Najlepszemu rosyjskiemu dziennikarzowi telewizyjnemu nie pozwalają na prowadzenie programów informacyjnych, i wtedy on mówi wszystko wprost.

Mowa Leonida Parfionowa podczas wręczenia pierwszej nagrody imienia Włada Listiewa to krzyk rozpaczy człowieka, który podjął pewną ważną dla siebie decyzję. Rano Parfionow przeprowadza w szpitalu wywiad z Olegiem Kaszynem, a wieczorem w obecności najważniejszych przedstawicieli telewizji wygłasza słowa, które wprowadzają te osoby w osłupienie. Przecież nic nie zapowiadało wybuchu. Dostojna uroczystość wręczenia nagrody rozwijała się według reguł gatunku. Laureat rytualnie dziękował wszystkim, którym wypada w takich momentach podziękować. Ale nagle, bliżej finału, drżącą ręką wyjmuje z kieszeni marynarki kartkę i zaczyna czytać…

Ma się rozumieć, wszystko, o czym mówił Parfionow, siedzący w studiu znają wyjątkowo dobrze, bo to właśnie oni – dyrektorowie programów i inicjatorzy telewizyjnych trendów – regularnie podmieniają informacje o kraju informacjami o władzy, przekazując je w miłym dla niej (władzy) formacie. Ponadto, współczesna telewizja jest tak przesiąknięta jadem cynizmu i dwójmyślenia, że i sama nowa nagroda jest rzeczą dość ambiwalentną. Będzie ona wręczana tym, którzy w najpełniejszy sposób wcielą na ekranie twórcze zasady Listiewa. Zasady, które są, zauważmy, nie mniej ambiwalentne od samej nagrody. Pogubił się w nich nawet sam laureat. Najpierw, cytując Listiewa, zastanawiał się, co jest w telewizji ważniejsze – sukces czy niepowodzenie, a potem zdecydował się na powiedzenie prawdy, co bez wątpienia nie gwarantuje mu sukcesu.

Zresztą, nie o kontekst tu chodzi, a o kartkę papieru, która podzieliła życie Parfionowa na dwie części. Jakkolwiek nie potoczyłby się jego dalszy los, on swój wewętrzny wybór już podjął. Bo tu i teraz nawet proste nazywanie rzeczy po imieniu już jest wyczynem. Cieszący się powodzeniem światowiec, będący uosobieniem stylu i mody, nie chce dłużej promować cudzych idei. Bo jest zbyt utalentowany, zbyt uzdolniony artystycznie, zbyt wrażliwy. Bo lepiej od innych rozumie: długo oczekiwany nowy telewizyjny projekt „Kakie naszy gody!”, jeśli oceniać po pierwszej emisji, – jest początkiem degradacji, za którą stoi pustka.

Wiele pisałam o Parfionowie, dziennikarzu równie uzdolnionym, co skłonnym do kompromisów. Im więcej skłaniał się w stronę rozmaitych kompromisów, tym bardziej powierzchowne były jego programy. Jego twórczy los to wyrok dla systemu, który najpierw wyrzuca najlepszych za burtę, a potem zmusza ich, by przystosowali się do okoliczności. Ale z biegiem czasu jedno staje się jasne: z kierownictwem zawsze można się dogadać, z samym sobą – nie zawsze. Dany nie na wieczny użytek talent mści się za oszustwo. „Ja sam nie jestem żadnym bojownikiem”, – powiedział Parfionow w swoim przemówieniu. I to prawda. On jest po prostu porządnym człowiekiem, który nie chce dłużej przymykać oczu na otaczający go świat. Takie publiczne przejrzenie na oczy drogo kosztuje.

Kończąc przemówienie, laureat chwiejnym krokiem wrócił do swojego stolika. W sali zabrzmiały oklaski, ale zdawało się, że zakrólowała jakaś martwa cisza. I tylko żona Jelena Czekałowa cieszyła się z tego, co się wydarzyło i czule pocałowała męża.

Nie wiem, jak dalej potoczy się kariera Parfionowa. Ale wiem, że odzyskał wewnętrzną harmonię, która jest droższa od jakiejkolwiek kariery.

Treść wystąpienia Leonida Parfionowa podczas wręczenia nagrody im. Włada Listiewa:

„Dziś rano byłem w szpitalu u Olega Kaszyna. Przeszedł on kolejną operację, w chirurgiczny sposób odtworzyli, dosłownie i w przenośni, twarz rosyjskiego dziennikarstwa. Bestialskie pobicie korespondenta gazety „Kommiersant” wyzwało dużo szerszy rezonans w społeczeństwie i w środowisku zawodowym niż inne zamachy na życie i zdrowie rosyjskich dziennikarzy. Co prawda, można podejrzewać, że na reakcję państwowych stacji telewizyjnych miały wpływ odgórne instrukcje – przecież ton natychmiastowego komentarza prezydenta też różnił się od wypowiedzi pierwszej osoby w państwie po zabójstwie Anny Politkowskiej. Ale to nie wszystko.

Do napadu Oleg Kaszyn nie istniał i nie mógł istnieć dla państwowej telewizji. Ostatnio pisał o radykalnej opozycji, ruchach protestu i młodzieżowych przywódcach ulicznych, a takie tematy i bohaterowie są nie do pomyślenia dla telewizji. Marginalne niby środowisko zaczyna coś zmieniać w sytuacji społecznej, formuje nowy trend, ale wśród dziennikarzy telewizyjnych Kaszyn po prostu nie ma kolegów. Miał jednego – Andrieja Loszaka, ale i ten zniknął z telewizji i publikuje w Internecie.

Po prawdziwych i rzekomych grzechach lat 90-ych, w latach 2000-ych w dwóch etapach – najpierw by zniszczyć medialnych oligarchów, a potem by zjednoczyć szeregi w wojnie z terroryzmem – „federalne” informacje telewizyjne zostały upaństwowione. Tematy dziennikarskie, a wraz z nimi całe życie, zostały bezpowrotnie podzielone na te, które przejdą w telewizji i na te, które nie przejdą. Za każdą mającą polityczne znaczenie audycją stoją cele i zadania władz, jej nastrój, opinie, jej przyjaciele i wrogowie. Formalnie to w ogóle nie są informacje, a PR władzy albo anty-PR – czego jaskrawym przykładem było przygotowanie w telewizji gruntu pod dymisję Łużkowa. I, oczywiście, auto-PR władzy.

Dla korespondenta państwowego kanału telewizyjnego osoby na wyższych stanowiskach to nie potencjalni bohaterowie newsów, a kierownicy jego kierownika. Formalnie korespondent nie jest wtedy w ogóle dziennikarzem, a urzędnikiem, postępującym zgodnie z logiką służenia i podwładności. Z kierownikiem kierownika nie można, na przykład, przeprowadzić wywiadu w prawdziwym znaczeniu tego słowa – czyli próby otworzenia kogoś, kto nie chciał by się otwierać. Rozmowa Andrieja Kolesnikowa z Władimirem Putinem w żółtej „Ładzie Kalinie” pozwala poczuć pewność siebie premiera, jego oczekiwania związane z 2012 rokiem i nieświadomość nieprzyjemnych tematów. Ale czy możemy sobie wyobrazić w ustach rodzimego dziennikarza telewizyjnego, a następnie brzmiące w telewizji pytanie, zadane Putinowi przez Kolesnikowa: dlaczego zapędził pan w kozi róg Michaiła Chodorkowskiego?

Znowu dam przykład „Kommiersanta” – czasem pojawia się wrażenie, że wiodąca w kraju społeczno-polityczna gazeta (czasopismo bynajmniej nie programowo opozycyjne) i państwowe stacje telewizyjne mówią o różnych Rosjanach. A wiodącą biznesową gazetę „Wiedomosti” marszałek Dumy Gryzłow praktycznie zrównał ze wspólnikami terrorystów – to między innymi z przyzwyczajenia do kontekstu rosyjskich mediów, przede wszystkim telewizji. Notowania obecnego prezydenta i premiera są oceniane na około 75%. W państwowej telewizji nie słychać o nich krytycznych, sceptycznych ani ironicznych opinii. Przemilcza się głos jednej czwartej części społeczeństwa. Wyższa władza przedstawiana jest jak nieboszczyk: można o niej mówić albo dobrze, albo wcale. Tymczasem audytorium wyraźnie potrzebuje innych opinii: przypomnijmy, jaką furorę wywołał jedyny wyjątek – pokazanie w telewizji dialogu Jurija Szewczuka z Władimirem Putinem.

Nie starzejące się nigdy sposoby, znane każdemu, kto pamięta centralną telewizję ZSRR. Kiedy zamiast reportażu emitowane jest protokolarne nagranie pod tytułem „spotkanie na Kremlu”, kiedy komentarz czytany jest z „intonacyjnym wsparciem”, kiedy istnieją kanony pokazywania władzy: pierwsza osoba w państwie przyjmuje ministra albo głowę regionu, wychodzi do narodu, uczestniczy w spotkaniu z zagranicznym kolegą. To nie są nowości, a „starości” – ciągłe powtarzanie tego, jak przyjęło się w danych wypadkach przekazywać informacje. Bywają tematy pokazywane w ogóle bez istotnego powodu – na przerzedzonej telewizyjnej grządce każde warzywo będzie wyglądać na ważną figurę, po prostu dzięki regularnemu pokazywaniu na ekranie.

Przepracowawszy 24 lata tylko w „Ostankinie”, czy dla „Ostankina”, mówię o tym z goryczą. Nie mam prawa winić nikogo z moich kolegów, sam nie jestem żadnym bojownikiem i nie oczekuję od innych bohaterskich wyczynów. Ale trzeba chociaż nazwać rzeczy po imieniu. Tym bardziej szkoda dziennikarstwa telewizyjnego, jeśli popatrzymy na osiągnięcia wielkich telewizyjnych show i rodzimych seriali. Nasza telewizja w coraz bardziej wyrafinowany sposób niepokoi, wciąga, bawi i śmieszy, ale raczej nie da się jej nazwać obywatelską społeczno-polityczną instytucją. Jestem pewien, że to jedna z głównych przyczyn dramatycznego spadku oglądalności wśród najbardziej aktywnej części społeczeństwa, kiedy ludzie z naszego kręgu mówią: po co włączać pudło, przecież to nie dla mnie!

Jeszcze straszniejsze jest to, że większa część społeczeństwa już nie potrzebuje dziennikarstwa. Kiedy dziwią się: no pobili, i co z tego! Mało to kogo u nas biją? Dlaczego z powodu jakiegoś reportera tyle zamieszania? Miliony ludzi nie rozumieją, że dziennikarz, idąc na zawodowe ryzyko, robi to dla swojego audytorium. Dziennikarza biją nie za to, że napisał, powiedział czy sfilmował. Ale za to, że to przeczytali, usłyszeli albo zobaczyli”.

Sława Taroszczina

źródło: http://www.novayagazeta.ru/data/2010/134/16.html

Tłumaczyła: Karolina Filimonova

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz