Pan Tomasz Gawłocki to jeden z ostatnich Polaków mieszkających w Biłotynie, niegdyś polskiej wsi leżącej za Horyniem przy trakcie z Ostroga do Zasławia.

Nocował w niej król Stanisław August i Tadeusz Kościuszko. Aż do trzydziestych lat minionego wieku miała polski charakter. W wyniku sowieckich wywózek zaczęła się kurczyć.

– Zostało nas już tu niewielu, zaledwie kilkanaście rodzin, w sumie jakieś 50 osób- mówi liczący 85 lat lider tutejszej polskiej społeczności, Tomasz Gawłocki. – Młodzi wyjechali, zostali sami starzy, dożywający swych dni.

Dziad pana Tomasza, Józef pochodzący ze wsi spod Krakowa osiedlił się tutaj w końcu XIX w., ożenił się i wraz z babcią Bronisławą założył stopniowo powiększające się gospodarstwo. Było już całkiem spore, gdy władzę na Ukrainie ostatecznie zdobyli bolszewicy. Początkowo dawali sobie radę. Wydawało się im, że w Sowietach da się żyć. We wsi uruchomiono nawet polska szkołę.

– Chodziłem do niej tylko przez dwa lata, ale na tyle się nauczyłem języka polskiego, że po dziś dzień potrafię czytać polskie książki – wspomina pan Tomasz – Języka przodków uczyli mnie oczywiście również dziadkowie i rodzice, ale szkoła miała wpływ decydujący.

Eksperyment mający na celu pozyskanie Polaków szybko się jednak skończył. Złudzenia Polaków w Biłotynie szybko się rozwiały. Najpierw zaczęła się agitacja za kołchozami, później przymusowa kolektywizacja i wreszcie wywózki do Kazachstanu.

– Mojego ojca zostawiono początkowo w spokoju, ale w 1937 r. został aresztowany – wspomina Tomasz – Zabrano go w nocy i nigdy go już nie widziałem. Po dziś dzień nie wiemy, co się z nim stało i gdzie znajduje się jego mogiła. Na front nie poszedłem, byłem za młody do armii. Niemcy wywieźli mnie na roboty. Dzięki temu pewnie przeżyłem. Pracowałem w gospodarstwie rolnym u bauera. Nie było mi u niego źle. On sam śmiał się, że powinienem mu dziękować, bo gdybym poszedł na front, albo został w domu, to moje szanse na przeżycie byłyby o wiele mniejsze. Po zakończeniu działań wojennych wróciłem w rodzinne strony. Nie miałem zresztą wielkiego wyboru. Już w Niemczech zmobilizowano mnie do Armii Czerwonej. Dowódcy tłumaczyli mi, że potrzebują nowych żołnierzy na wojnę z Japonią. W walkach na Dalekim Wschodzie nie zdążyłem jednak wziąć udziału. Atomowe bomby zrzucone przez Amerykanów skróciły wojnę. Japończycy skapitulowali. Wróciłem więc tutaj, do kołchozu. Ożeniłem się z Leontyną, żyjącą po dziś dzień, z którą dochowałem się dwóch dorodnych synów. Wraz z nią aż do emerytury pracowaliśmy w kołchozie. Osiemnaście lat temu poszedłem na zasłużony odpoczynek. Synowie rozjechali się po świecie. Jeden z synów pracuje na kierowniczym stanowisku w węźle kolejowym miasta Czop na Zakarpaciu. Drugi stoi na czele urzędu zatrudnienia w Twerze niedaleko Moskwy. Raz w roku synowie z rodzinami nas odwiedzają… Są porządnymi ludźmi. Mówią nawet trochę po polsku.

W Biłotynie nie ma już sklepu, z braku uczniów ma zostać zlikwidowana w tym roku szkoła. „Łączność” ze światem zapewnia mu dojeżdżający raz w tygodniu autobus. Nie dociera on jednak z pobliskiego Netiszyna, ale Zasławia, do którego ze wsi wiedzie trochę lepsza, choć też polna droga. Kołchoz już dawno przestał we wsi istnieć i dziś nikt nie pamięta, czyje imię nosił. Jego ziemię usiłowało obrabiać gospodarstwo pomocnicze przy zakładzie karnym w Zasławiu, ale gdy to zbankrutowało, legła odłogiem. Zarosła buranem, tak jak praktycznie wszystkie tutejsze gospodarstwa.

Opieką duszpasterską Polaków z Biłotyna jako pierwszy objął ks. Antoni Andruszczyszyn, dojeżdżający ze Sławuty. Później przez pewien czas czynił to ks. Witold Kowalow z Ostroga, a także ks. Krzysztof Krawczyk z Zasławia.

Następnie dojeżdżał do nas ks. Tomasz Cieniuch z Nietiszyna. We wsi nie było kaplicy, Polacy z Nietiszyna zbierali się na nabożeństwa w domu państwa Kaźmierczaków.

-Obecnie nikt do nas z Mszą św. nie przyjeżdża – ubolewa pan Tomasz – Formalnie należymy do parafii w Zasławiu, ale jej obecny proboszcz uznał, że nie warto do nas staruchów dojeżdżać. Robi to tylko jak ktoś umrze. Regularnie przyjeżdża tylko dwa razy do roku na święta, żeby odprawić Mszę św. na cmentarzu.

Gdy był jeszcze zdrowszy, pan Tomasz ustawił z sąsiadami na cmentarzu „polski krzyż” ze stosownym napisem. Gdy umrze, będzie przypominał o polskiej historii Biłotyna. Przynajmniej do czasu aż ktoś go nie przewróci.

Marek A. Koprowski

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz