Nie wpuszczajmy Ukrainy do UE

Ukraina nie podpisała umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską i wbrew temu, co się obecnie sądzi właśnie taki obrót sprawy jest zgodny z interesami Rzeczypospolitej. Można wręcz powiedzieć, że Polska kolejny raz miała więcej szczęścia niż rozumu. Nie ma bowiem żadnych racjonalnych podstaw do tego, by sądzić, że Ukraina w tzw. „Europie” byłaby dla naszego kraju kimś więcej niż tylko gigantycznym sojusznikiem Berlina na naszej wschodniej flance.

Fakt ten wydaje się być oczywisty dla każdego, kto przypatruje się sprawom stosunków międzynarodowych w sposób obiektywny i pozbawiony sentymentów. Polska ma dziś do zaoferowania Ukrainie tylko jedno: pomoc w procesie integracji z UE, w momencie, w którym to stanie się faktem, Polska nie będzie w stanie Ukrainie zaoferować już niczego. Ukraina może być sojusznikiem Polski tylko w sytuacji, w której z jednej strony byłaby naciskana ze wschodu przez Rosję, z drugiej zaś bozbawiona wsparcia ze strony ptęg Zachodu, takich jak Berlin, czy Waszyngton. Tak sytuacja przedstawia się dzisiaj, jednak gdyby polskiej dyplomacji udało się przekonać Niemcy do rozciągnięcia swojej hegemonii na Wschód, wówczas Ukraina stałaby się klientem władz w Berlinie i Brukseli z pominięciem Warszawy rzecz jasna.

Oczywiście w sytuacji rosyjskiego zagrożenia oraz rażącej dysproporcji sił pomiędzy Polską a Rosją w naszym interesie jest istnienie państw buforowych, a więc i niepodległość Ukrainy. Jednak z faktu tego nie wynika w żaden sposób, by w interesie Polski leżało również istnienie silnej, rozwijającej się Ukrainy. W obecnych, niesprzyjających nam warunkach w naszym interesie leży utrzymywanie obecnego status quo. Dla Polski najkorzystniejsze jest istnienie relatywnie słabej Ukrainy (w każdym razie słabszej od Polski), pełniącej rolę kraju przechodniego pomiędzy Rosją a Unią, na terenie której ścierałyby się i równoważyły wpływy obu potęg (jak to ma miejsce obecnie). Dopóki Berlin i inne stolice Zachodniej Europy nie wykazują zainteresowania przyszłością Europy Wschodniej, dopóty słaba Ukraina będzie zdana na Polskę, a przynajmniej zdane będą na nią jej prozachodnie siły. Jeśli zdarzy się kiedyś, że władza nad Dnieprem powróci w ręce „pomarańczowych”, wówczas Polska zyska jeszcze lepszą pozycję względem Ukrainy – co nie znaczy oczywiście, że będzie potrafiła ją wykorzystać.

Polska nie ma żadnego interesu w tym, by wzmacniać potężnego sąsiada, którego połowa mieszkańców nabożnym kultem otacza Armię Czerwoną, a druga połowa takim samym kultem darzy członków UPA. Każdy, kto choćby w minimalnym stopniu zna ukraińskie realia, jest świadom tego, że to właśnie ci ostatni, którzy nie wyobrażają sobie żadnego narodowego święta bez wznoszenia banderowskich okrzyków i bez wymachiwania czerwono-czarnymi proporcami, stanowią dziś proeuropejską awangardę na Ukrainie. Tak też jest i tym razem. Zanim demonstrujący na EuroMajdanie nie zażądali usunięcia partyjnej symboliki, nad ich głowami dominowały banery szowinistycznej „Swobody”. Po ich usunięciu zostało już tylko niebiesko-żółte morze, gęsto poprzetykane czerwonoczarnymi sztandarami, którymi manifestanci demonstrują swoje przywiązanie do „bojowników o wolność Ukrainy”, czyli odpowiedzialnej za ludobójstwo Polaków Ukraińskiej Powstańczej Armii Szuchewycza i Bandery. Fakt ten jakoś umyka naszym komentatorom w ich entuzjastycznych, pełnych zaangażowania i solidarności relacjach z Majdanu. Trudno uwierzyć, aby nie zdawali sobie sprawy z tego, co symbolizują barwy czerwono-czarne i czyim okrzykiem było słynne „Sława Ukrani! – Herojom sława!”, czy „Sława Nacji – Smert Woroham!” Przypuszczać należy raczej, że po prostu nie chcą tego wiedzieć.

Kontynuatorzy myśli Giedroycia i Mieroszewskiego na szczęście nie muszą się zastanawiać nad tymi „nieistotnymi” z punktu widzenia geopolityki detalami. Takie czynniki jak zbiorowa pamięć czy tożsamość tego lub innego narodu wydają się, ich zdaniem, odgrywać marginalną rolę w stosunkach międzynarodowych. Ich sposób pojmowania stosunków Rzeczypospolitej z jej wschodnimi sąsiadami jest prosty i każdą ich wypowiedź można sprowadzić do banalnej doktryny: co złe jest dla Rosji, jest dobre dla Polski. W ten sposób rozpoznają, czy dana akcja polityczna leży w naszym interesie. Jeżeli Rosja nic na niej straci, lub co gorsze cokolwiek zyska, wówczas wiadomo już, że takie działanie nie służy polskim interesom. Rzeczywiście najczęściej to, co szkodzi Kremlowi, pożyteczne jest dla Warszawy. Nie zmienia to jednak faktu, że niekiedy nasze żywotne interesy mogą pokrywać się z interesami Rosji. Tak właśnie jest w przypadku banderowskiego odrodzenia na zachodniej Ukrainie, którego neutralizacja, leży tak w interesie Polski, jak i Rosji (choć biorąc pod uwagę wszystkie proporcje – zdecydowanie bardziej powinno na tym zależeć Polsce).

W naszym najlepszym interesie jest stawianie tej sprawy na ostrzu noża. Warunkiem jakichkolwiek rozmów z Ukraińcami na temat ich uczestnictwa w strukturach europejskich powinno być potępienie UPA jako organizacji zbrodniczej nie tylko przez państwo, ale także przez społeczeństwo – i to szczególnie we Lwowie, Łucku, Tarnopolu i Stanisławowie. Dopóki tamtejsze społeczeństwo w sposób masowy manifestuje swoje przywiązanie do OUN-UPA, dopóty drzwi do „lepszego świata” powinny zostać przed nim zamknięte, a najwięcej o to powinna zabiegać właśnie Polska. Jest jasne, że taki warunek nie ma dziś szans na realizację i dokładnie dlatego Ukraina powinna pozostać tam, gdzie znajduje się dzisiaj – w pasie ziemi niczyjej pomiędzy Rosją a Unią.

Jeśli na Ukrainie zwycięży opcja proeuropejska, będzie to oznaczać zarazem zwycięstwo opcji neobanderowskiej, jak to miało miejsce w czasach Juszczenki i Tymoszenko. W takiej sytuacji ewentualne członkostwo czerwono-czarnej Ukrainy w strukturach europejskich oznaczać będzie legitymizację banderowskiej narracji historycznej na skalę kontynentalną. Ich opowieść idealnie zresztą współgra z praktykowaną w mediach głównego nurtu pedagogiką wstydu. Wielu polskich twórców opinii już dziś mówi o historii swojego kraju jednym głosem z ukraińskimi adwokatami Bandery i Szuchewycza. Nieważne czy czytamy artykuł Marcina Wojciechowskiego, obecnego rzecznika MSZ, czy Wołodymra Wiatrowycza, głównego apologety OUN-UPA – dowiemy się z nich tego samego, a mianowicie, że Polacy nie byli bez winy, że Wołyń nie wziął się znikąd, oraz że nie było żadnego ludobójstwa tylko „konflikt polsko-ukraiński”, podczas którego obie strony dopuszczały się zbrodni. Jeśli zaś w ogóle do czegoś doszło, to stało się tak z powodu sowieckich machinacji (to już Myrosław Czech), a nie np. z powodu ideologicznych fundamentów OUN-B. Znane wszystkim w kontekście walki o lustrację hasło „zostawmy historię historykom” pojawia się dziś równie często w ustach ukraińskich miłośników UPA, jak i rzeczników polsko-ukraińskiego pojednania.

Polską sytuację pogarsza wiedza historyczna naszego społeczeństwa. W zetknięciu z „uświadomionymi narodowo” Ukraińcami, niedouczeni Polacy, jak pokazują ostatnie wydarzenia, są w stanie uwierzyć, że banderyzm jest w istocie synonimem ukraińskiej polonofilii oraz wszystkiego co dobre, zachodnie i cywilizowane u naszych wschodnich sąsiadów. Jest prawdą, że skrajnie antypolskie tradycje OUN-UPA nie są obecnie eksponowane, jest też prawdą, że większość zachodnich Ukraińców, nie przyjmuje do wiadomości prawdy o przeszłości tej organizacji – ale przecież tak samo jest w przypadku Rosjan, którzy dokładnie w takim samym stopniu impregnowani są na prawdę o Armii Czerwonej czy zbrodni katyńskiej. Nie ma zatem żadnego powodu, byśmy mieli traktować tak jednych, jak drugich w sposób, w jaki odnosimy się do Niemców, gdy mówimy o pojednaniu polsko-niemieckim. Czegokolwiek byśmy nie sądzili o niemieckich próbach podzielenia się odpowiedzialnością za holokaust, w Berlinie od 70 lat nikt nie stawia pomników Hitlerowi czy Waffen SS. Tymczasen Polacy nie są w żaden sposób przygotowani na konfrontację pamięci z krzyczącymi na całe gardło „herojom sława!” Ukraińcami, którzy już dziś z łatwością przekonują ich do przygotowanej na polski użytek symetrycznej i względnej opowieści o „neskorenych”.

Biorąc to wszystko pod uwagę, należy zauważyć, że zainteresowanie Ukrainą ze strony polskiej klasy politycznej nacechowane jest dużą dozą bezinteresowności, jak na rolę, którą klasa ta powinna wypełniać. Słuchając wypowiedzi takich osób jak Paweł Kowal, ma się wrażenie, że nie jest on politykiem, ale jakimś oszalałym na punkcie swoich zainteresowań naukowcem, najprawdopodobniej ukrainoznawcą. Tego typu postawa byłaby wzruszająca, gdyby naprawdę nie chodziło o interes Rzeczypospolitej. Niestety mamy wystarczająco wiele powodów do tego, by oceniać działania polityków tego pokroju jako w najlepszym wypadku przejaw skrajnej naiwności.

Zygmunt Gintowt




Zbierzmy 1000 stałych darczyńców i wyłączmy wszystkie zewnętrzne reklamy na Kresach. Pomóż nam zbudować solidną dziennikarską platformę, publikującą ekskluzywne, wysokiej jakości informacje, opinie i analizy, utrzymującą się wyłącznie dzięki zaufaniu Czytelników.

Kresy.pl są w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje. Naszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim formom manipulacji opinią publiczną w Polsce. W dobie wojny informacyjnej nie ma zadania bardziej palącego niż odpowiedzialne wspieranie zaufanych mediów.

Wyłącz reklamy

Wesprzyj jednorazowo

10 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz

  1. Avatar
    aureliusz :

    A niby dlaczego Ukraina nie miała by już teraz grać na Belin? w interesie oligarchii jest niezależność, a dla prostego polaka czy ukrainica ważne są ułatwienia w prawie i wolność handlu, bo to co się dzieje na wschodniej granicy polski woła o pomstę do nieba, nie jest tak że bogactwo Ukrainy polsce jest obojętne, bogata ukraina to też bogatsza polska.

  2. Avatar
    wincentypol :

    I to jest autentyczne podsumowanie obecnej sytuacji ,szczególnie jak widzę te czerwono-czarne flagi faszystów z UPA.Taka ukraina zasługuje na zniszczenie . Ukraina nie podpisała umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską i wbrew temu, co się obecnie sądzi właśnie taki obrót sprawy jest zgodny z interesami Rzeczypospolitej. Można wręcz powiedzieć, że Polska kolejny raz miała więcej szczęścia niż rozumu. Nie ma bowiem żadnych racjonalnych podstaw do tego, by sądzić, że Ukraina w tzw. „Europie” byłaby dla naszego kraju kimś więcej niż tylko gigantycznym sojusznikiem Berlina na naszej wschodniej flance.

  3. Avatar
    zefir :

    Utożsamiam się z treścią publikacji w pełni.Artykuł nie tylko celnie omawia wydarzenia „z przed 70 czy 80 lat”/”Aureliusz”/,ale obiektywnie i zgodnie ze stanem faktycznym przedstawia dzisiejszą sytuację na Ukrainie,oraz płynące z niej zagrożenia.Również bardzo zasadnymi są uwagi-posłania do polskich i europejskich polityków.Wszystko przebija celność oceny ukraińskiego kraju,cyt:”którego połowa mieszkańców nabożnym kultem otacza Armię Czerwoną,a druga połowa takim samym kultem darzy członków UPA”.