Walery Buzut

Walery Buzut prezes Stowarzyszenia „Dom Polski” w Mołdawii z siedzibą w Bielcach, człowiek ogromnie zasłużony dla polskiej społeczności żyjący między Dniestrem a Prutem

Mieszka w Bielcach z zawodu protetyk, żonaty ma troje dzieci. Żona jest reżyserem w teatrze. Syn jest lekarzem dentystą w Kiszyniowie, dwie córki studiują. Jedna w Niemczech, druga w Szwajcarii. W domu zastać go raczej trudno. Rano jego szczupłą sylwetkę w dresie można zobaczyć, gdy dla utrzymania kondycji biega po miejskim parku. Dźwiga na swoim karku już 62 krzyżyk, a chce jeszcze długo zachować kondycję. Po joggingu idzie na Mszę św. do kościoła. Jest bowiem osobą bardzo religijną. Po Mszy św. wraca do domu na śniadanie, po którym rowerem jedzie do pracy. Wraz z kolegą prowadzi cieszący się wzięciem w Bialcach zakład protetyczny. Wieczorem ma czas dla rodziny i na działalność społeczną. Jego mieszkanie jest często pełne gości z Polski. Śmieje się, że dzięki nim coraz lepiej mówi po polsku, choć nie do końca jest to prawda. Języka polskiego nauczyła go matka. Pochodzi z polsko-mołdawskiej wielodzietnej rodziny. Jego polscy przodkowie pochodzą z Podola, osiedlili się we wsi Stare Fundury niedaleko Bielc przed I wojną światową.

– Polacy stanowili wówczas w tych okolicach dużą kolonię – wspomina Walery Buzut.- Cały szereg wsi miało polski charakter. Z czasem jednak uległy one rozmyciu Proces ten przyspieszyło zawieranie przez ich mieszkańców małżeństw mieszanych z Mołdawianami i Ukraińcami. Swoje zrobiły także czasy sowieckie. Niektórzy Polacy, by uniknąć kłopotów, deklarowali narodowość ukraińską i stawali się prawosławnymi. Było to o tyle łatwe, że dla tępego sowieckiego urzędnika każdy, kto przyjechał z Ukrainy był Ukraińcem i koniec. Dlatego też dzisiaj w pobliżu Bielc jest wiele wsi, których mieszkańcy noszą polskie nazwiska, ale o swoich korzeniach nic nie wiedzą. Formalnie są zapisani jako Ukraińcy, choć ci najstarsi przypominają sobie, że w dzieciństwie chodzili do kościoła i byli katolikami. Wiele rodzin z polskich wsi było też represjonowanych i wywiezionych na Sybir. Moja rodzina w dwa lata po moim urodzeniu też się miała tam znaleźć w 1949 r. Do wsi przyjechało KGB, które wielu rodzinom, praktycznie wszystkim polskim, kazało się pakować do przesiedlenia do Kazachstanu. Mój ojciec, który nie chciał jechać, posłużył się fortelem. Powiedział oficerowi dowodzącemu akcją, żeby przed wywózką pozwolił zabić mu dwie świnie, jedną dla nich, a drugą dla rodziny, która miała zostać wywieziona. Ten zgodził się. Tata zaś po zabiciu pierwszej świni i przekazaniu jej kagiebistom najzwyczajniej uciekł. Ci zajęci jedzeniem smażonej świeżej wątróbki nie zamierzali go ścigać. Matka oświadczyła wtedy, że ona bez ojca nigdzie z dziećmi nie pojedzie. Mogą ją zabić, a ona dobrowolnie się nie ruszy. Oficer zapytał ją wtedy, jak się nazywa. Ona podała mu panieńskie nazwisko Podhorodecka. Ten spojrzał na listę i oświadczył, że jej na niej nie ma i nie podlega wywózce. Po kilku dniach sytuacja się uspokoiła i ojciec wrócił. Nie czekał jednak na następne kłopoty i zabrał mamę i nas do Bielc, gdzie zamieszkaliśmy na stałe. Mama dbała o to, byśmy zostali Polakami. Z nami rozmawiała wyłącznie po polsku. Zawsze też chodziliśmy na Msze św. do kościoła ormiańskiego, gdzie odprawiał ks. Bronisław Chodanionek. W szkole i na studiach nigdy nie wstydziłem się, że jestem Polakiem. Dlatego też w szóstej klasie jako jedynego nie przyjęto mnie do „Komsomołu”, co mogło oznaczać, że na żadne studia się nie dostanę. Usiłowano przełamać mój opór i wezwano mnie do „Gorkomu” „Komsomołu” na rozmowę do przewodniczącego, którym był przyszły prezydent Mołdawii Petru Luciński. Zbytnio na mnie nie naciskał, stanęło na tym, że wstąpię do „Komsomołu” jak będę gotowy. Nigdy jednak nie byłem. Problemów z tego tytułu jednak nigdy nie miałem. Ostatnia propozycję wstąpienia do „Komsomołu” otrzymałem już po studiach, gdy miałem prawie 27 lat. Główny lekarz w przychodni, w której pracowałem był sekretarzem „Komsomołu” i chciał mnie do niego zapisać. Wytłumaczyłem mu jednak, że za trzy miesiące skończę 27 lat, czyli przekroczę wiek, w którym mogę być jego członkiem. Dodałem też, że mam już dwoje dzieci i jaki będzie ze mnie komsomolec. Machnął ręką i dał mi spokój. Nigdy mi już później żadnych propozycji wstąpienia do partii nie składano. Pozwolono mi normalnie żyć, pracować i wychowywać dzieci. Związek Radziecki trzeszczał już w szwach i choć do pierestrojki było jeszcze kilka lat, to czuć już było, że się rozleci.

Dopiero, gdy ZSRR chylił się ku upadkowi, a do Bielc przyjechał ks. Jacek Puć, Walery Buzut mógł otwarcie zacząć działać na rzecz odrodzenia polskości. Ksiądz Jacek zgromadził wokół siebie kilka osób, które zaangażowały się na rzecz rozwoju w Bielcach katolickiej parafii i polskiego stowarzyszenia. Prezesem Stowarzyszenia „Dom Polski” pan Walery został niejako z obowiązku i konieczności. Ktoś po prostu musiał nim być. Okazał się jednak działaczem na tyle sprawnym, że pełni tę funkcje do dziś. Już po kilku latach działalności władze polski uznały, że jej potencjał jest na tyle duży, ze trzeba pomóc jej w zdobyciu odpowiedniej siedziby. Dzięki temu dysponuje ona „Domem Polskim”, największym obecnie tego typu obiektem w całej Mołdawii.

– Początkowo przez kilka lat gnieździliśmy się w wynajmowanym mieszkaniu – mówi – W jednym z pokoi mieszkała nauczycielka języka polskiego, która przyjechała z Polski, a w pozostałych pomieszczeniach była klasa i biuro. W 1994 r. „Wspólnota Polska” kazała nam szukać budynku, który można by kupić i wyremontować przeznaczając na „Dom Polski”. Bezpośrednio w samym centrum miasta takich obiektów już nie było, ale całkiem blisko od niego znaleźliśmy dom znajdujący się w rękach prywatnych. Gdy go wykupiliśmy, władze przekazały nam sąsiedni budyneczek za symbolicznego leja. Za darmo bowiem ofiarować nam go nie mogły. Podkreślić chciałbym, że od samego początku naszego działania tutejsze władze odnosiły się do nas bardzo życzliwie. Nigdy nie utrudniały, a jak mogły, to pomagały. To, że mogliśmy kupić na własność dom na swoja siedzibę, zawdzięczamy w dużej mierze także im. Ówczesne prawo nie przewidywało bowiem takiej możliwości. Trzeba było szybko szukać rozwiązań pozwalających sprawę załatwić.

„Dom Polski”, który szybko zaznaczył swoja obecność w mieście sprawił, że stowarzyszenie polskie szybko zaczęło się rozwijać. Obecnie liczy już 750 członków. Pan Walery uważa jednak, że jego ziomkowie mogliby być bardziej aktywni.

– Osób o polskich korzeniach mieszka w Bielcach około trzech tysięcy – podsumowuje.- Nie wszyscy odnaleźli drogę do „Domu Polskiego” czy parafii. Jesteśmy wciąż na początku drogi i nie możemy spoczywać na laurach. Choć z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że 15 lat od momentu powstania organizacji na pewno nie zmarnowaliśmy.

Marek A. Koprowski

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz