Próba ostateczna i słóp soli

JEST: wtorek 28 września IX 2010
BYŁ: wtorek 28 września IX 1621

Duszny poranek

We wtorkowe rano dwudziestego ósmego września Turcy przeprowadzili pod osłoną mgły kilkadziesiąt dział na druga stronę Dniestru. I znów (uwaga: cytuję głównie Potockiego – i tylko cytaty z innych autorów opatruję objaśnieniem) –

„…Palą działa raz po raz, ale tylko wierzchnie

Echem głuszą powietrze, a Dniestr się rozpierzchnie […]

Stąd [z tej strony brzegu] drugich dział sześćdziesiąt strasznie na nas rzygnie,

Rzekłbyś, że się przed onym hukiem ziemia przygnie…”

Tym razem nie było to fikcyjne niepokojenie przeciwnika, lecz artyleryjskie przygotowanie do walnego szturmu. Strzelali bisurmanie tak –

„…Że się już góry walą, lasy mostem ścielą.

Kiedy ze sta dwudziestu razem do nas strzelą.

Świszczą kule wiatr siekąc, jako gdy po strzesze

Na dachu się wysokim tęgi Auster czesze,

I nieraz się zderzywszy w gęstym dymie owym,

Krzesały iskry równe ogniom piorunowym.

Świata nie znać w kurzawie; słuch odjęły gromy,

I żywy gorejącej wizerunk Sodomy…”

Straty nie były wprawdzie wielkie, ale wrażenie ogromne. Zginął nawet jeden Szkot z przybocznej gwardii królewicza Władysława – gdy kula armatnia padła tuż obok namiotu następcy tronu.

Lisowczycy znów na celowniku

Okazało się wkrótce, że i tym razem szturm miał być przypuszczony do stanowiska Lisowczyków:

„…Tedy na Lisowczyków wszystek impet lęże:

Tam idą janczarowie, tam wybrani męże,

Czoło wojsk bisurmańskich…”

Przy czym w polu stanęła niemal cała armia turecka, także Tatarzy na drugiej stronie rzeki:

„…i, czego nie zagłuszą działa,

Pełno z obu stron Dniestru tatarskiego ‘hałła!’

Bo czterdzieści tysięcy, jak się rzekło przodem,

Gwałtem się ich w nasz obóz wedrzeć chciało brodem.

I trzeba było na tak upiorne zabiegi

I jezdą i piechotą poosadzać brzegi…”

Tak pisał o tym Lisowczyk Prokop Zbigniewski:

„…Do taboru lisowskiego strzelać i bić cesarz rozkazał. Strzelali przez dzień cały od poranku nie przestając, […] aże się ziemia od grzmotu wielkiego trzęsła […] 7 razem człowieka Lisowczyków zabito. Z drugiej strony zaś od obozu […] przypuściło szturm kilkanaście tysięcy janczarów do taboru Lisowczyków nawałem wielkim tak, że z obu stron strzelba na nich szła. Mężnie Janczarów odstrzeliwali i szturmów kilka odbili pogaństwa, których […] gwałtem sieczono i naganiano. Posiłkowali Kozacy Lisowczyków, gdy się to pogaństwo gwałtem do nich darło, ale oni tego […] nie przyznawają i jeszcze do obozu ich nigdy taki szturm nie był, jedno się w polu mężnie z nimi uganiali…”[1]

Paroksyzm i jego przezwyciężenie

W pewnym momencie nieprzyjaciel wtargnął w głąb właściwego, głównego obozu. Ale natychmiast okrzyknięto generalny alarm i niemal całe wojsko polskie puściło się na ochotnika ku zagrożonym wałom. Na ten widok Lisowczycy,

„…Którzy się w jednym tylko kącie już oparli,

Krzyknąwszy razem na się, na pogan natarli…”

…a leżący po namiotach ranni umierali bodaj tylko z nerwów, dlatego, że – jak wspominał Jakub Sobieski – „im na łóżku bezbronnym wyzierać i nadsłuchiwać przychodziło, co się z miłem towarzystwem działo”.

Tymczasem wewnątrz obozowych szańców widziano wiele scen niesamowitych i bohaterskich. Między innymi walczyli tam – wedle rodzinnej tradycji, zapisanej potem obszernym rymem przez Wacława Potockiego – Jan, Przecław i Joachim Pisarscy, uderzający samą „utemperowaną| Szablą na ścierw pogański posoką rumianą”.

Wreszcie wyparto Turków poza wały. Tam bisurmanie chcieli jeszcze czynić wstręt – czując na sobie wzrok Osmana, obserwującego walkę – ale

„…skoro z ogromnemi drzewy [=kopiami] wyprowadzi

Hetman w pole usarza, sam car nie poradzi…”

Słup solny

Jak się rzekło, na szturm spoglądał uważnie sam sułtan:

„…Osman, słup a słup solny, nie śmie ruszyć kroku,

Czeka swej ostatniego fortuny wyroku…”

Bo im dłużej patrzył, tym bardziej musiał czuć niepokój i wstyd:

„…Stoi Osman jak żóraw z wyciągnioną szyją

Na górze, niepewną się ciesząc wiktoryją,

Nie każe swoim hodziom [=kapłanom pogańskim] poprzestać pacierzy,

Aże będzie w lisowskim szańcu na wieczerzy…”

A „tymczasem parują naszy Turków śmiele”. Tak, tak. Dla Osmana był to kolejny szok. I tu dochodzimy powoli do kresu wojny chocimskiej. Wprawdzie obie armie stać będą naprzeciwko siebie jeszcze długie dnie i noce, będą też trochę walczyć – ale to bodaj dnia dwudziestego ósmego września sprawy się, jak sądzić można, zasadniczo rozstrzygnęły. Klęska ostatniego, generalnego szturmu, rzekłbym: ostatecznego – musiała dać Osmanowi mocno do myślenia. Jakoż jednym z efektów poniesionej przezeń klęski była przecież późniejsza rewolucja pałacowa i śmierć młodego sułtana…

Ostatnia beczka

Ale i strona polska miała o czym rozmyślać. Wieczorem zebrali się dowódcy i komisarze wojenni Rzeczypospolitej wokół chorego królewicza Władysława. Wojsko można było wprawdzie jeszcze wyżywić – ale podobno została w obozie już tylko jedna beczka prochu, zaś wyglądany król Zygmunt z pospolitym ruszeniem jakoś nie nadchodził i nie zanosiło się, że nadejdzie. Trzeba więc wysłać posłów i koniecznie, natychmiast ustalić warunki pokoju. Ale i tak wielki to sukces, bo to

„…Z Turkiem sprawa, któremu, jako wziął trzy światy,

Pierwszy raz dziś przychodzi wojnę przez traktaty

Z nami kończyć…”

Ustalono zatem, co i jak. I spisano instrukcje dla posłów.


Jacek Kowalski

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz