Na początku lipca Sojusz Północnoatlantycki zorganizował szczyt w Polsce oraz wysłał tysiące żołnierzy pod granice Rosji. Kilku wschodnich członków organizacji na własne ryzyko próbuje powrócić do klimatu zimnej wojny – pisze Roland Hureaux w “Atlantico”.
Zorganizowany w Warszawie szczyt nie oznacza jeszcze wojny, ale jest prowokacją wymierzoną w Rosję. Dodatkowo, konieczność podjęcia decyzji, które tam zapadły była wątpliwa. Za to ryzyko jest pewne: przeprowadzenie takiego spotkania tuż pod bokiem największego w świecie mocarstwa jądrowego nie może pozostać bez konsekwencji. Oczywiście, nie można zachowywać się tchórzliwie, ale co powiedzieliby Amerykanie, gdyby Rosja przeprowadziła tego rodzaju szczyt w Meksyku?
W dokumencie końcowym szczytu potępia się (byłoby to śmieszne gdyby nie dotyczyło tak poważnych spraw) “agresywne działania Rosji, w tym prowokacyjną działalność Rosji na peryferiach terytorium NATO”. Gdzie znajdują się te peryferia NATO? Na Karaibach? Nie, w “regionach bałtyckim i czarnomorskim”.
Oświadczenia tego typu brzmią jeszcze groźniej, jeśli przypomnieć, że w czerwcu w Polsce i w republikach bałtyckich, tj. przy samych granicach Rosji, odbyły się ćwiczenia “Anakonda” z udziałem co najmniej 24 krajów. Pomimo pojednawczych słów Hollande’a, który podkreślił, że nie uważa Rosji, “ani za przeciwnika, ani za zagrożenie”, a także pomimo wezwania szefa MSZ Niemiec Franka Waltera Steinmeiera, który zaapelował do NATO, aby zachować powściągliwość, zarówno Francja jak i Niemcy, ostatecznie podpisały dokument końcowy i wzięły udział w ćwiczeniach wojskowych. Francja wysłała na nie ok. 150 ludzi, tj. bardzo mało w wymiarze militarnym, ale wystarczająco dużo by zademonstrować swoją solidarność z tym co najmniej wątpliwym przedsięwzięciem.
W ćwiczeniach wzięło udział 31 tys. żołnierzy – wystarczająco dużo, aby zorganizować prowokację, ale śmiesznie mało w porównaniu z Rosją, która może błyskawicznie skierować tu 30-krotnie większe siły.
Próba ukrycia słabości?
O co więc tutaj chodzi? Jeśli wierzyć specjalistom, Rosja ma dziś przewagę nad USA w przypadku klasycznej wojny. Dodać do tego należy jej możliwości wywoływania zakłóceń i opracowanie rakiety balistycznej, której prędkość pozwala na pokonanie wszelkich przeszkód i czyni bezbronną amerykańską tarczę antyrakietową.
Za Stalina ZSRR zdobył broń jądrową w cztery lata po USA. W tamtym czasie Ameryka zachowywała się bardzo agresywnie, organizując blokadę Berlina, aby odwrócić uwagę od swojej coraz słabszej pozycji strategicznej. Niewykluczone, że obecne ćwiczenia NATO odbywają się według tej samej logiki. Ale wątpliwe, aby Putin dał się tym zmylić.
Drugie wyjaśnienie jest takie, że chodzi o uspokojenie Polski i republik bałtyckich, które ciągle jeszcze tracą głowę na samą myśl o rosyjskim zagrożeniu. Biorąc pod uwagę historię, ich obawy można jeszcze zrozumieć. Ale czy mają one podstawy dziś? Szczyt NATO potępia aneksję Krymu i pomoc jaką Rosja okazuje donbaskim rebeliantom. Amerykańscy neokonserwatyści z Hillary Clinton na czele widzą w tym proces ekspansji porównywalny z tym, co działo się za Hitlera.
Nie zapominajmy jednak, że decyzje, za które potępiany jest Putin, zapadły po tym, co Valéry Giscard d’Estaing nazwał zorganizowanym przez CIA przewrotem (wydarzenia na Majdanie) mającym na celu usunięcie legalnej ukraińskiej władzy i instalacji wrogiego Moskwie rządu. W konsekwencji Rosja mogła stracić bazę marynarki wojennej w Sewastopolu (w wyniku rozpadu ZSRR znalazła się ona na terytorium Ukrainy), co było dla niej niedopuszczalne z geopolitycznego punktu widzenia.
Wcześniej Putin podejmował tylko działania obronne – nawet w Syrii, jedynym punkcie oparcia Rosji na Bliskim Wschodzie, który USA próbowały rozbić, popierając radykalnych islamskich bojowników walczących z Asadem. Poza tym Putin nie wyrażał ani krzty wrogości wobec Polski i republik bałtyckich, czego nie można powiedzieć o tych ostatnich.
Iluzoryczna ochrona
Ale wyobraźmy sobie, że kraje te rzeczywiście znajdują się w stanie zagrożenia. Czy nie jest jasne, że wszystkie gesty NATO dają im tylko iluzoryczną ochronę?
W latach sześćdziesiątych w Europie pojawiły się uzasadnione podejrzenia co do wartości amerykańskiej obrony przed groźnym jeszcze wówczas Związkiem Sowieckim. Doktryna elastycznego reagowania zamieniła w Waszyngtonie strategię zmasowanego uderzenia. Generał de Gaulle zrozumiał wówczas, że USA nie są gotowe iść na ryzyko otwartego konfliktu jądrowego z ZSRR w obronie Europy Zachodniej. Doszedł zatem do wniosku, że Francja potrzebuje własnej broni jądrowej. Czy można na poważnie sądzić, że jeśli USA wówczas nie były gotowe bronić Francji i Wielkiej Brytanii, to dziś będą skłonne robić to dla Polski czy Litwy?
Warto jeszcze przypomnieć, jakie wysiłki prezydent Roosvelt podjął w 1938 roku, aby nakłonić Francuzów i Anglików do podpisania układu monachijskiego o rozbiorze Czechosłowacji. Inaczej rzecz ujmując, w interesie tych krajów nie leży igranie z ogniem. To, że teraz rozpalają wokół Rosji takie emocje oznacza, że spoczywa na nich nie mniejsza wina niż na USA z ich iluzorycznymi gwarancjami obrony. Polska to miły kraj, ale chronicznie nieodpowiedzialny, jak pokazały dwie wojny. Autorytet papieża Jana Pawła II chwilowo uspokoił jej kierownictwo. Ale papieża Polaka już nie ma, tak jak i nie ma gwarancji tego, że jego następca może wpłynąć na polski rząd. Robiąc wiele niezręcznych kroków w 1939 r., Polacy i Bałtowie zostali ostatecznie na lodzie. Wówczas Francja i Wielka Brytania(a nie USA) miały zaryzykować własne istnienie przychodząc im na pomoc. Przy czym na próżno. Dlatego będzie dla nich lepiej, jeśli teraz podobny scenariusz się nie powtórzy.
Roland Hureaux
“Atlantico” / atlantico.fr
Tłumaczenie: Kinga Pienińska/KRESY.PL
