Pielgrzymka życia z Żupran do Złoczewa

Oszmiańszczyzna – cudowna ziemia, która od dawna jest znana ze swoich tradycji. Jej ludzie – ufni, bezpośredni, gościnni – tworzą jej niepodzielną część, a nawet więcej, są jej istotą.

Oszmiańszczyzna, która teraz znajduje się na Białorusi, a kiedyś stanowiła całość terytorialną, historyczną, etnograficzną i gospodarczą z pozostałą Wileńszczyzną, odegrała istotną rolę na arenie politycznej zarówno Wielkiego Księstwa Litewskiego, jak i Korony.

Ten niewielki zakątek ziemi obdarował w swoim czasie Polskę tak wybitnymi ludźmi, jak Ignacy Chodźko, Antoni Odyniec, Julian Korsak, Lucjan Żeligowski i inni. Z Oszmiańszczyzną były związane losy tak znaczących dla polskiej i światowej kultury i historii ludzi, jak Michał Kleofas Ogiński i Zofia Holszańska, matka polskich królów Władysława III i Kazimierza IV.

Wśród synów i córek tego regionu byli i potężni książęta, i utalentowani pisarze, i odważni powstańcy, i oddani swojej pracy uczeni, i po prostu dobrzy ludzie. Ich postacie barwnym światłem rozjaśniają historię. Jedną z takich osób była urodzona w Żupranach, niewielkim miasteczku koło samej Oszmiany, Matka Gemma Elija od Niepokolanego Poczęcia N.M.P., czyli oficjalnie Jadwiga Szukiełojć – pierwsza przeorysza pierwszego w Polsce zakonu sióstr kamedułek.

Jeszcze niedawno sami żupranianie nic nie wiedzieli o tej kobiecie. Dopiero gdzieś w końcu września 2004 roku dzięki dwóm księżom-entuzjastom z Polski udało się uchylić rąbka tajemnicy. Naturalnie tylko odrobinę, chociaż ci kapłani sami byliby bardzo szczęśliwi, jeśliby udało im się dowiedzieć czegoś więcej o osobie, rodzinie matki Gemmy w jej małej ojczyźnie. Przypomnieć, zebrać jakiekolwiek informacje o niej okazało się dość trudną sprawą – wspomnienia były niekompletne, mętne, poplątane, bo minęło już sporo czasu odkąd Jadwiga Szukiełojć mieszkała w Żupranach.

Dokładnie było wiadomo tylko, że 24 listopada 1913 roku w rodzinie Jana Szukiełojcia i Ewy (z domu Stefanowicz), zamieszkałych w Żupranach, urodziła się dziewczynka, już trzecia córka. Niedługo potem została ona ochrzczona w żuprańskim kościele św.św Apostołów Piotra i Pawła i otrzymała imię Jadwiga. W ten sposób dziewczynka została oddana w opiekę Świętej Jadwidze – królowej i chrzcicielce Litwy. To bardzo symboliczne, że dziewczynka otrzymała właśnie takie imię, bo prawdopodobnie dalecy przodkowie Jadwigi Szukiełojć ochrzcili się dzięki staraniom i dobrej woli królowej Jadwigi, która poślubiła litewskiego księcia Jagiełłę pod warunkiem chrztu Bałtów – pogan.

Jak wiadomo, autochtonicznymi, to znaczy rdzennymi mieszkańcami Oszmiańszczyzny byli Bałtowie, przodkowie obecnych Litwinów. Z czasem zmieszali się oni z napływowymi Słowianami, wzięli od przybyszów język, a ich kultura została wchłonięta przez silniejszą wtedy kulturę słowiańską. Tę osobliwość zauważył jeszcze Władysław Syrokomla, który zaznaczył w notatkach „Z dziennika drogowego roku 1856”, że lud podwileński bez wątpienia był w odległych czasach czysto litewskiego odgałęzienia. Bałckie ślady i do obecnych czasów pozostały na Oszmiańszczyźnie w nazwach miejscowości, rzek, w nazwiskach itd.

Nawiasem mówiąc, nazwisko Jadwigi Szukiełojć ma również bałckie pochodzenie, bo jego rdzeń „šuk?” jest obecny we współczesnym języku litewskim i oznacza „skorupkę, szczątek rozbitego naczynia”. To dowodzi także dawności rodu Matki Gemmy, który prawdopodobnie odizolował się, „odłamał” w swoim czasie przez to, że jako możliwe jeden z pierwszych przyjął chrześcijaństwo. Według wszelkiego prawdopodobieństwa przodkowie Jadwigi Szukiełojć przyjmowali chrzest w obrządku katolickim, bo w Żupranach i bliższych miejscowościach nie pamiętają kościoła unickiego.

Jadwiga miała jeszcze dwie siostry, do których była podobna posiadaniem otwartej duszy, która kształtowała się i wzmacniała potężną energią zebraną przez jej rodzinną ziemię. W dzieciństwie z zapałem przypatrywała się barwnemu światu: zachwycały ją i skromne polne kwiatuszki, i pstre motyle, i stare wierzby nad strumieniem ojczystej rzeki Oszmianki. Pani Helena Tołłoczko, jedna z najstarszych mieszkanek Żupran, wspomina, że cała rodzina Jadwigi była bardzo pobożna. Jedna z jej starszych sióstr nawet była tercjarką, należała do trzeciego zakonu świeckich, to znaczy, że poświęciwszy się Bogu, przyjąwszy Chrystusa do swojego serca, młoda dziewczyna nadal mieszkała w świecie, pracując, a zarazem niosąc i głosząc innym światło Ewangelii.

W swojej rodzinie poznawała Jadwiga pierwsze życiowe prawdy, uczyła się kochać Boga i szanować Jego przykazania, pozostawione całemu człowieczeństwu. Dzieciństwo Jadwigi Szukiełojć nie było pogodne i beztroskie, gdyż przebiegała w burzliwym czasie zmiany okresów historycznych, czasie wojen i rewolucji, absurdalnego dzielenia ziem i ustanowienia niesprawiedliwych granic.

Rodzice Jadwigi nie zdołali przeżyć tylu prób, zmarli, pozostawiwszy po sobie trzy córki. Małą Jadzią zaopiekowały się starsze siostry. Przez niedługi czas mieszkały we trzy, prowadząc gospodarstwo, uprawiając wielki ogród obok domu. Niestety, nie mogły gospodarzyć na wielkim kawałku ziemi, który dostał się dziewczynom w spadku po śmierci rodziców niedaleko od Żupran, dlatego oddały go w dzierżawę.

Najstarsza z sióstr – Maria czy Marysia, jak ją nazywano w Żupranach, zdobyła jeszcze za życia rodziców niezłe wykształcenie. Już po tym, jak Żuprany i cała Wileńszczyzna zgodnie z postanowieniami pokoju w Rydze weszły w skład Polski, Marysia zdołała znaleźć sobie posadę nauczycielki w Wilnie. Załatwiwszy sobie pracę, przeniosła do Wilna również siostry. Tam wszystkie trzy zapoznały się z księdzem kanonikiem Stanisławem Miłkowskim, który całym sercem pokochał sieroty, a szczególnie małą Jadzię. Ksiądz Stanisław zaopiekował się rodziną osieroconych sióstr, pomagał im w miarę swoich możliwości. Jadwiga wychowywała się pod duchowym patronatem księdza.

Trzy siostry nie traciły związków z Żupranami i, jak przypominają starsi żupranianie, dość często tu przyjeżdżały. Zawsze przyjeżdżały na żuprańskie święta, odpusty, starały się pomagać żuprańskiemu kościołowi: przywoziły świece, ozdoby, same haftowały obrusy itd.

W końcu roku szkolnego 1930/1931 Jadwiga Szukiełojć zdała maturę w Liceum PP. Benedyktynek im. św. Scholastyki w Wilnie. W okresie międzywojennym takie wykształcenie było wielkim i znaczącym osiągnięciem. U stóp młodej absolwentki leżał cały świat z milionem możliwości. Jadwiga była godną zainteresowania niewiastą, ponieważ była piękna, wykształcona, niebiedna, miała wielki dom z ogrodem, kilka hektarów ziemi w Żupranach.

Najwidoczniej jednak słowa mądrego kapłana Miłkowskiego padły na podatny grunt otwartej duszy młodej dziewczyny. Ona, jak kiedyś połocka księżniczka Eufrozyna, która była pierwszą świętą na białoruskich ziemiach i dzisiaj stała się uosobieniem białoruskiej duchowości, nie zapragnęła pójść do grzesznego świata, ale jej dusza pragnęła Boskiej bliskości. Ksiądz Stanisław Miłkowski na pewno jak żaden inny człowiek rozumiał dążenia serca Jadwigi. Poradził jej, żeby jechała do Francji. Młoda dziewczyna, pełna sił i odwagi, szybko się tam znalazła. Bogata duchowo osoba przez jakiś czas szukała przeznaczonego jej przez Boga miejsca. Na jakiś czas zamieszkała w jednym z klasztorów sióstr teresek. Dopiero w 1935 roku Jadwiga Szukiełojć rozpoczęła postulat w klasztorze sióstr kamedułek w miasteczku La Seyn-sur-Mer na Lazurowym Wybrzeżu Francji. Po dwóch latach złożyła śluby czasowe, a w 1941 roku – profesję wieczystą.

Można się tylko domyślać, dlaczego Jadwiga wybrała właśnie ten zakon, właśnie taką, a nie inną formę służenia Bogu. Zakon Kamedulski został założony przez Świętego Romualda w końcu X wieku jako reforma reguły benedyktyńskiej. Życie kamedulskie w samotności, milczeniu, pracy i modlitwie, w eremie i odosobnieniu od świata nie każdego potrafi przyciągnąć. Do tego potrzebna jest wielka wiara, siła woli i potęga ducha. Bardzo często mężczyźni i kobiety nie wytrzymywali takiego sposobu życia i opuszczali klasztor.

Jadwiga Szukiełojć (matka Gemma) nie wyrzekła się wybranej drogi i z godnością znosiła wszystkie próby, które upokarzały ciało, ale podwyższały ducha. Jeszcze będąc we Francji marzyła o tym, żeby wrócić do ojczyzny i założyć klasztor nowego dla tamtych miejsc zakonu. Jej dawny opiekun ksiądz Miłkowski całym sercem pragnął, żeby matka Gemma przeniosła się do Wilna. Nie jest wykluczone, że chciała powrócić nie do Wilna, ale na Wileńszczyznę, a dokładniej do rodzinnych Żupran. Żupranom nie było jednak dane przyjąć nowego zakonu – zaczęła się II wojna światowa.

Dopiero po zakończeniu wojennej zawieruchy stało się możliwe dla matki Gemmy wrócić bliżej rodzonego kraju, tylko już nie na Wileńszczyznę, która znalazła się w granicach Związku Radzieckiego, a do Polski. W liście z 9 września 1947 roku opatka klasztoru w La Seyne prosiła przeora krakowskich Bielan o przychylność dla dwu kamedułek Polek, które wkrótce powinny były przyjechać z Francji.

Wreszcie we wrześniu 1948 roku do Polski przybyły cztery mniszki kamedułki, ale dwie z nich szybko odeszły nie wytrzymawszy prób, a tylko dwie, z których jedną była matka Gemma, dały początek polskiej Wspólnocie Sióstr Kamedułek. Było to pierwsze stowarzyszenie takiego typu na ziemiach słowiańskich. Siostry kamedułki miały wiele kłopotów, związanych ze znalezieniem miejsca pobytu. W 1948 roku matka Gemma z jeszcze jedną siostrą zakonną, która jej towarzyszyła, przybyły do Złoczewa – niewielkiego miasteczka około Sieradza. Tam znalazły stare mury pobernardyńskiego klasztoru. Matka Gemma tak wspomina pierwsze chwile na nowym miejscu: „Przyjazd nasz do Złoczewa sprawił niemałe poruszenie. Widok zakonnic dla tutejszych mieszkańców był czymś nowym. Skoro wysiadłyśmy z autobusu, otoczyła nas gromada dzieci i troskliwych osób starszych […] Początkowo w Złoczewie znajdowałyśmy się w trudnej sytuacji, ale Opatrzność czuwała nad nami. Mieszkańcy Złoczewa wspomagali nas, zapraszali do siebie, przez co okazywali swą radość z naszego przybycia…”

Przed zakonnicami pojawiły się nowe kłopoty: budynek był mocno uszkodzony, nieogrzewany, konieczny był remont. Z pewnością i nadzieją w Bogu wzięły się do pracy. Pracowały nie odpoczywając, robiąc wszystko, co było trzeba. Teraz może wydawać się to dziwnym: skąd dwie kobiety brały spryt i siłę do pokrywania dachu, szklenia okien, tynkowania ścian, podczas gdy woda, pozostawiona na noc w pokoju, gdzie nocowały siostry zakonne, zamarzała. Widać cała tajemnica polegała na wierze, która pomaga czasem przenosić nawet góry.

Powoli życie kamedułek zaczęło płynąć zwykłym trybem. Pojawiła się dość liczna grupa dziewcząt, które chciały służyć Bogu właśnie w tym zakonie. Bóg błogosławił klasztorowi przez nowe powołania. Jednak należy przyznać, że o ile wiele przychodziło, o tyle wiele i odchodziło, bo zakon kamedułek jest naprawdę jednym z najsurowszych. Zakony takiego typu są kontemplacyjne i świadczą o duchowej stałości kościoła katolickiego, a zarazem i o wielkiej jego potencji. Główny cel takich zakonów to modlitwa za całą ludzkość. Miejscem pracy, ewangelizacji staje się w takim przypadku skromna cela człowieka, który ofiarował się Bogu.

Stowarzyszynie sióstr kamedułek jednakże rosło, powiększało się. Matka Gemma Szukiełojć mądrze kierowała tą wspólnotą. Właśnie ona została wyznaczona przez władzę kościelną na pierwszą przełożoną klasztoru mniszek Kamedułek w Złoczewie. Tak więc, matka Gemma, urodzona w dalekich Żupranach, na pograniczu kultur i wpływów religijnych, stała się matką wszystkich polskich kamedułek.

Zasługi tej kobiety w organizacji stowarzyszenia sióstr zakonu kamedulskiego są ogromne. Ofiarowała się tej sprawie w całej pełni nie tylko duchowo, ale i fizycznie. Matka Gemma, jak się okazuje, zapewne ofiarowała na klasztor część spadku, który należał do niej po śmierci rodziców. Możliwe, że jej pobożne siostry też nie pożałowały środków na tę miłą Bogu sprawę. We wspominanym już liście z 1947 roku do przeora krakowskich Bielan opatka klasztoru w La Seyne, prosząc o opiekę nad dwoma kamedułkami, zauważa: „Kanonik Miłkowski posiada środki dla pomagania tej małej fundacji…” Ale skąd kapłan miał mieć środki? Najprawdopodobniej były to pieniądze otrzymane po sprzedaży ziemi i całego mienia rodziny Szukiełojciów w Żupranach. Trzy siostry chyba bezinteresownie przekazały je księdzu Miłkowskiemu dla sławy Pańskiej. Założenie Rodziny Sióstr Kamedułek było tym głównym światłem, do którego dążyła Matka Gemma w ciemności życiowej drogi.

Ludzie w Złoczewie wspominają, że matka Gemma była bardzo serdeczną, delikatną i subtelną kobietą. Dla mniszek była prawdziwą matką. Wszystkie sprawy, związane z klasztorem, przeżywała głęboko, biorąc je sobie do serca. A sytuacja zaczęła się stawać coraz trudniejsza. Dokumenty z roku 1962 ukazują, że klasztor kamedułek w Złoczewie jako „jedyny tego zakonu w Polsce i tym samym skazany na własne siły, przeżywa duże trudności, gdyż i okoliczności zewnętrzne, i mała liczba Sióstr, i brak powołań uniemożliwiają unormowanie jego życia zakonnego”. Klasztor „wzmacniał się” sprowadzeniem sióstr innego zakonu. Oprócz tego nową przełożoną została mianowana mniszka urszulanka. Matka Gemma postrzegała te innowację bardzo boleśnie. Możliwe, że wpłynęły one na to, że w roku 1963 serce Matki Gemmy nie wytrzymuje. Matka dostała zawału i 15 grudnia 1963 roku o godzinie 19 opuściła ten świat. Ta zasłużona kamedułka miała wtedy tylko 50 lat. Wypełniła wolę Bożą i została powołana do Królestwa Niebieskiego. Pewnie tam nie przestała troszczyć się o drogą dla jej serca zakonną Rodzinę Sióstr Kamedułek. Pewnie przed tronem Pańskim nie przestawała prosić o pomyślność dla klasztoru w Złoczewie.

Możliwe, że dzięki niewidzialnemu wstawiennictwu Matki Gemmy, sprawy klasztoru znacznie się poprawiły. Rozwijał się on na tyle dynamicznie, że stało się możliwe wsparcie macierzystego stowarzyszenia w La Seyne-sur-Mer.

Obecnie klasztor w Złoczewie liczy ponad 20 sióstr, a także ma swoje odgałęzienie w Tyszowcach koło Zamościa. Siostry w Złoczewie uprawiają własne gospodarstwo rolne, uprawiają kilka hektarów ziemi, dbają o ogród, same robią ser biały i żółty. Mają też bardzo ładny dom gościnny, gdzie może przyjechać każdy i kilka dni zostać w ciszy, pomodlić się, nabrać sił życiowych i energii. Obecna przeorysza klasztoru Matka Weronika Sowulewska chętnie przyjmuje gości. Chociaż reguły kamedulskiego życia ograniczają kontakty sióstr ze zwiedzającymi, goście czują się zawsze bardzo dobrze. Złoczewskie siostry w taki sposób czczą pamięć swojej matki fundatorki.

Matka Gemma Elija, Jadwiga Szukiełojć, znalazła swoje ostatnie schronienie dość daleko od ojcowizny, na obcej ziemi. Ale mocno pokochała tę ziemię, ofiarowała jej nie tylko swoją duszę, ale i ciało. Nad jej mogiłą wznosi się teraz skromny biały krzyż. Jednakże można z pewnością powiedzieć, że śniły się jej sny o Żupranach. A przez jej osobę Żuprany na zawsze zostaną związane z zakonem kamedułek.

Wiele miała w życiu prób, przeżyć i strapień. Ale dzięki swemu darowi, wewnętrznej iskierce, otrzymanej od Boga, zdołała osiągnąć wiele w sprawie zbawienia dusz ludzkich. Na pewno matka Gemma pozostawiła po sobie swoim duchowym następcom cząsteczkę swojej potężnej energii, a Złoczew stał się w pewnym sensie skupiskiem dobroci. Matka Gemma jakby przekazała Złoczewowi część energii tych miejsc, gdzie się urodziła, bo Żuprany, można powiedzieć, znajdują się w centrum miejsc Maryjnych. Otaczają je sławne sanktuaria, na zachodzie w Ostrej Bramie, na południu w Borunach, na północy w Gudogaju i w Budsławiu na wschodzie. Cudowny obraz Matki Boskiej Bolesnej znajduje się także w żuprańskim kościele. Przed nim modliła się będąc małą dziewczynką matka Gemma i do niego spieszą co niedziela tutejsi ludzie. Często biedni, z pustką w duszach, przygnębieni życiem dążą i starzy i młodzi, żeby pomodlić się za siebie, za rozpustną żonę, za męża pijaka, za marnotrawne dzieci. Chociaż radziecki ateizm przez długi czas prześladował tutejszych ludzi, wyrywał im z serc Boga, to jednak oni, tak, jak i w dzieciństwie Jadwigi Szukiełojć, jedni piechotą, jedni na rowerze, inni samochodem albo bryczką, spieszą do swojej najdroższej świątyni. Ona zastępuje wszystko inne miejscowym ludziom i stanowi swego rodzaju mały Rzym, którego świętość została przekazana w cudowny sposób przez matkę Gemmę Szukiełojć Złoczewowi. Nie na darmo ludzie ze Złoczewa mówią, że wszystko, o co proszą siostry kamedułki w swoich modlitwach, spełnia się. Obecnie modlą się one o pośmiertne wsławienie Matki Gemmy Elii Szukiełojć, żeby słusznie starać się o beatyfikację jej niezwykłej osoby. Nam pozostaje tylko dołączyć się do modlitewnych próśb sióstr zakonnych.

Za duchowy testament Matki Gemmy do wszystkich ludzi dobrej woli można uważać słowa świętej Euforozyny z jej żywota, napisanego przez anonimowego autora w końcu XII stulecia: „Oto zebrałam was, jak pisklęta, pod skrzydła swoje i na pastwisku, jak owce, żebyście paśli się według nakazów Boskich. A ja staram się z lekkim sercem uczyć was, widząc plon waszej pracy, i taki deszcz nauki na was leję! Ale niektóre niwy stoją, nie wschodząc i nie wzrastając do góry, a rok już kończy się i łopata leży przy stodole. I boję się, że będziecie chwastami i oddadzą was do ognia piekielnego. Postarajcie się, dzieci moje, uniknąć go i stańcie się pszenicą czystą i zmielcie się w żarnach przez umiar, modlitwy, post, żeby jako czysty chleb przenieść się na ucztę Chrystusową”.

Wiktor Szukiełowicz

Żuprany – Złoczew – Żuprany

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz