W Kuniowie za Wilią


Oprócz swoich obowiązków w Ostrogu ks. Witold jest jeszcze proboszczem w Kuniowie, w parafii w sąsiedniej diecezji kamieniecko-podolskiej.

Miejscowość ta leży w odległości 17 km od grodu księcia Konstantyna już za dawną polsko- sowiecką granicą, przebiegającą w tym miejscu na rzece Wilii. Dziś granicy nie ma, ale wszyscy o niej pamiętają, wiedzą, że za Wilią była Polszcza, a tut Sowiety. W czasach radzieckich mieszkańcy Kuniowa z zazdrością patrzyli na drugi brzeg Wilii, gdzie mieszkali ich krewniacy. W 1943r. z kolei to oni właśnie uciekali na drugą stronę Wilii do Kuniowa, ratując swoje życie przed nożami nacjonalistów. Mieszkańcy Kuniowa, udzielając im schronienia z przerażeniem patrzyli na łuny po drugiej stronie rzeki, nie rozumiejąc, dlaczego ich ziomkowie dopuszczają się zbrodni…

Turyści jadący z Ostroga przez Kuniów do Krzemieńca, choć z reguły nie znają granicznych niuansów, też od razu widzą, że za Wilią zaczyna się inny świat. Czas zatrzymał się tu w miejscu. W dawnym kołchozowym mini- parku pyszni się pomnik Lenina, a na jego płocie wciąż wisi galeria przodowników pracy. O czymś takim na Rówieńszczyźnie nie ma już mowy. Tam pozostałości po władzy sowieckiej wymieciono od razu. Tu nikomu nie przeszkadzają.

W czasach Rzeczypospolitej Obojga Narodów Kuniów był miasteczkiem, które należało do posiadłości Jabłonowskich. Od II rozbioru Rzeczypospolitej znajdowało się na terenie zaboru rosyjskiego, dzieląc los wszystkich magnackich posiadłości. Po powstaniu listopadowym zostały skonfiskowane przez władze rosyjskie. Pałac Jabłonowskich popadł w ruinę i dziś nie ma po nim żadnych śladów, poza kilkoma topolami nadwiślańskimi, które wskazują miejsce, gdzie znajdował się park otaczający niegdyś książęcą rezydencję. Dziś nie wiadomo nawet, jak wyglądała.

W 1921r. Kuniów w wyniku postanowień Traktatu Ryskiego znalazł się na terenie Ukraińskiej SRR tuż przy granicy z Polską, przebiegającą na Wilii dopływie Horynia. Od 1921r. do 1954r. Kuniów wchodził w skład obwodu kamieniecko- podolskiego Ukraińskiej SRR, a w latach 1954- 1991 do obwodu chmielnickiego. Na jego obszarze pozostaje po dziś dzień , należąc do rejonu izjasławskiego. Według Schematyzmu diecezji Kamieniecko-podolskiej pierwszy drewniany kościół zapewne filialny powstał w Kuniowie już w 1727r. Murowany zbudowano w Kuniowie w 1865r. z ofiar wiernych.

Gdy po Traktacie Ryskim Kuniów pozostał za kordonem, liczył około dwa i pół tysiąca mieszkańców. Zdecydowaną większość z nich stanowili Polacy. Sama parafia była większa, liczyła pięć tysięcy czterysta osiemnastu wiernych. Należało do niej bowiem jeszcze kilka wiosek. W latach dwudziestych i trzydziestych w wyniku sowieckich prześladowań niemal cała parafia uległa zagładzie. Jej wierni zostali wymordowani w okolicznych więzieniach , bądź zesłani do Kazachstanu. Przeżyła tylko nieliczna garstka. Los wiernych dzielili kapłani. Ksiądz Józef Sowiński aresztowany w Kuniowie w 1927r. za wierność Chrystusowi zapłacił najwyższą cenę. Jego losy są doskonale znane dzięki ks. Prof. Romanowi Dzwonkowskiemu SAC, autorowi „Losów duchowieństwa katolickiego w ZSRR 1917- 1939 – Martyrologium”. Choć należał do diecezji kujawsko-kaliskiej w 1920r. dobrowolnie udał się na Wschód, by pracować wśród tamtejszych Polaków. Trafił do diecezji łucko- żytomierskiej. Po aresztowaniu, etapami przez więzienia w Żytomierzu i Kijowie, został przewieziony na Butyrki do Moskwy, skąd w 1928r. przewieziono go na Sołowki. W 1932r. zwolniono go, ale tylko po to, by szybko ponownie aresztować i zesłać do Tadżykistanu, z którego już nie powrócił. Jego poprzednik ks. Franciszek Jabłonowski , choć nie był zesłany, został przez sowieckie organy bezpieczeństwa najzwyczajniej zaszczuty. Kapłan ten urodzony w 1864r. należał do diecezji łucko- żytomierskiej. Ukończył seminarium duchowne w Żytomierzu. Przed placówką w Kuniowie administrował kilkoma parafiami. W latach dwudziestych był wielokrotnie aresztowany i nękany przez GPU. Zmarł na Podolu w 1934r.

Po aresztowaniu ks. Sowińskiego do Kuniowa z posługą duszpasterską dojeżdżał kapłan z Bazalii. Kościół zamknięto w nim w 1930r.

-Co tu było płaczu – wspomina Emilia Bernacka z Antonówki, mająca wówczas jedenaście lat. To był prawdziwy sądny dzień.

Początkowo budynek kościoła zamieniono na magazyn produktów rolnych.

-Ceglaną cerkiew rozebrano – wspomina Zofia Czekalin z Maziarni, wchodzącej w skład chutoru Dołocza.- Kościół zostawiono, bo był z kamienia.

-Gdy kościół w Kuniowie został zamknięty, ci jego mieszkańcy, którzy nie zostali wywiezieni przemykali się przez granicę na Wilii, by w kościele w Ostrogu skorzystać z posług sakramentalnych, a zwłaszcza ochrzcić swoje dzieci – mówi ks. Witold. – Sam na własne oczy widziałem metryki takich dorosłych już dzieci, w których proboszcz ostrogski umieścił adnotację: rodzice dziecka zza kordonu. Świadczy to o głębokiej wierze tamtejszych ludzi. Granica była dobrze strzeżona z obu stron i jej przekraczanie stanowiło nie lada ryzyko. W przypadku złapania przez sowieckich pograniczników „turysta” nie respektujący granicy w najlepszym razie jechał do Kazachstanu. W najgorszym pod zarzutem szpiegostwa mógł być skazany na rozstrzelanie. Granicę polsko- sowiecką przechodziło wtedy co prawda wielu przemytników, ale czynili to oni ze względów zarobkowych. Mieszkańcy Kuniowa i okolic robili to dla wiary. Dlatego też zdecydowałem się od razu, by objąć opieką duszpasterską Kuniów, by podtrzymać związki tej parafii z Ostrogiem.

Po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej, kuniowskim katolikom udało się odzyskać kościół. Dojeżdżał do niego o. Honorat Jedliński OFM Cap. Proboszcz w Noworodczycach. W 1943r. pod wpływem agitacji nacjonalistów grupka tutejszych prawosławnych odebrała katolikom świątynię i zamieniła w cerkiew. W 1946r. władze sowieckie zamknęły ją ponownie, przekazując kołchozowi. Ten urządził w niej stajnie dla koni zarażonych gruźlicą.

Wspólnotę parafialną w Kuniowie zarejestrowano ponownie 20 listopada 1991r. Stosunkowo szybko udało jej się odzyskać świątynię. Stało się to dzięki ks. Antoniemu Andruszczyszynowi, ówczesnemu proboszczowi Sławuty, a także przewodniczącej Rady Parafialnej Halinie Skrzypkowskiej. Pani Hala z prośbą o zwrot świątyni pojechała do Kijowa i dostała się przed oblicze samego Leonida Krawczuka. Wpuszczono ją przed jego oblicze, gdy pokazała urzędnikom order „Matki Bohaterki”, który jeszcze w czasach sowieckich przyznano jej za urodzenie jedenaściorga dzieci.

W latach 1992 – 1993, w Kuniowie duszpasterzował ks. Krzysztof Krawczak. Ksiądz Witold opiekuje się Kuniowem od 1993r. Jemu przypadła rola prowadzenia remontu świątyni i kształtowanie w zasadzie od podstaw wspólnoty parafialnej. Oba zadania okazały się niesłychanie trudne. Na remont brakowało środków. Wierni zaś mieszkali nie tylko w Kuniowie, ale byli porozrzucani po okolicznych wsiach takich jak: Antonówka, Kamionka, Dołocze, Maziarnia, Dertka, Sywir, Leśna i Górszczyzna – które oddalone są od kościoła od kilku do kilkunastu kilometrów. Większość z nich stanowili też ludzie starsi i schorowani, którzy wrócili z zesłania z Kazachstanu. W sumie trzódka w kuniowskiej parafii liczyła około trzystu osób. Na zwykłą niedzielną Mszę św. przychodziło od kilku do kilkunastu osób, z okazji Świąt Wielkiej Nocy lub Bożego Narodzenia od czterdziestu do sześćdziesięciu. Ksiądz Witold nie załamywał oczywiście rąk. Stopniowo udało mu się wyremontować świątynię. Zrobiono w niej dach, otynkowano w środku i z zewnątrz, nabyto ławki i niezbędne wyposażenie, zrobiono chór i ogrodzono teren kościoła. Zaczęto też katechizować dzieci i przygotowywać je do I Komunii.

-Trudności miałem przy tym sporo, ale gdy tylko występowały i popadałem w zniechęcenie, przypominałem sobie o losie swoich poprzedników i od razu inaczej patrzyłem na swoje problemy – mówi ks. Witold.- Uzmysławiałem sobie bowiem, co oni musieli przeżywać, by móc służyć tutejszym ludziom. Moje kłopoty w porównaniu z tymi, które były ich udziałem są doprawdy niczym. Nawiązywanie do nich jest dla mnie jako kapłana znakomitą lekcją pokory.

Formując parafię, ks. Witold Kowalow postanowił wznieść dla mieszkańców Kuniowa, którzy znaleźli śmierć na nieludzkiej ziemi, pomnik. Stała się nim dzwonnica przy remontowanym kościele, odbudowana w latach 2000-2001. Najpierw odkopano fragment dawnej , zburzonej dzwonnicy, na podstawie którego architekt Ihor Fugol wykonał plan jej odtworzenia.

– Z powodu braku materiałów ikonograficznych zrobił on w zasadzie nowy projekt niewielkiej dzwonnicy, proporcjonalnej i podobnej stylem do kościoła – mówi ks. Witold. – Za pośrednictwem ks. Prałata Bronisława Gwoździa z Lubaczowa, zamówiliśmy do niej trzy dzwony w znanej ludwisarni Felczyńskich w Przemyślu. Dzwony te podczas wizyty we Lwowie papieża Jana Pawła II zostały poświęcone. Mają one nazwy: „Michał”, „Rafał” i „Gabriel”. Mogliśmy je zakupić, a także zbudować całą inwestycję dzięki dobrodziejom, a szczególnie czytelnikom „Wołania z Wołynia”.

Dzisiaj dzwony w Kuniowie dzwonią codziennie w południe uruchamiane przy pomocy automatu włączającego elektryczne silniki. Wołają na modlitwę żywych, ale także przypominają o przeszłości…

Wielką radością ks. Witolda była w Kuniowie pierwsza we współczesnej historii parafii I Komunia św., do której przystąpiło kilkoro dzieci… Przygotowywały się do niej przez dwuletnią katechezę, którą prowadziła najpierw s. Iwetta Werbicka ze Zgromadzenia Opatrzności Bożej, a później parafialna katechetka i organistka Angelina Kokorska. Na uroczystości był obecny diakon Borys Chilko, dawny mieszkaniec Kaminki, który kilkanaście dni później w Kamieńcu Podolskim przyjął święcenia kapłańskie w stopniu prezbiteriatu.

Obecnie udało się ks. Witoldowi odzyskać w Kuniowie dawny katolicki cmentarz, a raczej plac , który po nim pozostał. Kołchoz, który dostał go od władz w użytkowanie, zniwelował znajdujące się na nim nagrobki i przekształcił w miejsce do …magazynowania obornika.

– Zdołaliśmy uporządkować teren cmentarza – mówi ks. Witold. – Chcielibyśmy go teraz ogrodzić i zbudować na jego skraju kapliczkę, na której umieścimy tablicę z wyrytymi nazwiskami wszystkich parafian, spoczywających na tym zbezczeszczonym cmentarzu. Przeprowadzenie tego zamierzenia zależy oczywiście od ofiarodawców z Polski. Tutejsza społeczność jest bardzo biedna. Z uwagi na swoja strukturę wiekową nie jest nawet w stanie pomóc pracą fizyczną. Brakuje w niej bowiem dojrzałych mężczyzn. Do wszystkich cięższych prac musimy wynajmować robotników…

Największą troską ks. Witolda jest niewielka frekwencja wiernych na niedzielnej Mszy św.

-Gdyby kuniowską świątynię w cudowny sposób udało się przenieść np. do Kamionki, z pewnością byłaby ona wyższa – dywaguje. – Jest bowiem paradoksem, że na terenie parafii w Kuniowie w pobliżu kościoła mieszka najmniej wiernych.

Ubolewa nad tym również przewodnicząca Rady Parafialnej Halina Skrzypkowska.

-Jak tak dalej pójdzie, to świątynię ponownie się zamknie – ubolewa. – Nikomu nie będzie potrzebna…

Jej rozgoryczeniu nie ma się co dziwić. To ona głównie opiekuje się kościołem, co robi z coraz większym trudem. Do kościoła ma sześć bitych kilometrów, a nogi nie chcą ją nosić, jak jeszcze parę lat temu. Dźwiga już bowiem na karku siedemdziesiąty ósmy krzyżyk…

Ksiądz Witold jest jednak optymistą. Cieszy go zwłaszcza pozytywny stosunek miejscowych władz do Kościoła katolickiego. Każda prośba do nich skierowana jest rozpatrywana pozytywnie. Inaczej zresztą nie może być. Większość członków tutejszej rady to ludzie o polskich korzeniach. Niektórzy są nawet katolikami. Nie ma się więc co dziwić, że myśli nie o likwidacji, ale o rozwoju kuniowskiej wspólnoty. Na przykościelnej działce wytyczył już teren, na którym w przyszłości zostanie zbudowana plebania.

– Jeżeli kapłan zamieszkałby tu na stałe, mógłby, jak się wydaje, osiągnąć niezłe efekty duszpasterskie – podsumowuje. – Tutejsi ludzie są dobrzy. Trzeba tylko z nimi być i otwierać ich serca.

Marek A. Koprowski

Czytaj kolejny artykuł
0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz