyscy wokół płaczą. Trzy dni później list został przekazany ambasadorowi Rosji Aleksanrowi Surikowowi. W odpowiedzi ambasador powiedział w feudalnym stylu, że „władza powinna być wielkoduszna i miłosierna wobec swoich obywateli”.

Przesyłka

W holu KGB widnieje napis na całą ścianę: „Siła organów bezpieczeństwa państwowego – w jedności z narodem”. Podpis – F. E. Dzierżyński.

W przedsionku jest nas troje: ja, Ałła Władimirowna (matka Andreja Sannikaua) i kobieta w kolejce przed nami. Do holu wchodzi zamaskowany funkcjonariusz, wpatruje się w twarz Ałły Władimirowny, i zwraca się do niej niemal czułym tonem:

– Widzę panią nie pierwszy raz. Jest pani naszym częstym gościem. – Pauza. – Tylko dlaczego pani tu stoi? Sto razy mówiłem: Nie więcej niż jedna osoba przed wejściem.

Ałła Władimirowna wyjaśnia, że czeka, jej kolej jeszcze nie nadeszła, ale ciężko nieść torbę z powrotem do klubu…

– A, zrozumiałem. To jest pani problem, – wzrok funkcjonariusza zabłysł pionierskim entuzjazmem. – Jesteście po prostu źle zorganizowani. Umówcie się ze swoimi… no, kolegami. Niech jedna osoba przychodzi tu i przed oddaniem przesyłki dzwoni po następną…

– A co jest nie tak, jeśli są tu dwie osoby? – wtrąca się jeszcze jedna kobieta.

– Nie rozmawiam teraz z panią, – nie zmieniając intonacji, kontynuuje funkcjonariusz. Następny przychodzi, reszta czeka. I tak wydzielili dla was Klub im. Dzierżyńskiego. Tam jest dobrze, ciepło, ładnie. Nic tylko siedzieć i odpoczywać.

Do holu wchodzi jeszcze jedna starsza kobieta. Wie, że zaraz ją wygonią, stawia ciężkie torby pod ścianą, odwraca się do wyjścia.

– E, nie, niech pani zabierze te torby. Nie wiem, co pani tam ma, – oburza się funkcjonariusz.

– Ale dziewczyny wiedzą!

– A co mi do tego? Jedna tu zostawiła torbę, a ja musiałem brygadę saperów wzywać. Niech pani zabierze stąd swoje barachło.

Strasznie chciałoby się dać mu po mordzie. Mówię to Daszy po powrocie do „poczekalni”. „Ja też kiedyś niemal nie wybuchnęłam, – zgadza się ona, – kiedy któryś z nich powiedział, żeby czekać w klubie imienia Feliksa Edmundowicza Dzierżyńskiego. Jak gdyby to był jego przełożony, który stoi obok i ukara go, jeśli ten nie nazwie go oficjalnie.

… Przyszła kolej Ałły Władimirowny. Razem niesiemy ciężką torbę. Funkcjonariusz zerka na nasze rzeczy i z powrotem pogrąża się w lekturze gazety. W malutkim pokoju z gołymi ścianami walają się torby z przesyłkami, na środku stoi waga i stół. W ciągu miesiąca można przekazać nie więcej niż 30 kilogramów, dlatego wszystkie rzeczy ważą i zapisują.

Rozłożone na stole pomarańcze i ogórki wyglądają tu żałośnie i niestosownie. Funkcjonariusz KGB beznamiętnie wywala na brudną wagę torebki z herbatą. Ałła Władimirowna zrywa się, żeby coś podłożyć – ale opuszcza ręce: i tak by nie zdążyła. Za to tym razem przyjęli wszystko.

Waga psuje się. Kagiebista przeklinając podkręca jakieś śrubki. Po raz pierwszy na jego twarzy odbijają się emocje.

– Od takiej pracy człowiek chyba czerstwieje, – tłumaczy Ałła Władimirowna wychodząc. Na schodach funkcjonariusz wrzeszczy na Milanę Michalewicz, która na rękach ma małą córeczkę i nie może otworzyć torby do rewizji.

Nie na miting

Do więzienia przychodzą w każdy dozwolony dzień. „Ja przepuściłam tylko dwa razy”, – przyznaje się zawstydzona Milana. Po pozostawieniu przesyłek kobiety nie rozchodzą się, wymieniają się nowościami i słuchami. Słowa z „Requiem” Achmatowej „Przychodzę tutaj jak do domu” powtarzane są tu z budzącą grozę dosłownością.

Większość kobiet nie ma się dokąd spieszyć: zatrzymani na mitingach i krewni aresztowanych polityków są zwalniani z pracy, wydalani z uczelni. Jedną z żon zwolnili dopiero wczoraj, z mińskiej filii zagranicznej kompanii.

– Czego oni się tam boją? – nie rozumiem. Kobieta patrzy na mnie ze złością, potem łagodzi ton: „Ach tak, przecież pani nie mieszka na Białorusi”.

Nie ma sensu wypytywać te kobiety, czy wspierają synów i mężów, którzy poszli na wybory. W najlepszym wypadku sucho odpowiedzą, że są dumne ze swoich bliskich. Marina Adamowicz, żona Nikołaja Statkiewicza, odchodzi w milczeniu.

W mieście trwają przesłuchania i aresztowania. Teraz biorą przede wszystkim młodzież. Dzień wcześniej u Mariny było przeszukanie, czekiści w aluzyjny sposób potwierdzili: młodzi są potrzebni w sądzie jako świadkowie przeciw kandydatom.

Najbardziej boi się Dasza: chodzą słuchy, że Saszę Otroszenkowa będą sądzić jako jednego z pierwszych. Po nim wszystko będzie jasne.

… Przyjmowanie przesyłek dobiega końca, kobiety razem wychodzą z klubu. Funkcjonariusz na wachcie targa się. Już kiedyś rzucił się za kobietami, pytał, czy one teraz razem dokądś idą. „Niech się pan nie boi, nie wybieramy się na miting”, – roześmiały się.

Tata w podróży służbowej

„Jeśli będzie pani u Chalip, niech pani wypyta ją o ich.. no o zwierzęta domowe”, – proszą kobiety.

Irinę Chalip i jednego z byłych kandydatów na prezydenta – Uładzimira Niaklajeua przenieśli do aresztu domowego 29 stycznia. Przywieźli ich bez uprzedzenia, zażądali wydalić z mieszkania osoby postronne. „Postronnymi” okazali się krewni Andreja (Sannikaua, kandydata na prezydenta Białorusi i męża Iriny Chalip- przyp. tłum.), nie pozwolili im zobaczyć się z Iriną nawet w drzwiach. Teraz w mieszkaniu mogą przebywać tylko rodzice Iry – Lucyna Juriewna i Władimir Trofimowicz, trzyletni syn Dańka. I dwoje funkcjonariuszy KGB.

Funkcjonariusze pozostają w domu całą dobę. Jak opowiada Lucyna Juriewna, do rozmów się nie mieszają, śpią w oddzielnym pokoju, jedzenie przynoszą sobie sami, herbaty pić nie chcą. „Zażartowali: jeszcze nas otrujecie, ale było jasne, że im nie wolno”, – mówi Władimir Trofimowicz.

Irinie zakazano korzystać z Interneru i telefonu. Może za to czytać gazety i oglądać telewizję. Jak opowiedziała mamie, w więzieniu pokazywali tylko propagandowy serial o bohaterskich funkcjonariuszach białoruskiego KGB.

U Lucyny Juriewny cały czas dzwoni telefon: przyjaciele, obrońcy prawa, dziennikarze. Po jednej z rozmów wraca zdenerwowana: do domu, właśnie nie wpuścili adwokata. Poprzedni zrezygnował na dniach, nie podając przyczyn (ale co tu trzeba wyjaśniać?). Nowemu nie otworzyli drzwi: niby jednego adwokata Chalip już ma.

Kiedy „wszystko to się działo”, mówi Lucyna Juriewna, niektórzy krewni przestali dzwonić. „Oni dla mnie są, – długo dobiera słowo, – skończeni”. Ale nagle zaczęli przychodzić sąsiedzi, przypadkowi znajomi, przyjaciele, których dawno nie widziałam: przynoszą prezenty, życzą powodzenia.

Otwierać drzwi i odpowiadać na domofon mogą tylko funkcjonariusze, przy czym we dwoje. Przed spacerem Dańka z przyzwyczajenia sam rwie się do zamka i babcia za każdym razem nie wie, jak ma mu wyjaśnić, dlaczego nie wolno. Według wersji dla malucha, wujkowie muszą bronić mieszkania. Tata jest w podróży służbowej.

Jelena Raczewa

źródło: Nowaja Gazieta

[link=http://www.novayagazeta.ru/data/2011/017/08.html]

Tłumaczyła Karolina Filimonova




Zbierzmy 1000 stałych darczyńców i wyłączmy wszystkie zewnętrzne reklamy na Kresach. Pomóż nam zbudować solidną dziennikarską platformę, publikującą ekskluzywne, wysokiej jakości informacje, opinie i analizy, utrzymującą się wyłącznie dzięki zaufaniu Czytelników.

Kresy.pl są w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje. Naszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim formom manipulacji opinią publiczną w Polsce. W dobie wojny informacyjnej nie ma zadania bardziej palącego niż odpowiedzialne wspieranie zaufanych mediów.

Wyłącz reklamy

Wesprzyj jednorazowo

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz