Po długim oporze Amerykanie doszli do porozumienia z Moskwą. Może to osłabić pozycje islamskich „powstańców”, w szczególności „Dżabat an-Nusra”, dając decydującą przewagę reżimowi Baszara al-Asada i jego sojuszników.

Lato 2016 roku może być czasem, w którym nastąpi pewne rozwiązanie w Syrii. Nie przerwania walk (konflikt ma własną dynamikę), ale zwycięstwa Rosji i Iranu. Porozumienie o współpracy wojskowej w Syrii przeciw radykalnym islamistycznym ugrupowaniom, które podpisało amerykańskie kierownictwo z rosyjskimi politykami pod koniec lipca, to efekt rozwiania amerykańskich iluzji, a także sukcesów rosyjskiej strategii w Syrii i konieczności wyczyszczenia terenu dla Hilary Clinton. Duży zamach na terenie USA przed wyborami prezydenckimi mógłby skłonić amerykańskich wyborców do głosowania na Trumpa. Amerykańskie społeczeństwo za główne zagrożenie uważa radykalnych islamistów, a nie reżim Baszara al-Asada. Tak więc celem amerykańskiego rządu powinna być twarda i jednoznaczna walka z al-Kaidą i Państwem Islamskim. Jak sie wydaje, opinię tę popiera Barak Obama, co jest wielkim rozczarowaniem dla zwolenników „zmiany reżimów”.

Rosyjsko-amerykańskie porozumienie przewiduje współpracę w walce z Dżabat an-Nusra. Ten terrorystyczny ruch oficjalnie zerwał związki z al-Kaidą 28 lipca, jednak to nic innego jak czytelna próba uniknięcia amerykańskich uderzeń. Stany Zjednoczone już podkreśliły, że taki krok w żadnym wypadku nie zmienia ich zamiaru likwidacji Dżabat an-Nusra, przemianowanego na Fatah asz-Szam. Rozmowy o porozumieniu zaczęły się w maju. Szczegóły do tej pory trzymane są w tajemnicy, jednak John Kerry obiecał ujawnić je w sierpniu. Obie strony bez wątpienia jeszcze rozmawiają o tym, jakie siły skierować do walki i jak rozgraniczyć strefy, w których będą prowadzone uderzenia nowej koalicji.

Przeczytaj także: USA-Rosja: Realna groźba wojny

Przeczytaj także: Gruzja – wysepka stabilności między Rosją a Turcją

Przeczytaj także: Wojna religijna ISIS

Jak wnika ze zdobytej przez ” The Washington Post” informacji, ogólny sztab ma zostać ustanowiony w Jordanii. W zamian za amerykańskie poparcie w walce z głównym ruchem syryjskich buntowników, Rosja obiecała wstrzymać się od ostrzałów popieranych przez USA „umiarkowanych powstańców”. Syryjska armia i obce szyickie oddziały, w zasadzie także weszły w to porozumienie.

Likwidacja Dżabat an-Nusra musi być celem w ramach globalnej strategii walki z terroryzmem, ma także zapobiec zajęciu przez tę organizację miejsca Państwa Islamskiego po jego zniszczeniu. Problem leży w tym, że Dżabat an-Nusra i oddziały powstańców, którzy walczą przeciwko reżimowi Asada wzajemnie się przeplatają. Niedawna kontrofensywa powstańców mająca na celu przerwanie blokady wschodnich rejonów Aleppo jest tego najlepszym przykładem. Dlatego trudno wyobrazić sobie, że „umiarkowane grupy” mogą odgraniczyć się od Dżabat an-Nusra i umocnić się na opuszczonych przez islamistów terytoriach. Najbardziej prawdopodobny scenariusz polega na tym, że syryjska armia wykorzystuje uderzenia na Dżabat an-Nusra do ofensywy, albo zawarcia lokalnego rozejmu, jak to miało miejsce na przedmieściach Damaszku. Tym sposobem, rosyjsko-amerykańskie porozumienie jest bardzo wygodne dla Baszara al-Asada, dlatego, że jego odejście nawet nie jest w nim rozpatrywane. Barak Obama, jak wszystko na to wskazuje, zrezygnował ze zmiany syryjskiego reżimu i przygotowuje się do oddania Syrii w ręce Rosji i Iranu.

Realna polityka zagoniła prezydenta USA w kozi róg. Rozumie on, że sojusznicy Asada nie cofną się, ponieważ są zbyt mocno wciągnięci w konflikt. Gdyby Władimir Putin rzeczywiście wyprowadził większą część wojsk, jak poinformował w marcu tego roku, syryjska armia straciłaby całe terytorium, które udało się jej odzyskać od początku rosyjskiej interwencji we wrześniu 2015 r. Byłoby to poniżeniem dla Putina, który stara się znów rozciągnąć wpływy Moskwy za granice przestrzeni postsowieckiej. Iran także nie może sobie pozwolić na przegraną partię, ponieważ Syria – to kluczowa figura w jego geopolitycznym arsenale. Teheran dysponuje zasobami finansowymi dla wsparcia reżimu Asada i istotnym rezerwuarem szyickich ochotników kompensujących mała liczebność syryjskiej armii. W razie konieczności może skierować także kilka oddziałów Strażników Rewolucji, jak miało to miejsce jesienią 2015 r. Jeśli chodzi zaś o Hezbollah, to od wojny w Syrii zależy jego przetrwanie.

Jednocześnie sytuacja wygląda w zupełnie odmienny sposób dla naftowych monarchii Zatoki Perskiej i Turcji, sponsorów syryjskiej opozycji. Porażka byłaby poniżająca, ale w żaden sposób nie zmieni geopolitycznej równowagi na Bliskim Wschodzie. Wszystko oznaczałoby tylko powrót do sytuacji z 2011 r. Poza tym, choć monarchie Zatoki Perskiej posiadają większe zasoby finansowe niż Rosja i Iran, po pięciu latach wojny ich entuzjazm do rebeliantów znacząco opadł. Dodatkowo Arabia Saudyjska i ZEA ugrzęzły w konflikcie jemeńskim. Turcja musi zaś prowadzić wojnę domową z Kurdami w momencie, gdy jej armia jest osłabiona po nieudanym przewrocie państwowym.

Przeczytaj także: NATO, czyli jak prowokować Rosję, nie broniąc Polski

Przeczytaj także: ISIS marzy o zatknięciu swojej flagi w Rzymie

Przeczytaj także: Jak Putin odpowie na groźby ISIS?

W czysto wojskowym aspekcie, stosunek sił Baszara Asada i buntowników na zachodzie Syrii (ISIS i Kurdów w tym miejscu nie bierzemy pod uwagę) stało się bardziej zbalansowane niż w zeszłym roku. Brak żołnierzy w armii Asada kompensowany jest posiłkami zza granicy i przewagą techniczną. Rebelianci jak wcześniej mogą pochwalić się duża liczbą żołnierzy, ale ich rezerwy rekrutów zaczynają topnieć. Ogromne straty w walkach odstraszają licznych młodych Syryjczyków. Dopływ zagranicznych bojowników spada z powodu ograniczenia finansowania z Zatoki Perskiej oraz zamknięcia tureckiej i jordańskiej granicy. Po wizycie w Moskwie w listopadzie 2015 r. król Abdullah II zamroził działalność syryjskich powstańców na terytorium swojego kraju. Jordania obawia się przypływu kolejnych setek tysięcy uchodźców z powodu nowych walk.

W rezultacie Barak Obama zrozumiał, że nie może niczego przeciwstawić strategii nacisku, który został przyjęty przez Asada i jego zwolenników. Jeśli Władimir Putin zdecyduje się przeprowadzić naloty w prowincjach Idlib i Dara w celu likwidacji Dżabat an-Nusra, wywoła to falę migracji. Jedynym sposobem, aby zapobiec temu scenariuszowi jest konfrontacja wojskowa z Rosją. Ale przeczy to filozofii Baraka Obamy, tym bardziej w okresie przedwyborczym. Dlatego wolał niewygodne porozumienie z Władimirem Putinem. Na koniec kadencji może wziąć na siebie taką odpowiedzialność. Laureat nagrody Nobla stara się już tylko ograniczyć rozlew krwi w Syrii, nawet za cenę ustępstw wobec Moskwy i pozostawienia Baszara Asada w Damaszku. Dlatego to już Hilary Clinton będzie decydować, czy kontynuować tę strategię, czy też postępować w stylu „jastrzębi”. Jeśli oczywiście wygra wybory w listopadzie.

Fabrice Balanche

„Le Figaro”

tłum. Kinga Pienińska / KRESY.PL

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz