Główną siłą sprawczą demonstracji na rzecz wejścia Ukrainy do Unii Europejskiej we Lwowie są studenci. Zirytowany utratą inicjatywy neonazista ze Swobody Mychalczyszyn nazwał ich „smarkaczami, którzy chcą robić rewolucję”. Stało się to na wiecu proeuropejskim we Lwowie 24 listopada 2013 r. Kiedy prowadząca więc Sofia Fedyna zapowiedziała wystąpienie Mychalczyszyna, uczestnicy wiecu zaczęli gwizdać i buczeć. W swoim krótkim wystąpieniu Mychalczyszyn znów nazwał ich „smarkaczami, którzy chcą zrobić rewolucję”. Studenci w odpowiedzi zaczęli skandować „Hańba!” i gwizdać. Prowadząca zażądała, aby parlamentarzysta Mychalczyszyn zszedł z podium. Powiedziała, że „nikt nie ma prawa nazywać studentów smarkaczami”.

Korespondent portalu zaxid.net poinformował, że Mychalczyszyn blokował studentom dostęp do podium i nie chciał z niego zejść przez 20 minut. W tym czasie studenci zostali napadnięci przez ludzi, którzy przyszli na wiec razem z Jurijem Mychalczyszynem. “Przy wejściu na podium próbowali na nas napaść egzaltowani zwolennicy Mychalczyszyna. Bili dziewczęta i studentów drugiego roku pięściami w piersi. W naszej obronie stanęli organizatorzy” – poinformowała Melania Podolak.



Szczegóły incydentu: studenci kontra banderowiec

Neonazista i banderowiec ze Swobody, parlamentarzysta Jurij Mychalczyszyn, wywołał ostry konflikt z mіodzieżą ukraińską, ze studentami w dniu 24.11 2013. Mіodzież zażądała, aby na wiecu we Lwowie na rzecz wstąpienia Ukrainy do Unii Europejskiej zabroniona była symbolika partyjna.

Wiec zaczął się o 14:00, na początku młodzież nie dominowaіa liczebnie wśród kilku tysięcy uczestników. Przemawiali przewodniczący lwowskiej rady obwodowej Petro Kołodziej i burmistrz Lwowa Andrij Sadowy. Potem majdan opanował konflikt, który zaczął się rozkręcać, poczynając od małego incydentu. Na podium weszło dwoje studentów, Sofia studentka medycyny i Lubomir z Uniwersytetu Lwowskiego im. I. Franko, i zaproponowali, aby więc odbywał się bez udziału polityków i wezwali takowych do opuszczenia podium. Zgromadzony tłum żywiołowo poparł propozycję. Mimo tak wyrażonej „woli ludu” swobodowcy Lubomir Melniczuk (radny lwowskiej rady miejskiej), Roman Kowalczuk (radny rady obwodowej) i Jurij Mychalczyszyn niewzruszenie i uparcie stali na podium, nie chcieli zejść.

Kowalczuk podszedł do mikrofonu i zaśpiewał dwie pieśni (z zawodu jest solistą lwowskiej opery), a potem oświadczył: „A teraz wzywam do zabrania głosu polityka, który jest tego godny – posła Rady Werchownej Jurija Mychalczyszyna!”. Zamieszanie zaczyna nabierać tempa. Mychalczyszyn zaczyna przemawiać. Działaczka Olga Sało stara się wyłączyć mu mikrofon, domagając się wykluczenia polityków z wiecu, ale to się jej nie udało. Zapowiedziane dwie minuty wystąpienia Mychalczyszyna przeciągają się na trzy, cztery, pięć… Niektórzy ludzie pod podium zaczynają krzyczeć „Hańba!”, ale ich jest zbyt mało, aby zagłuszyć i przerwać wystąpienie. Organizatorzy wiecu obecni na podium zaczynają się denerwować, są oburzeni.

Petro Kołodziej z rozczarowanym wyrazem twarzy opuszcza podium. Tymczasem Mychalczyszyn zdążył jeszcze powiedzieć, że na Majdanie Europejskim w Kijowie wiec przekształca się w wojnę między ludźmi i strukturami siłowymi, zanim przy wejściu na podium zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Ludzie, określani przez Mychalczyszyna jako jego pomocnicy, blokują wejście na podium dla wszystkich, którzy próbują tędy przejść. Blokują biernie, bez agresji i bez wyjaśnień, czemu to robią, tworząc tym konfliktową atmosferę. Potem studenci złożyli relacje, że pomocnicy Mychalczyszyna nie wzdragali się przed rękoczynami i dyskretnie, ale mocno bili pięściami w piersi opornych, w tym także dziewczęta.

Dziennikarska legitymacja jednak pozwala przerwać się przez kordon, chociaż nie bez walki. Akurat w porę, aby usłyszeć słowa Mychalczyszyna, że studenci protestujący przeciw jego przemówieniu to „smarkacze, którzy starają się zrobić rewolucję”.Te słowa to woda na młyn dla konfliktu, który nabiera obrotów. Mychalczyszyn zostaje odsunięty od mikrofonu. Sofia Fedyna protestuje:

„Nikt nie ma prawa nazywać studentów smarkaczami.Hańba!”.Ludzie pod sceną podchwytują i skandują „Hańba ! Hańba!”. Drobna dziewczyna, która wcześniej wzywała polityków do opuszczenia podium, płacze w głębi sceny.

Do Mychalczyszyna kolejno podchodzą różni ludzie i proszą, aby odszedł. „Wszystko, co robiliśmy, rozsypuje się…”– narzeka jeden z organizatorów wiecu.

Prorektor uniwersytetu im. Franki Dzwinka Kałyniec-Mamczur zwraca się do dziennikarza, aby także poprosił i przekonał parlamentarzystę Mychalczyszyna, więc ten podchodzi.

– Panie Jurij, proszę zejść z podium. Po co te konflikty?

– Nie zejdę, dopóki się nie pożegnam– odpowiada poseł.

– To proszę pomachać ręką na pożegnanie, bez mikrofonu.

– Nie.

Następnie do wybrańca narodu podchodzi przewodniczący zarządu organizacji studenckiej Borys Poszywak, ale swoją postacią zasłania go przed zgromadzonym tłumem. To zauważalnie dla wszystkich nie spodobało się Mychalczyszynowi, ale w końcu stopniowo podprowadzają coraz bliżej do zejścia z podium. Tam, co prawda, pozostaje, odmawiając zejścia w dół. Według jego słów, powinien wracać do Kijowa, ale wcale po nim nie widać, żeby się śpieszył.

Z nie ukrywaną agresją rozmawia ze studentami, którzy są przeciwni jego obecności na podium. Tymczasem dochodzi do ostrej rozmowy korespondenta Zaxid.net ze swobodowcem Romanem Kowalczukiem. Dziennikarz pyta: Dlaczego zaprosiliście Mychalczyszyna do mikrofonu, skoro proszono, aby wiec odbywał się bez polityków?

– Ale ja nie wymieniłem jego partyjnej przynależności– odpowiada radny śpiewak-solista.

Na uwagę, że poseł nazwał smarkaczami ludzi, którzy jako pierwsi w nocy z czwartku na piątek wyszli pod pomnik Szewczenki we Lwowie na więc protestu, kiedy nie było tam ani jego, ani innych swobodowców, Roman Kowalczuk odpowiedział:

– Ale teraz stoicie na scenie, której bez mojego udziału by nie było.

W międzyczasie studenci podchodzą bliżej zejścia ze sceny, gdzie stoi Mychalczyszyn i skandują: „Bez polityków!” Ludzie pod sceną podchwytują i to wezwanie. Ale swobodowiec uparcie pozostaje, jego pomocnicy nadal blokują schody. Tymczasem do Mychalczyszyna kolejno podchodzą różni ludzie i wciąż proszą, przekonują, aby odszedł, w tym nawet były rektor uniwersytetu im, Franko, miłośnik OUN-UPA i Bandery, Iwan Wakarczuk. Tego ostatniego Mychalczyszyn niebawem do kamery nazwie swoim „natchnieniem”, ale w tym momencie pozostaje głuchy także na jego prośby.

Z dołu to wszystko nie bez zdumienia obserwują nie tylko zwykli lwowianie i dziennikarze, ale też tak zwana „elita” – powiedzmy, przewodniczący komisji budżetowej rady obwodowej Jarosław Kaczmaryk i działacz społeczny Rościsław Nowożeniec.

Wreszcie obok schodów zaczynają się gromadzić zwolennicy Mychalczyszyna, którzy skandują „Mychalczyszyn, my z tobą!”. Widać wyraźnie, że to zmiękcza serce posła i po kilku minutach opuszcza scenę w asyście swoich pomocników, którzy torują mu drogę w tłumie ludzi, po chamsku ich odpychając.

Ludzie przyjmują go nieżyczliwymi okrzykami, ale idą za nim tylko jego zwolennicy. To właśnie przed nimi i dziennikarzami przeprowadza improwizowane wystąpienie pod figurą Matki Boskiej, na początku placu Swobody.

– Próbę zerwania mojego przemówienia oceniam nie jako prowokację przeciwko sobie, ale prowokację przeciwko zgromadzeniu na rzecz Unii Europejskiej i przeciwko rewolucji ukraińskiej… Jacyś nierozumni ludzie, którzy, oczywiście, zostali wezwani przez ludzi, którzy chcą przejąć kontrolę nad sceną i przekształcić ją w arenę propagandową dla sił liberalnych i pragną sprowadzić rewolucję do takiego samego przelewania słów z pustego w próżne (dosłownie: z próżni w kosmos) jak to się stało z Pomarańczową Rewolucją– wyrąbał.

Takie twierdzenia Jurij Mychalczyszyn powtórzy raz jeszcze – absolutnie ignorując fakt, że ci „nierozumni ludzie” byli na majdanie we Lwowie i w czwartek, i w piątek.

– Wszelkie próby zmarginalizowania protestu, przekształcenia go w kolejną dyskotekę na majdanie, jak to było w 2004 r., zamienić go na kolejny karnawał – te próby muszą być zdecydowanie powstrzymane– zapowiadał następnie.

Krytyczne słowa o Pomarańczowej Rewolucji wywołują niezadowolenie nawet wśród jego oddanych zwolenników. Jeden z nich, starszy mężczyzna, po zakończeniu wystąpienia podszedł jeszcze do posła i w kategoryczny sposób poprosił, aby nie mówił tak o Majdanie 2004 r. Bo tam ludzie nie szli po to, aby sobie potańczyć.

Ale na razie w tym momencie dziennikarze zapytali go – dlaczego nazwała studentów, którzy zorganizowali majdan europejski – smarkaczami?

– Znajduję się w stanie silnego napięcia emocjonalnego. Zrozumcie sytuację.Otrzymuję informacje, że w Kijowie setki specnazowców przemieszczają się do głównych obiektów stolicy, w rzeczywistości nie wykluczając możliwości jeszcze dzisiaj siłowego wariantu zduszenia protestów, a tutaj jakieś nierozumne osoby usiłują wyłączyć dźwięk na scenie, gdy ja taka informację przekazuję. Oczywiście, ze w stanie silnego napięcia emocjonalnego i zdenerwowania, być może zastosowałem słownictwo niezbyt parlamentarne. Przepraszam za to szczerze i w przyszłości obiecuję nie dopuszczać do podobnych incydentów– wyjaśnia i obiecuje.

Ten improwizowany alternatywny mini-wiec, na którym Mychalczyszyn dopowiada to, co nie zdołał powiedzieć ze sceny przy pomniku Szewczenki, i otrzymuje wreszcie brakującą miłość narodu, trwa jeszcze kilka minut. Potem idzie w swoich sprawach, pozostawiając zwolenników w stanie szczęśliwości z powodu osobistego dotknięcia ręki swojego idola.

– Nie ruszajcie Mychalczyszyna, to – święty człowiek– mówi dziennikarzowi jeden z nich.

Jeden ze znanych swobodowców, spotkany przez dziennikarza po upływie pół godziny, wypowiada wprost przeciwną opinię na temat postępowania Mychalczyszyna.

– Tak się po prostu nie robi– mówi dziennikarzowi nie bez smutku w głosie – Przecież to poseł.

Relacja: Danyło Mokryk/ ZAXID.NET

Tłumaczenie: Wiesław Tokarczuk

Reklama

Dlaczego zdecydowaliśmy się na ograniczenie dostępu do naszych treści?

Ponieważ nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Zawsze ktoś za nie płaci. Jeśli Czytelnicy nie wezmą na swoje barki finansowej odpowiedzialności za istnienie niezależnych, oddolnych inicjatyw dziennikarskich, takich jak Kresy.pl, wówczas na rynku pozostaną wyłącznie niskiej jakości tabloidy oraz media finasowane przez wielkie korporacje, partie polityczne i różnego rodzaju lobbies.

Miesięczny koszt funkcjonowania portalu Kresy.pl to 20000 zł. 7-osobowa redakcja pracuje w pełnym wymiarze i praca ta jest naszym podstawowym, najczęściej jedynym, źródłem dochodu. Kresy.pl nie powstają po godzinach, tworzone przez amatorów. Portal jest tworzony przez wykwalifikowanych dziennikarzy oraz specjalistów z zakresu polityki międzynarodowej, którzy codziennie starają się dotrzeć do informacji istotnych z punktu widzenia interesu naszej politycznej wspólnoty.

Jeśli cenisz naszą pracę, jeśli z niej korzystasz i uważasz, że zamknięcie portalu Kresy.pl byłoby stratą, prosimy dołącz do grona osób, które współtworzą finansowe podstawy funkcjonowania naszego serwisu.




Zbierzmy 1000 stałych darczyńców i wyłączmy wszystkie zewnętrzne reklamy na Kresach. Pomóż nam zbudować solidną dziennikarską platformę, publikującą ekskluzywne, wysokiej jakości informacje, opinie i analizy, utrzymującą się wyłącznie dzięki zaufaniu Czytelników.

Kresy.pl są w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje. Naszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim formom manipulacji opinią publiczną w Polsce. W dobie wojny informacyjnej nie ma zadania bardziej palącego niż odpowiedzialne wspieranie zaufanych mediów.

Wyłącz reklamy

Wesprzyj jednorazowo

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz