Miraże Partnerstwa Wschodniego

Rozpoczynający się w Warszawie szczyt Partnerstwa Wschodniego zamiast stać się istotnym strategicznie wydarzeniem, może okazać się bolesną pointą dla nieskutecznej polityki zagranicznej obozu rządzącego.
Partnerstwo Wschodnie miało nie tylko stanowić “okręt flagowy” polskiej prezydencji, ale także – w założeniach – stać się skutecznym narzędziem zbliżenia krajów Europy Wschodniej do Unii Europejskiej i tym samym otworzyć im w przyszłości drogę do członkostwa w UE. W ideologii rządu Donalda Tuska miało też stanowić przykład “inteligentnej polityki małych kroków”, pragmatycznej i przez to rozsądnej, tak różnej od “wybujałych ambicji” prezentowanych przez prezydenta Kaczyńskiego. Na razie nadzieje te okazują się płonne. Szanse na zmianę biegu spraw zależą od zmiany samej koncepcji Partnerstwa. To jednak wymagałoby przyznania się przez obóz rządzący do porażki, a nie wiadomo, czy w słowniku rządowej propagandy takie słowo w ogóle jest dostępne.

Wyjściowe problemy
Od samego początku Partnerstwo Wschodnie uwikłane było w szereg negatywnych uwarunkowań, które czyniły tę propozycję kontrowersyjną i jednocześnie trudną w realizacji. Można podzielić te uwarunkowania na cztery kategorie.
Po pierwsze, skuteczność polityki wschodniej Unii Europejskiej osłabiana jest przez słabości samych krajów objętych Partnerstwem. W dużej części tych państw mamy do czynienia z połączeniem balansujących na granicy demokracji (lub wprost im zaprzeczających, jak na Białorusi) silnych przywódców dążących do władzy spersonalizowanej z jednoczesną słabością samego aparatu państwowego, częstokroć mocno przeżartego rakiem korupcji. Państwa te są w znacznej mierze nieokrzepłe, nie działają w nich instytucje gwarantujące pełne standardy rządów prawa, swobody gospodarczej czy samorządności terytorialnej. Oczywiście nie mamy tu do czynienia z niczym, co można by nazwać “państwem upadłym”, chodzi raczej o rosnące rozbieżności między unijnymi standardami jakości państwa a praktyką ustrojową na Wschodzie.
Po drugie, ważną słabością wstępną Partnerstwa było objęcie jedną inicjatywą państw o bardzo różnorodnym potencjale, ambicjach, sytuacji wewnętrznej i o różnych inklinacjach geopolitycznych. Można wręcz zadać pytanie: Czy kiedykolwiek zaistniała wspólna przestrzeń polityczna Partnerstwa Wschodniego? Odpowiedź zdaje się negatywna. Zresztą, co istotne, nie wszystkim z tych państw rzeczywiście zależy na tym, by uczestniczyć w takiej wielostronnej inicjatywie, i wybierają indywidualne ścieżki relacji z Unią Europejską. Najlepszym przykładem jest tu Ukraina, która kończy negocjacje swojej umowy o charakterze stowarzyszeniowym z UE i pomysł Partnerstwa był tam przyjęty z daleko posuniętą rezerwą jako krok wstecz, cofający Ukrainę do wspólnego statusu z krajami Kaukazu czy Białorusią. Co zresztą charakterystyczne, w zapowiedziach warszawskiego szczytu wymienia się jako potencjalne jego osiągnięcie nie tyle listę projektów wielostronnych, ile konkludowanie lub rozpoczęcie negocjacji dwustronnych umów o współpracy Unii z Ukrainą, Mołdawią i Gruzją.
Po trzecie, problemem Partnerstwa od początku był brak zdecydowanego poparcia dla tej inicjatywy wewnątrz samej Unii Europejskiej. Nie jest tajemnicą, że Partnerstwo nie wzbudziło zachwytu państw członkowskich nastawionych na współpracę z Południem, a także tych, które zasadniczo są niechętne rozszerzaniu Unii na Wschód i otwieraniu jej granic. Nie był to zatem nigdy ani pomysł niekontrowersyjny, ani popularny i – jak twierdzą źródła dyplomatyczne – polski rząd miał wielki kłopot z tym, żeby skompletować odpowiednio wysoką rangę delegacji państw członkowskich na warszawski szczyt Partnerstwa. Jednocześnie Partnerstwo Wschodnie wobec nikłego zainteresowania politycznego ze strony państw zostało “przejęte” przez europejską biurokrację, ze wszystkimi przymiotami jej działania, z których najważniejsza jest umiejętność wykonywania pozornych ruchów tak, by wyglądały na ważne i strategiczne. Stąd też nie należy wątpić, że gdyby przyszło opowiedzieć o tym, co dzieje się w ramach Partnerstwa, odpowiednie służby Komisji Europejskiej dostarczyć mogą dziesiątki sążnistych sprawozdań o różnych panelach, wymianach, sieciach współpracy, wymianie doświadczeń, szkoleniach itp., które kosztowały sporo pieniędzy. Problem polega tylko na tym, że ich znaczenie dla realnego układu sił na Wschodzie jest zerowe. Zresztą samych pieniędzy na Partnerstwo wysupłano bardzo niewiele.
Jest wreszcie i czwarty problem wyjściowy Partnerstwa, a mianowicie, mówiąc dyplomatycznie, chłodny stosunek Rosji do tego pomysłu, nie tyle jako takiego, ile zasadniczo do grawitowania jej “bliskiej zagranicy” w kierunku zachodnim i powstawania – w wyniku wprowadzania na tym obszarze standardów europejskich – kolejnych barier pomiędzy Rosją a jej sąsiadami. Wiąże się to także z polityką niektórych państw Unii działających wedle zasady “najpierw Rosja”, co oznacza, że żadna inicjatywa na Wschodzie nie powinna odbywać się kosztem relacji z Rosją, a zatem nawet mała niechęć Rosji do Partnerstwa wystarczy, by zniechęcić do niego niektóre z tych państw.

Błędna polityka polska
Jak zatem widać, Partnerstwo Wschodnie nie było inicjatywą z góry “skazaną na sukces”. Wręcz przeciwnie, tylko pełna determinacja ze strony jego adwokatów w Unii mogła przynieść mu wymierne powodzenie. Niestety, na razie nie widać tego typu postawy nawet ze strony rządu polskiego, który zadowala się powierzchownymi osiągnięciami propagandowymi.
Istotą problemu jest w tym przypadku dokonany przez rząd Tuska strategiczny wybór w polityce wschodniej, który został przez Radosława Sikorskiego ogłoszony w manifeście z okazji przyjazdu do Polski Władimira Putina. Jego istotą było porzucenie “polityki jagiellońskiej” na rzecz współpracy z Rosją, uznaną za godnego i w pełni wiarygodnego, demokratycznie rządzonego, partnera, z którym łączą nas wartości i wizja europejskiego porządku. Gdy dodać do tego zdanie z dokumentu wyborczego Platformy Obywatelskiej, opracowanego także przez Sikorskiego, a głoszące tezę, że należy zaniechać samodzielnej polskiej polityki zagranicznej i powierzyć nasz los Unii Europejskiej, w której interesie należy odnaleźć naszą rację stanu, to mamy mieszankę wyjaśniającą powody, dla których także Polska pod obecnymi rządami nie była w stanie uczynić z Partnerstwa prawdziwie strategicznego narzędzia naszej polityki wschodniej.
Podstawowym bowiem zadaniem polskiej polityki wschodniej powinno być włączenie mechanizmów Unii Europejskiej, z ich potencjałem, do realizacji naszej racji stanu, to znaczy do trwałego rozszerzenia obszaru bezpieczeństwa, stabilności, demokracji i współpracy politycznej na Wschód i objęcia nim wszystkich naszych sąsiadów aż po Mołdawię oraz ważne strategicznie państwa Kaukazu Południowego. Bardzo dobrze rozumiał to prezydent Kaczyński, który dużą część swojej energii w polityce zagranicznej poświęcił właśnie budowie “sojuszu wolności i bezpieczeństwa” na Wschodzie. Kluczem do tego było wciąganie państw, które obecnie objęte są Partnerstwem Wschodnim, nie do pozornych projektów wielostronnej miękkiej współpracy, lecz do kilku fundamentalnych przedsięwzięć o znaczeniu strategicznym (np. w zakresie energetyki), które trwale związałyby je z Polską i Zachodem poprzez wspólnotę interesów i wspólnotę celów.

Którędy droga?
Takie działanie powinno być naszym zadaniem w najbliższej przyszłości. Musimy powrócić do koncepcji dokładnie odwrotnej niż ta, którą prezentuje rząd Tuska. Używać narzędzi unijnych do urzeczywistnienia naszych celów, a nie wpisywać się w główny nurt polityki europejskiej wyznaczany przez innych. O ile bowiem na Zachodzie gra idzie o nasze interesy, o tyle na Wschodzie gramy o nasze bezpieczeństwo i dlatego musimy wykazać tu pełną determinację.
Partnerstwo Wschodnie może wpisać się w naszą strategię wschodnią pod warunkiem, że powrócimy do realnych działań, a nie zadowolimy się biurokratycznymi osiągnięciami. Musimy zamienić relacje z krajami za naszą wschodnią granicę na wpływ na sytuację na tym obszarze. Dziś ten wpływ na bieg zdarzeń w krajach takich jak Białoruś czy Ukraina jest mniejszy niż jeszcze kilka lat temu. Trzeba zejść z tej błędnej drogi i powrócić na szlak wyznaczony przez politykę śp. prezydenta. Mamy zatem ten komfort, że nie musimy zaczynać od nowa, lecz kontynuować przerwane dziedzictwo, a któregoś dnia i samemu Partnerstwu, jeśli przyniesie ono strategiczne owoce, będzie można nadać imię Lecha Kaczyńskiego.

dr hab. Krzysztof Szczerski
Uniwersytet Jagielloński
źródło: “Nasz Dziennik”
http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110929&typ=my&id=my03.txt
0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Leave a Reply