„Nil” wraca

Jak bardzo chciałoby się zatytułować w ten sposób wiadomość o odnalezieniu śmiertelnych szczątków gen. bryg. Augusta Emila Fieldorfa „Nila”. Najwyższego rangą oficera Wojska Polskiego – wśród tysięcy oficerów i żołnierzy polskich zamordowanych po wojnie przez sowieckiego okupanta i jego kolaborantów. By wrócił do nas tak, jak wrócili już kmdr Stanisław Mieszkowski, kmdr por. Zbigniew Przybyszewski, płk Stanisław Kasznica, mjr Hieronim Dekutowski „Zapora”, mjr Zygmunt Szendzielarz „Łupaszko” i inni.

Ale „Nil” czeka jeszcze na troskliwe ręce prof. Krzysztofa Szwagrzyka i jego młodych współpracowników. Czeka w jakimś haniebnym dole, do którego został wrzucony przez pomocników zbrodniarzy po zdjęciu z mokotowskiej szubienicy. Jakże ta szubienica – mająca go według oprawców pohańbić – działa dziś na naszą wyobraźnię! 5 sierpnia tego roku minie 150 lat od śmierci na szubienicy – także w Warszawie, z ręki odwiecznego wroga – Romualda Traugutta i jego współtowarzyszy z powstańczego Rządu Narodowego. Czy oprawcy „Nila” mieli świadomość, że przez taką formę śmierci stawiają go w rzędzie męczenników narodowej Sprawy? Wpisali go w proroctwo wieszcza narodowego: „Wyzwanie przyśle mu szpieg nieznajomy, Walkę z nim stoczy sąd krzywoprzysiężny; A placem boju będzie dół kryjomy, a wyrok o nim wyda wróg potężny. Zwyciężonemu za pomnik grobowy zostaną suche drewna szubienicy”…

Obywatel Gdanicki

„Nil” wrócił do nas w tych dniach z powodu przypadkowego odnalezienia dotyczących go 12 stron materiałów archiwalnych w Centralnym Archiwum Wojskowym. Te materiały to własnoręcznie napisany życiorys, arkusz ewidencyjny z MON po ujawnieniu się, „karta zastępcza” poświadczająca przekazanie akt „Nila” zbrodniczej Informacji Wojskowej, przepustka wydana przez Państwowy Urząd Repatriacyjny w Białej Podlaskiej po powrocie z Sowietów i przede wszystkim trzy strony enkawudowskiego „uczietnogo dieła”, prowadzonego od momentu przywiezienia „Nila” do sowieckiego obozu koncentracyjnego nr 231 (po przypadkowym aresztowaniu w Milanówku).

Ten ostatni dokument jest najciekawszy, obala bowiem po raz kolejny mit o wszechwiedzy sowieckiej bezpieki. NKWD nie wiedziało, kogo aresztowało w Milanówku, kogo zamknęło w ruskim łagrze na dwa miesiące przed procesem Szesnastu w Moskwie! Zapisywało w swoim „diele” bajki opowiadane przez wytrawnego konspiratora: że on Gdanicki, że rodziny nie ma, że rabotał na warszawskim wokzale, że nie panimajet w żadnym języku jak tylko po polsku, że w żadnych krajach poza Polską i Sowietami nie bywał. Ani we Francji, ani w Anglii, ani w Egipcie…

Więc jako „raboczij” wraca do Polski. A po powrocie – gdyby sam się nie ujawnił – żaden ubowiec by go nie zidentyfikował, bo nie było chętnych, którzy by go pokazali bezpiece palcem. Ba, musiał przekonywać komunistyczne wojsko, po dobrowolnym ujawnieniu się, że jest polskim generałem. Na wszelki wypadek pisali w jego arkuszu ewidencyjnym, że jest Gdanicki! Tak ustalili towarzysze „radzieccy”, więc tak nada…

Jest mus i jest sens

Więc dlaczego się ujawnił, ryzykując życie? Odpowiedź znamy z relacji żony „Nila”, Janiny z Kobylińskich Fieldorfowej, która miała jak najgorsze przeczucia i prosiła męża, by uciekał na Zachód: „Dobrych żołnierzy miałem – i tylu ich zginęło… Głos mu drżał ze wzruszenia, gdy to mówił”. A teraz oni dalej umierali, tyle że w kazamatach NKWD-UB. Więc trzeba być tu, z nimi, wbrew wszystkiemu! „Nil” nie chciał żyć we własnym kraju jak ukrywający się przestępca. I nie chciał żyć poza krajem. Chciał dzielić los swych prześladowanych podkomendnych. „Ja nie wiem, czy jest sens. Wiem tylko, że jest mus”… – powiedział Romuald Traugutt. Jest mus i jest sens. I jest nadzieja dla nas wszystkich. Za sprawą takich ludzi.

Piotr Szubarczyk

„Nasz Dziennik”

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz