Zakup tureckich dronów przez polskie Ministerstwo Obrony Narodowej nie jest przypadkiem. Chodzi nie tylko o zacieśnienie polsko-tureckiej współpracy, ale także o dynamiczny rozwój tureckiego przemysłu obronnego. W zaledwie kilka lat Turcy stali się jednym z najważniejszych na świecie producentów sprzętu wojskowego.

Wizyta prezydenta Andrzeja Dudy w Turcji poświęcona była przede wszystkim zagadnieniom związanym z bezpieczeństwem i obronnością. Wraz ze swoim tureckim odpowiednikiem, Recepem Tayyipem Erdoğanem, omówił on między innymi kwestie podniesienia rangi wspólnego dialogu Polski, Turcji i Rumunii. Turecka głowa państwa podczas poniedziałkowej konferencji prasowej zapowiedziała zresztą, że wkrótce powinno dojść do rozmów trójstronnych pomiędzy zainteresowanymi państwami.

Minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak jeszcze przed wizytą w Ankarze dał do zrozumienia, że nasz kraj zakupi tureckie maszyny bezzałogowe. Ostatecznie podpisano umowę na dostarczenie czterech zestawów, na które składają się łącznie dwadzieścia cztery drony bojowe. Poza tym w Polsce stacjonować mają tureckie myśliwce F-16, wzmacniając tym samym tak zwaną „wschodnią flankę NATO”.

Pierwszy lotniskowiec dronów?

Umowa dotycząca dostarczenia przez Turcję wspomnianych zestawów tureckich bezzałogowych statków powietrznych zdolnych przenosić uzbrojenie, czyli Bayraktar TB2, jest ważna nie tylko dla polskiego wojska. Erdoğan po spotkaniu z Dudą podkreślił bowiem, że Polska jest pierwszym krajem należącym do Sojuszu Północnoatlantyckiego, który zdecydował się na zakup tureckich dronów.

Jednocześnie sama Turcja jest tylko jednym z dziesięciu państw będących w stanie skonstruować swoje własne bezzałogowe statki powietrzne wykorzystywane do celów militarnych. Przed Polską na zakup tureckich dronów zdecydowało się jak dotąd tylko kilka państw: Azerbejdżan, Libia, Ukraina i Katar. Nietrudno zauważyć, że każde z tych państw należy do bliskich sojuszników Turcji.

Ogółem Turcy już w 1993 roku zakupili pierwsze bezzałogowe statki powietrzne, choć napotkali trudności związane z następstwami inwazji na Cypr w 1974 roku i restrykcjami związanymi z dostawą sprzętu wojskowego. Pod koniec ubiegłego wieku Turcji udało się jednak osiągnąć wpierw porozumienie ze Stanami Zjednoczonymi, a następnie z Izraelem. Ankara nie była jednak zadowolona z dostarczonego jej sprzętu, który ulegał licznym awariom. Z tego powodu Turcja postanowiła rozpocząć pracę nad produkcją swoich własnych dronów.

W 2007 roku Podsekretariat Przemysłu Obronnego Turcji oficjalnie rozpoczął realizację projektu „Rozwoju Taktycznego Bezzałogowego Statku Powietrznego”. Od tego czasu Turcja osiągnęła w tym segmencie znaczne postępy.

W tym miesiącu turecki producent „Baykar” ogłosił opracowanie nowego systemu startowego dla dronów. Możliwe więc, że Turcja będzie pierwszym państwem na świecie, które będzie posiadało prawdziwy lotniskowiec dla bezzałogowych statków powietrznych. Ma być to możliwe poprzez przekształcenie nowego statku szturmowego Anadolu.

Nie tylko bezzałogowce

Błędem byłoby zawężanie tureckiego przemysłu obronnego jedynie do dronów bojowych. Turcja potrafi zaspokajać swoje własne zapotrzebowanie na różnego rodzaju sprzęt wojskowy, a także stała się ważnym eksporterem broni. Turecki przemysł zbrojeniowy wyspecjalizował się zwłaszcza w produkcji szeroko pojętego sprzętu pancernego. Wśród zagranicznych odbiorców popularnością cieszą się zwłaszcza pojazdy opancerzone, które są w stanie poradzić sobie z zagrożeniami w postaci improwizowanych urządzeń wybuchowych.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia
Wspieram Kresy.pl

Modernizacja tureckiej armii tak naprawdę zaczęła się w latach 80., gdy część partnerów Turcji w ramach NATO zaczęła szukać sposobów na unowocześnienie swoich systemów uzbrojenia. Turcy ochoczo przyłączyli się do tych planów, starając się jednocześnie rozwinąć swój własny przemysł zbrojeniowy. Rozpoczynali proces jego rozwoju poprzez licencjonowaną produkcję bojowych wozów opancerzonych, natomiast teraz są w stanie wytworzyć dużo bardziej skomplikowane opancerzone platformy pływające, pojazdy przeciwpancerne czy średnie i ciężkie czołgi bojowe.

Tureccy inżynierowie cenieni są głównie z powodu swoich osiągnięć w zakresie systemów używanych przez wojska lądowe. Dotrzymują oni bowiem wszelkich starań, aby projektowany przez nich sprzęt był od początku zgodny z wymaganiami i standardami operacyjnymi przygotowanymi przez NATO. Turcja wykorzystuje także swoje doświadczenie bojowe, czego przykładem mogą być lekkie pojazdy opancerzone NMS wyprodukowane przez Nurol Makina. Były one bezpośrednią odpowiedzią na używanie przez terrorystów uzbrojone pickupy.

Dynamiczny rozwój tureckiego przemysłu obronnego nie byłby możliwy bez partnerstwa publiczno-prywatnego. Turcy posiadają już kilka wyspecjalizowanych firm zajmujących się produkcją sprzętu wojskowego, w których swoje udziały posiada stworzona w 1987 roku Fundacja Tureckich Sił Zbrojnych (TAFF). Dwa przedsiębiorstwa, ASFAT i MKEK, mogą ponadto prowadzić działalność komercyjną niezwiązaną z potrzebami tureckiej armii.

Nie jest idealnie

Sukcesy tureckiej zbrojeniówki nie mogą oczywiście przykrywać jej poważnych problemów. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt nałożenia na Turcję poważnych sankcji dotyczących zakupu sprzętu wojskowego. Chodzi zwłaszcza o restrykcje nałożone przez Stany Zjednoczone, odpowiadające w ten sposób na zakup przez Turcję rosyjskiego systemu obrony powietrznej S-400. Warto podkreślić, że amerykańskie sankcje obejmują nie tylko Turecką Prezydencję Przemysłu Obronnego (SSB), ale także jej szefa, Ismaila Demira.

Sam Demir stara się przekonać tureckie władze, że w związku z polityką Stanów Zjednoczonych konieczne jest dalsze uzależnienie od importu sprzętu wojskowego. Co prawda są do tego potrzebne pieniądze i czas, ale zdaniem szefa instytucji nadzorującej turecki przemysł zbrojeniowy projekty są jak najbardziej możliwe do realizacji. Demir uważa ponadto, że sankcje wymierzone w Turcję są elementem polityki państw konkurujących z jego krajem na rynku zbrojeniowym.

Nie da się jednak w prosty sposób zniwelować skutków amerykańskich sankcji. Tureckie przedsiębiorstwa odczuły zwłaszcza zablokowanie licencji eksportowej na silnik turbowałowy CTS-800A. Turcja wciąż nie posiada bowiem możliwości technicznych, aby w sposób opłacalny opracować silniki odpowiednie dla jej produkcji wojskowej. W ten sposób wciąż niezrealizowana pozostaje umowa z Pakistanem na dostarczenie mu śmigłowców, a na blisko sto czołgów Altay wciąż czeka Katar.

Problemy przeżywają także same Tureckie Siły Zbrojne. Wojsko zostało zdziesiątkowane z powodu represji po próbie obalenia tureckiego prezydenta w 2016 roku. Nieudany zamach stanu do dzisiaj ma swoje reperkusje, o czym przypomniały kwietniowe aresztowania dokładnie 532 wojskowych. Z tego powodu na braki kadrowe cierpi zwłaszcza tureckie lotnictwo, co najprawdopodobniej jest głównym czynnikiem wpływającym na zwiększone zainteresowanie rozwojem dronów. Szkolenie w ich obsłudze trwa bowiem dziewięć miesięcy, podczas gdy wykształcenie nowego pilota F-16 ponad cztery lata.

***

Tak naprawdę to jednak tylko wątki poboczne. Turcja w ubiegłym roku stała się czternastym największym eksporterem broni na świecie, a wartość jej przemysłu zbrojeniowego wzrosła z miliarda dolarów w 2002 roku do 11 miliardów w 2020 roku. Można spodziewać się, że mimo niektórych problemów turecka zbrojeniówka będzie dalej dynamicznie się rozwijać, bo stała się wręcz oczkiem w głowie samego Erdoğana. W ten sposób łechce on ego Turków, dlatego realizacja ambitnych projektów daje mu poważne korzyści polityczne, nawet jeśli będą one ekonomicznie nieopłacalne.

Marcin Ursyński

Czytaj kolejny artykuł
0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz