Polityka, podobnie jak strategia lub taktyka wojenna, nie jest uczuciem lub inną kategorią moralną, a tylko metodą dążącą do osiągnięcia określonych celów.
Politykę należy wyodrębnić z innych pojęć, w których czasami się rozpuszcza, jak cukier w herbacie, na przykład patriotyzm lub heroizm w obronie ojczyzny. Polityka na uczuciach tego rodzaju częstokroć się opiera; są to rzeczy, które na politykę oddziaływają, tak jak polityka na nie oddziaływa. Ale polityka, podobnie jak strategia lub taktyka wojenna, nie jest uczuciem lub inną kategorią moralną, a tylko metodą dążącą do osiągnięcia określonych celów.
Stary Clausewitz definiował strategię jako naukę zniszczenia sił zbrojnych nieprzyjaciela. W roku 1958 określenie to jest przestarzałe z powodu swego humanitaryzmu; dzisiejsza strategia atomowa dąży do zniszczenia kraju nieprzyjacielskiego, a nie tylko jego sił wojskowych czy choćby obronnych.
Podobnie celem polityki może być tylko:
Odniesienie zwycięstwa.
Uniknięcie klęski lub pomniejszenie skutków odniesionej klęski. Czy zgadzamy się na określenie powyższe?
Jeśli tak, ale tylko w przypadku zgody co do ścisłości powyższych określeń, możemy przystąpić do zagadnienia, w jakim stopniu historia może być pożyteczna dla polityki.
Jeśli bowiem co do tych określeń się nie zgadzamy, jeśli na przykład określenie „polityka” będzie u nas jednoznaczne z „morale” społeczeństwa, to oczywiście usługi, które dla polityki może oddać historia, będą szły w kierunku być może pokrewnym, ale innym.
Jeśli jednak polityka ma być tylko metodą zdążającą do osiągnięcia określonych celów, to z historii dowiadujemy się, która polityka osiągnęła zwycięstwo, czyli była polityką dobrą, która ściągnęła klęski, czyli była polityką błędną i niesłuszną.
Toteż czasami niektóre spory publicystyczne wydają mi się całkowicie zbędne, bo przecież elokwencją i deklamacją nie można zmienić tego, co czytamy w historii.
Pewien znany mi socjalista mówił często z półuśmiechem:
– Głosowanie jest rzeczą pożyteczną, ale za pomocą głosowania nie sposób jest ustalić, kiedy Luter się urodził.
Tak samo dyskusje publicystyczno-polityczne mogą być bardzo pożyteczne, o ile nie ignorują faktów ustalonych przez historię.
Bardzo inteligentny generał kawalerii austriackiej mówił mi kiedyś:
– Twierdzenie, że ofensywa jest „lepsza” od defensywy jest nonsensem. Jeśli są dostateczne siły lub odpowiednia koniunktura, to należy atakować. Jeśli takich warunków nie ma, trzeba się bronić – oto i wszystko.
To samo rozumowanie trzeba przenieść na kwestię, kiedy należy uprawiać politykę dążącą do zwycięstwa, a kiedy tylko unikającą klęski względnie pomniejszającą jej skutki. Jeśli siły są wystarczające, można dążyć do zwycięstwa, jeśli tych sił nie ma, a otoczeni jesteśmy przez sąsiadów, którzy je posiadają, należy baczyć, aby nie ponieść klęski; jeśli klęska już spotkała państwo, to dobra polityka może jej skutki pomniejszyć lub je odwrócić.
Polityka Jagiełły, Witolda, Kazimierza Jagiellończyka była polityką dobrą. Na odcinku krzyżackim poprzez Grunwald i wojny Kazimierza Jagiellończyka odwrócili oni niebezpieczeństwo, dali Polsce granicę pokoju toruńskiego. W chwili ślubu Jadwigi z Jagiełłą państwo polskie obejmowało zaledwie 100 tys. km2, w chwili zgonu Kazimierza Jagiellończyka – 1 mln 100 tys. km2. Dom Gedymina ujedenastokrotnił terytorium państwowe. Nie sposób nie przyznać, że była to polityka odpowiadająca zamiarom jej twórców.
W początkach XVIII wieku państwo polskie było bogatsze, posiadało większy potencjał wojenny od swoich sąsiadów – rosyjskiego i pruskiego. W końcu XVIII wieku państwa polskiego nie było. Można długo wyliczać różne powody tego straszliwego procesu, oczywiście w pierwszym rzędzie wewnętrzny ustrój polityczny naszego państwa, który się tak podobał Janowi Jakubowi Rousseau, ale znowu nie sposób powiedzieć, że były to skutki polityki dobrej.
Skoro rozważam tu znaczenie wyrazu „polityka”, to muszę dotknąć pewnego misterium. Jasne jest dla mnie, co to jest dobra polityka i zła polityka, bo o tym decydują rezultaty znane nam z historii. Natomiast nie potrafię z równą pewnością powiedzieć, co należy rozumieć pod pojęciem „dobry polityk”. Na przykład Stanisław August. Jego program, aby wpierw zbudować w Polsce ład, dać Polsce nowoczesne wojsko, a potem dopiero zadzierać z Rosją i w czasie, kiedy Polska nie jest zdolna do oporu, prowadzić politykę, która by odwróciła od nas klęskę rozbiorów, był oczywiście programem rozumnym, celowym i jedynym. Wszelka dyskusja pod tym względem jest, moim zdaniem, już przestarzała. Natomiast pomimo doskonałego programu Stanisława Augusta nie mogę o nim samym powiedzieć, że był to dobry polityk. Nie tylko nie potrafił swej woli narzucić społeczeństwu, ale będąc królem, z załamywaniem rąk patrzył, jak korab państwa rozbija się o skały i ulega zatopieniu.
Odwrotnie Napoleon – uzyskał wyjątkowy posłuch w swoim narodzie, rozbudził moc w nim tkwiącą i prowadził go do zwycięstw olśniewających, które skończyły się klęską Francji, której skutki nie tylko pomniejszył, ale prawie że odwrócił dopiero geniusz Talleyranda.
(…)
Polityka angielska w stosunku do Napoleona była polityką dobrą. Napoleon dążył do hegemonii nad całą Europą, która zresztą, mówiąc nawiasem, odpowiadała jak najbardziej naszym polskim interesom. Anglicy już wtedy nie prowadzili żadnej wojny bez koalicji, zawsze chcieli być głową koalicji wojennej, a nie stroną walczącą na własny wyłącznie rachunek. Jak się im koalicja wykruszyła, zawarli z Napoleonem pokój, aby potem znów zorganizować koalicję, na czele której zwyciężyli, osadzając Napoleona na Świętej Helenie i przywracając Europie wewnętrzne kłótnie i antagonizmy. Anglia nie mogła dopuścić już wtedy do zjednoczenia Europy, bo sama była państwem wyspy i krajów zamorskich.
Polityka Bismarcka była polityką dobrą. Wygrał trzy wojny, zjednoczył Niemcy, wystrzegał się wojny na dwa fronty. W roku 1875 Francja była krajem świeżo rozbitym, Rosja cesarska państwem, które wykaże niedoskonałość swej maszyny wojennej w trzy lata później, w wojnie z Turkami, w 1878 roku. A jednak Bismarck cofnął się przed wojną z dwoma słabszymi militarnie od Niemców państwami, ale wojną na dwa fronty. Wystrzeganie się tej wojny na dwa fronty stanowi metodę Bismarcka, której nie zrozumieli doradcy Wilhelma II ani Hitler.
Polityka powstania 1863 roku była polityką samobójczą. Powstanie wybuchło imieniem Litwy i Rusi, i przegrało całkowicie właśnie Litwę i Ruś. Program Wielopolskiego, jako program przeciwstawiający się powstaniu, był jedynie rozumny i słuszny. O tym także nie warto już dzisiaj dyskutować – kto tego nie rozumie, przeczy oczywistościom. Natomiast można słusznie powiedzieć, że pomimo swego doskonałego programu Wielopolski jako polityk w polityce wewnętrznej nie zdał egzaminu, nie potrafiły przekonać społeczeństwa do ofert rosyjskich w tych czasach, a mówiąc nawiasem, Rosja cesarska nigdy nie była tak bliska uwzględnienia polskich aspiracji, jak właśnie w epoce namiestnika Konstantego Mikołajewicza. Pół blisko wieku później Dmowski będzie próbował odnowić program Wielopolskiego, mając już dużą część społeczeństwa za sobą. Ale wtedy Stołypin odtrąci jego program, a w stosunkach bilateralnych decydujące jest życzenie silniejszego. Wielopolski przegrał, tak jak przegrał Stanisław August, ponieważ mieli do czynienia ze społeczeństwem, które konsekwentnie nie tylko działać nie umie, lecz nawet myśleć nie umie. Pewna osoba po przeczytaniu mego Stanisława Augustanapisała do mnie, iż uważa, że Stanisław August był za grzeczny. Istotnie, metody Stanisława Augusta polegały na przymilaniu się wszystkim naokoło, kręceniu ogonkiem i przysiadaniu, metoda Wielopolskiego na brutalizowaniu, mówieniu impertynencji i niegrzeczności. Przegrał jeden i drugi, ale to nie znaczy, aby ich przeciwnicy nie pchali Polski do zguby.
Doradcy Wilhelma II wprowadzili Niemcy na drogę katastrofy, wepchnęli się w wojnę na dwa fronty. Po pierwszej jednak wojnie światowej Niemcy, zamiast wyciągnąć z niej naukę dla siebie, zaczęli się oddawać wszelkiego rodzaju otuchę niosącym teoriom, w rodzaju teorii o „wojnie straconych okazji”, o sztylecie z tyłu, o niezwyciężonej na froncie armii itd. Były to teorie bardzo przypominające nasze usprawiedliwienie naszych klęskowych powstań.
W tych nastrojach zrodziła się polityka Hitlera, która znów pchnęła Niemcy do wojny na dwa fronty, czyli do nieuniknionej katastrofy.
Polityka Anglii w czasie dwóch wojen XX wieku była zgodna z jej zasadami wojowania tylko w koalicji i dała jej zwycięstwo.
Polityki Piłsudskiego broniłem w swych książkach emigracyjnych, historii międzywojennej Polski, historii polityki Becka i w Kluczu do Piłsudskiego. Oczywiście, chodzi tu o przeszłość; obecna koniunktura uniemożliwia nam wszelkie myśli o powrocie do jego polityki. Tutaj chciałbym tylko jedno powiedzieć, że polityka Mościcki–Rydz–Beck była nie kontynuacją polityki Piłsudskiego, lecz jej przekreśleniem.
W ocenie polityki Pétaina różnię się z krajowym społeczeństwem. Wszyscy w Polsce, łącznie z inteligentnym redaktorem „Kierunków”, uważają Pétaina za kolaboracjonistę. Nie jest to słuszne. We Francji było sporo kolaboracjonistów, ale właśnie Pétain nim nie był. Kolaboracjoniści chcieli, aby Francja wojowała na spółkę z Hitlerem przeciw Anglii i Rosji. Pétain się temu sprzeciwił, i nie tylko Francję, ale i Hiszpanię powstrzymał od współpracy z Hitlerem. Pétain przez cały czas swego urzędowania życzył sobie zwycięstwa Anglii i tajnie pracował w tym kierunku. Pétain to co innego, a Déat, Doriot czy nawet Laval to co innego. Polityka Pétaina była typową polityką skierowaną na pomniejszanie skutków już odniesionej klęski. Przecież sam o sobie powiadał, że broni Francji przed polonizacją, czyli przed masakrą, jaką Niemcy urządzili w Polsce.
Stanisław Cat-Mackiewicz
Fragment książki „Zielone oczy”, wyd. Universitas, Kraków 2012.
Portal KRESY.PL jest patronem medialnym wydania „Pism wybranych” Stanisława Cata-Mackiewicza w krakowskim wydawnictwie Universitas.
[link=http://www.universitas.com.pl/katalog/kat_168]
