O. Piotr Dominik Hubczakiewicz

Ojciec Piotr Dominik Hubczakiewicz, franciszkanin, pochodzi z polskiej rodziny ze wsi Szersznie 7 km od historycznego miasta Bar w Obwodzie Winnickim. Choć nigdy w Prowincji św. Michała Archanioła Zakonu Braci Mniejszych na Ukrainie nie pełnił żadnej funkcji, to jest w niej postacią znaną, niemalże legendarną, pełniąc w niej rolę swoistego zwierciadła sumienia.

Współbracia żartują, iż bardziej od niego zwierzęta lubił tylko św. Franciszek. O. Hubczakiewicz urodził się w 1951 r. i nie miał łatwego dzieciństwa. Ojciec Leon porzucił matkę Stanisławę dla innej kobiety i wraz z bratem wychowywani byli przez samą matkę. Wszyscy zostali formalnie przypisani do kołchozu, którego nie wolno było im opuszczać. Dopiero w latach sześćdziesiątych zezwolono na wyjazdy po otrzymaniu paszportu. Razem z bratem, mimo że byli nieletni i prawo tego zabraniało, często zamiast iść do szkoły, musieli paść w kołchozie stado baranów. Matki nie obchodziło, że mieli zaległości, budowała dom i każdy musiał na siebie zarobić. Od jednego tylko matka ich nie zwalniała. Od modlitwy i chodzenia do czynnego w Barze kościoła. Przez długi czas nie było w nim jednak stałego kapłana.

Walczcie o swego kapłana

,,Od czasu do czasu przyjeżdżał do niego ks. Antoni Chomicki lub o. Wojciech Darzycki, by odprawić Mszę św.” – wspomina o. Dominik. ,,Byli to bardzo surowi, wymagający kapłani, którzy stale apelowali do nas, byśmy starali się o własnego proboszcza i walczyli u władz, by dały mu „sprawkę”. Najczęściej modliliśmy się bez kapłana, co było dla mnie wielkim przeżyciem. Tym bardziej, że inne kobiety stale kłóciły się z matką, że przyprowadza dzieci do kościoła, co było zabronione. Ostrzegły matkę, że przez nią zamkną kościół w ogóle. Matka odpowiadała im hardo, że jeżeli one też tego nie będą robić, to wkrótce parafia wymrze i żaden kapłan nie będzie jej potrzebny. Wtedy też postanowiłem, że zostanę kapłanem. Zamiar ten niezwykle trudno było zrealizować, gdy w 1971 r. wróciłem z wojska, mogłem tylko pracować i służyć do Mszy św. przy kościele. Mama nie chciała nawet słyszeć, bym poszedł na jakieś studia.”

Zaczęło się w Miastkówce

,,Obawiała się, że pójdę do wielkiego miasta, gdzie stracę wiarę. Na moje pójście do seminarium się zgadzała i stale modliła się, bym się do niego dostał. Najpierw za radą o. Darzyckiego zaczęliśmy wraz z Mikołajem Sobkowskim jeździć do Miastkówki, by pod jego okiem przygotowywać się do kapłaństwa. Początkowo w ogóle nie wtajemniczał nas w istotę franciszkanizmu, nie rozmawialiśmy na ten temat. Przyjeżdżaliśmy zazwyczaj pociągiem do Krzyżopola lub Wapniarki w piątek wieczorem i stamtąd maszerowaliśmy na piechotę do Miastkówki. Ojciec Darzycki miał bardzo dużo pracy, nie miał specjalnie czasu, by się nami zajmować. Dopiero po dwóch latach w 1977 r. złożyliśmy na jego ręce pierwsze śluby czasowe w zakonie św. Franciszka. Otrzymaliśmy wtedy także imiona: Antoni i Dominik. O tym wydarzeniu nikt jednak nie wiedział, bowiem złożyliśmy przysięgę na księgę Pisma św., że nikomu nawet rodzicom o tym nie powiemy. Moja matka stale się dziwiła, po co tyle jeżdżę do tego Darzyckiego. Nie darzyła go bowiem zbytnią sympatią. Z kobietami obchodził się on bardzo surowo, jeżeli któraś spóźniła się z chrztem dziecka, to wyzywał od najgorszej swołoczy.”

Sukienka mamusi

Po ślubach czasowych otrzymaliśmy też zakonne habity, ale oczywiście nie mogliśmy w nich chodzić. Gdy jechaliśmy do Miastkówki, zabieraliśmy je ze sobą. U siebie o. Darzycki nie chciał ich trzymać, tłumaczył, że ma często rewizję. Wożenie ich ze sobą też było niebezpieczne. Bywało bowiem, że na stacji był patrol milicji, który sprawdzał zawartość teczek i bagaży. Do mojej torby też kiedyś zajrzeli. Milicjant wyciągnął habit i spytał mnie – co to jest? – Odpowiedziałem, że sukienka mamusi. Popatrzył na mnie spode łba i z niedowierzaniem zapytał czemu ja ją noszę? – W końcu jednak machnął ręką i kazał uciekać. W Miastkówce czasem chodziliśmy jednak w habitach. Jak były jakieś procesje czy uroczystości, to je zakładaliśmy starając się ginąć w tłumie. Ludzie zwłaszcza miejscowi domyślali się, jak mi się wydaje, że jesteśmy zakonnikami…

Po pewnym czasie, coraz wyraźniej widzieliśmy, że nie mamy żadnych szans na dostanie się do Seminarium w Rydze jako kandydaci do kapłaństwa z Ukrainy. Wyjechałem wtedy na Litwę licząc, że stamtąd łatwiej dostanę się do Seminarium Duchownego w Kownie, przyjmującego tylko kandydatów z Litwy. Przez pięć lat mieszkałem w Poniewieżu, w pobliżu parafii, pod okiem księdza. Uczyłem się litewskiego i przygotowywałem się do kapłaństwa, czyniąc to – rzecz jasna w największej tajemnicy. Normalnie jednocześnie pracowałem. Po pięciu latach złożyłem wraz z opinią proboszcza prośbę o przyjęcie do seminarium i zostało ono przyjęte.

Dodatkowo się uczyć

W seminarium musiałem dodatkowo uczyć się litewskiego i dobrze opanować w tym języku katechizm. Przez pierwsze lata traktowano nas trochę ulgowo, przyjmując egzaminy trochę po rosyjsku, trochę po polsku, ale w następnych już tylko litewsku. Wykładowcy sądzili, że wszyscy zostaniemy na Litwie i musimy znać język litewski.

,,W seminarium chciano mnie zwerbować do marianów” – wspomina o. Dominik. ,,O. Darzycki, gdy się o tym dowiedział, wpadł w szał. Kazał mi przerwać seminarium i wracać na Ukrainę. Przekonałem go jednak, że zakonu nie porzucę…”

Po ukończeniu seminarium i wyświęceniu na kapłana o. Dominik na Ukrainę wrócił dopiero po pięciu latach – w 1992 r. Nie chciał go zwolnić tamtejszy biskup, który bardzo go polubił i szanował za jego franciszkańskie podejście do obowiązków kapłańskich. Dużą sympatią zaczęło go darzyć także całe tamtejsze księżowskie środowisko, uznające go za swojego. Doskonale nauczył się litewskiego i był ceniony także przez wiernych. Dopiero po rozpadzie ZSRS, gdy Litwa znalazła się już za granicą, władze tworzącej się Kustodii św. Michała Archanioła Braci Mniejszych na Ukrainie, niemalże dyscyplinarnie zmusiły go do powrotu. Wystosowały pismo do ordynariusza litewskiej diecezji, powołując się na zakonne konstytucje zażądały jego powrotu.

,,Biskup tłumaczył, że na Litwie też są bernardyni, do których może być inkordowany, ale o. Darzycki nawet słyszeć o tym nie chciał. Gdy misje o. Jana Duklana i o. Zenona Turowskiego ściągnięcia mnie na Ukrainę nie powiodły się, przyjechał na Litwę sam o. Darzycki. Cóż było robić, trzeba było wracać.”

Bezkonfliktowy charakter

Po powrocie jako wikary o. Dominik pracował w Szarogrodzie, Czeczelniku, Miatkówce, Szepetówce i Połonnem. Przełożeni doceniając jego bezkonfliktowy charakter kierowali go na placówki, gdzie wśród braci powstał spór i trzeba było uspokoić nastroje. Zawsze z ogromnym żalem był żegnany przez wiernych, którzy cenili go jako przyjaciela, spowiednika i duszpasterza chorych, którym często udzielał też ostatniej posługi.

Obecnie pracuje w Szarogordzie, gdzie wśród tutejszych Polaków czuje się jak ryba w wodzie. Jest wikarym parafii i wykonuje obowiązki wyznaczone przez proboszcza oraz gwardiana klasztoru. Specjalizuje się w duszpasterstwie chorych i bardzo często prowadzi pogrzeby. Stara się też pomóc w powrocie do Boga ludziom stojącym tuż nad grobem, którzy się z nim jeszcze nie pogodzili. Tylko on w klasztorze umie z nimi rozmawiać i przygotować na godne odejście. Założył też przy klasztorze niewielkie gospodarstwo, w którym hoduje króliki i indyki. W opiece nad nimi pomaga mama, którą sprowadził z rodzinnej wioski, żeby nie była sama i miał się kto nią zajmować – ma ona już bowiem 90 lat.

Myśli o swojej Litwie

Czasami o. Dominik myśli o „swojej Litwie”, którą od czasu do czasu przy różnych okazjach odwiedza. Gdy za bardzo nachodzi go tęsknota, idzie do konfesjonału, by spowiadać ludzi. Częste siedzenie w nim zaleca wszystkim młodym kapłanom.

,,Wszystkie problemy parafii najlepiej można poznać tylko w konfesjonale” – podkreśla. ,,Nie potrzeba żadnych badań socjologicznych, by już po kilkunastu minutach poznać wszystkie jej bóle.”

Marek A. Koprowski

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz