Podstawą są „Kazachstańcy”

– rozmowa z przewodniczącym Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Ostrogskiej Włodzimierzem Filarowskim

M.K. Polska wspólnota w Ostrogu jest specyficzna. Mało jest w niej ludzi tutejszych, żyjących tu od pokoleń.

W.F.Po II wojnie światowej zdecydowana większość mieszkających w Ostrogu Polaków wyjechała do Polski, została tu zaledwie garstka. Kilka, może kilkanaście rodzin. To, że obecnie w Ostrogu mieszka kilkuset Polaków jest wynikiem repatriacji wysiedlonych w latach trzydziestych z Ukrainy do Kazachstanu. W latach czterdziestych władze część z nich zwolniły z zesłania. W linii prostej od Ostroga mieszkali blisko, często o kilkadziesiąt kilometrów, ale władze sowieckie nie zgodziły się, by wrócili w rodzinne strony i nakazały im się osiedlić na miejscu Polaków zmuszonych do wyjazdu. Dzięki temu polskość z grodu Ostrogskich nie została całkowicie wyrugowana. Do okrzepnięcia i zakorzenienia się na nowo przyczyniła się katolicka parafia, a zwłaszcza dojeżdżający do niej kapucyn o. Serafin Kaszuba kapucyn. Dzięki niemu kościół w Ostrogu był czynny do 1962 r., z czasem oczywiście do Ostroga sprowadziły się też polskie rodziny z innych części Ukrainy – z Lwowszczyzny i Podola. Wiele rodzin się wymieszało, jednak grupa „kazachstańców” dalej stanowi trzon Polaków w Ostrogu. Są to osoby starsze, ale oddziaływujące na innych poprzez swoje świadectwo. Wszyscy wiedzą, że oni za „polskość” zapłacili ogromną cenę…

M.K. Pana rodzina z tzw. „kazachstańcami” nie ma jednak żadnego związku?

W.F.Pochodzę z polsko – czeskiej rodziny – moi przodkowie z obu stron mieszkali na Wołyniu od wielu pokoleń, ci od strony mamy przybyli jeszcze w czasach carskich, w drugiej połowie XIX w., kiedy to Czesi mogli nabywać ziemię parcelowaną z wielkiej własności (z powodu carskiego zakazu nie mogli jej nabywać polscy chłopi). Szczegółów osiedlania się moich czeskich przodków ze strony matki niestety nie znam. Dopiero, gdy ukończyłem studia muzyczne w 1987 r. zacząłem się interesować swoim pochodzeniem i na własną rękę uczyć się języka polskiego. Czeskiego nauczyłem się też sam w czasie 3,5 – letniej służby wojskowej w Czechosłowacji, podczas której służyłem w orkiestrze wojskowej. Od kiedy wkroczyłem w dorosłe życie ze świadomego wyboru czuję się Polakiem i staram się działać na rzecz polskości. Także i w swojej rodzinie, moja żona jest Ukrainką, ale zainteresowała się polskością i nauczyła się języka polskiego, ślub braliśmy w Kościele katolickim, a nasz syn jest wychowany na Polaka.

M.K. Towarzystwu prezesuje pan już kilka kadencji.

W.F.Od 1995 r. czyli niemal od początku jego istnienia. Powstało ono w roku 1994 z inspiracji ks. Witolda Kowalowa, proboszcza parafii w Ostrogu. Od samego początku towarzystwo i parafia współpracują ze sobą i nawzajem się uzupełniają. Jest to zupełnie naturalne, ponieważ członkowie parafii i towarzystwa to ci sami ludzie, dlatego tez lokal towarzystwa mieści się w budynku przy plebani ks. Witolda. Nasze towarzystwo nie jest oczywiście wielkie – liczy czterdzieści osób, jednakże skupia najaktywniejszych członków naszej społeczności, która cała stanowi trzysta osób. W miasteczku mającym około 14 tys. mieszkańców widać nas głównie dzięki parafii, o której wszyscy mówią nie inaczej jak „polska”.

M.K. Czym zajmuje się towarzystwo?

W.F.Ma ono charakter społeczno- kulturalno- oświatowy. Zajmujemy się głównie nauczaniem języka polskiego, pomocą starszym i chorym rodakom, którzy znajdują się w trudnej sytuacji, organizowaniem wypoczynku dla dzieci i młodzieży. Członkowie towarzystwa pracują również w redakcji „Wołania z Wołynia” – czasopisma religijno- społecznego rzymskokatolickiej diecezji łuckiej. Dawniej przy towarzystwie działał zespół wokalno – muzyczny, który współpracował z chórem parafialnym „Sursum Corda”i teatrem młodzieżowym Akademii Ostrogskiej. Obecnie jednak już nie istnieje, ponieważ jego członkinie ukończyły szkoły, potem wyjechały na studia i niestety do Ostroga już nie wróciły. W tak niewielkim środowisku mamy zaś kłopot z pozyskaniem nowej, zdolnej młodzieży. Dzieci w polskich rodzinach tak zresztą jak i w ukraińskich rodzi się coraz mniej. W naszej parafii pogrzebów jest dwa razy więcej niż chrztów i ślubów. Boję się, że nasilający się na Ukrainie kryzys ekonomiczny zdynamizuje ten niekorzystny trend.

M.K. Dawniej wizytówką towarzystwa były organizowane co dwa lata „Dni Kultury Polskiej”.

W.F.Tak, ale obecnie z braku środków musieliśmy zawiesić tę imprezę. Rokrocznie przeprowadzamy jednak konkurs recytatorski poezji polskiej, którego laureaci biorą udział w dalszych eliminacjach obwodowych. Organizujemy wieczory kolęd, spotkania wielkanocne, akademie z okazji święta 3 Maja czy 11 listopada. Współpracujemy też z Akademią Ostrogską, której rektor prof. Ihor Pasycznyk jest wobec polskości nastawy bardzo życzliwie. Jego żona, będąca także profesorem akademii – jest Polką, toteż stara się nam pomagać w różny sposób. Uczestniczymy w pewnym zakresie w kontaktach akademii z Polską – jeżeli przyjeżdża do niej jakaś delegacja, czy grupa studentów z Polski, to także my uczestniczymy w jej podejmowaniu. Duży nacisk kładziemy również na nauczanie języka polskiego, którego uczy się szesnaścioro dzieci. W organizowaniu zajęć pomaga nam Konsulat Generalny RP w Łucku opłacający dojeżdżającą ze Zdołbunowa nauczycielkę. W ogóle chciałbym zaznaczyć, że wszystko, co udaje się zrobić w naszej działalności jest zasługą wspierających nas różnych instytucji z Polski. Zwłaszcza zaś Fundacji „Pomoc Polakom na Wschodzie”, której korzystając z okazji chciałbym bardzo serdecznie podziękować. Dziękuję też Hufcowi Związku Harcerstwa Polskiego z Myszkowa, który już dwukrotnie zaprosił nasze dzieci na wypoczynek na obozie w Jurze Krakowsko – Częstochowskiej.

M.K. Dziękuję za rozmowę

rozmawiał: Marek A. Koprowski

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz