Sarmacki antyklerykalizm

„Ojcze Święty! Wybacz, że nie piszemy do Ciebie per Panie Bracie, ale nie wiemy, czyś szlachcic”.

Tak miał brzmieć początek listu ciasnej w umyśle, mazowieckiej szlachty do papieża. To oczywiście złośliwa fikcja, bo na Mazurach ostrzyli sobie zęby wszyscy staropolscy nie-Mazurzy. Ale od Mazurów wróćmy do papieża. Z anegdoty widać również, że Staropolanie Ojca Świętego wprawdzie szanując, potrafili godność jego po plecach poklepać – choć w anegdocie. Na dawny antagonizm Polska-Watykan zwrócił mi ostatnio uwagę Mój Miły Krewny, przypominając, że z naszym stosunkiem do papiestwa różnie to było. T à propos moich wywnętrzeń na temat antypapieskich tytułów w prasie (patrz „Blogus sarmaticus” na www.fronda.pl, skrótowe wejście na blogusa przez mą stronę www.jacekkowalski.pl). Krewny zastukał w moją pamięć faktem, że przecie już za romantyzmu karmiono nas hasłami „Polsko, twa zguba w Rzymie” i że wyjątkowa popularność Namiestnika św. Piotra w Polsce datuje się w zasadzie dopiero od pontyfikatu Jana Pawła II.

No, to po części prawda. Wszak sam Ojciec poezji staropolskiej Jan z Czarnolasu napisał o pewnym rozwiązłym Ojcu Świętym:

Świętym cię zwać nie mogę, Ojcem się nie wstydzę,

Kiedy, wielki kapłanie, syny Twoje widzę.

A jednak Jan z Czarnolasu pozostał katolikiem, i to jakim! A jednak mimo okresowych zadrażnień z Rzymem, mimo złośliwości nawet ze strony polskiej, Polacy pozostali na zawsze rzymskocentryczni. Nie liczę tu protestantów polskich, niech mi wybaczą (jednak byli na boku, mimo jakże żywej i wielkiej szesnastowiecznej karty, jaką zapisali swymi antypapieskimi piórami). W Polsce współistniały ze sobą ostry katolicyzm i ostry antyklerykalizm. Antyklerykalizm zdrowy, dodajmy. Staropolanin nie był ślepy na wady kleru. Jan Chryzostom Pasek zapisał w swoich pamiętnikach bardzo gorzkie linijki o prymasie ówczesnym, któremu rozwścieczona szlachta szubienicą groziła, czyli takim drewnem, którego sutana nie przykryje” (wybaczcie niedokładności, cytuję tu wszędy z pamięci, więc niedokładnie). Tak więc święcenia nie zabezpieczały przed dotknięciem katolickiej satyry i katolickiej opinii publicznej. Katolickiej, zaznaczmy! Bo te wszystkie satyryczne ataki nie szły w parze z utratą wiary, z krytyką wiary. Wręcz przeciwnie – dokonywano ich w imię wiary, często nawet w jej obronie przed zgniłymi hierarchami. Wiedziano: ksiądz biskup ma święcenia, tylko on ma prawo udzielać niektórych sakramentów, jest na świętym urzędzie, ale to nie oznacza, że sam jest świętym albo nawet dobrym człowiekiem, ani że będzie na pewno zbawiony.

Wszystko to zmieniło się – mam wrażenie – w ciągu XIX i zwłaszcza XX wieku. Tak zwany świat, który wcześniej interesował się żywo doktryną – to znaczy, który był w niej zorientowany, bo żywo wierzył – i który zasadnicze idee katolickiej, lub szerzej: chrześcijańskiej myśli akceptował, bo z nich sam się narodził – teraz od Kościoła odpadł. W związku z tym dziś każde rozgłaszanie zgorszeń jakichkolwiek, takich z Kościołem związanych – wydaje się samo z siebie antykościelne. Z drugiej zaś strony „świat” – czyli opinia kształtowana przez największe media – na tyle się od myślenia chrześcijańskiego oddalił, że go nie rozumie, albo nie chce rozumieć – i atakuje Kościół czyli chrześcijan, nie bacząc, że atak skierowany jest w błędnie obrany cel. Przypisuje Kościołowi (katolickiemu – ale nie tylko) zdania, opinie, cechy, które z Nim nie mają wiele wspólnego – po czym bije w nie jak w bęben. I wśród gawiedzi powoli znajduje coraz większy posłuch, niestety.

Przykład? Obecne sprawy lefebrystów i prezerwatyw. Nie chce mi się tu nawet precyzować toru myślenia mediów, po części celowo zmieniających tor myślenia papieża, a po części po prostu nie pojmujących go zupełnie. Do bólu nie pojmujących, ani nawet pojmować nie mających zamiaru.

Więc… daj nam Boże znowu zdrowy, staropolski antyklerykalizm. A ty, świecie, który nie chcesz być taki, jakim był świat Staropolan – wiedz, że bez Kościoła i nauki zdrowej upadniesz. Mimo pozorów kwitnienia jesteś jak uschłe drzewo. Wyszedłeś z chrześcijańskiego korzenia – tylko dzięki niemu, przezeń zaistniałeś. Jak odrzucisz go, podetniesz gałąź, na której jeszcze siedzisz, choć się tego siedzenia wypierasz. Chcesz? A więc – jak napisał akurat polski protestant, Zbigniew Morsztyn – „Upadaj!”.

A Ty, Wielki Boże, strzeż nas wtedy od powietrza, głodu i wojny, od nagłej a niespodziewanej śmierci.

Jacek Kowalski

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz