Ksiądz Antoni Andruszczyszyn

Kapłan niezwykle zasłużony dla polskości i odrodzenia Kościoła katolickiego na Wołyniu i Podolu.

Pochodzi z Oleszkowiec, miejscowości leżącej kilkadziesiąt kilometrów od Gródka, zamieszkanej w stu procentach przez potomków Mazurów. Urodził się w 1951 r. Do kapłaństwa dochodził powoli. Po ukończeniu szkoły średniej zdobywał „duchowe ostrogi” po kierunkiem księdza Władysława Wanagsa z Gródka. Ten wtajemniczał go powoli, wychowując przede wszystkim swoim przykładem. Początkowo pracował u niego jako zakrystianin, a później jako organista. Służył mu też w charakterze kierowcy. Gdy ten uznał, że nadaje się na kapłana, zaczął go do tego przygotowywać. Doskonale zdawał sobie sprawę, że władze nie zgodzą się, by związany z nim chłopak został legalnie przyjęty do seminarium duchownego w Rydze. Kształtując duchowo jego formację intelektualną powierzył „podziemnemu kapłanowi” prof. Henrykowi Mosingowi, kształcącemu we Lwowie, w zakonspirowany sposób kandydatów do stanu duchownego.

-Ksiądz Mosing przyjeżdżał nielegalnie do Gródka, pomagał ks. Wanagsowi spowiadać, a w wolnym czasie uczył mnie przedmiotów przewidzianych w programie seminarium – wspomina ks. Andruszczyszyn – Jeździłem też przez kilka lat do niego do Lwowa, gdzie razem z innymi kandydatami uczył nas w swoim pokoju w ścisłej tajemnicy teologii. Bardzo lubiłem te zajęcia. Ks. Mosing urzekał swoją miłością, prostotą i franciszkańskim duchem. Starałem się też dwukrotnie o dostanie się do seminarium w Rydze, ale władze odrzuciły moje podanie. By zostać wyświęcony przy pomocy ks. Wanagsa wstąpiłem do podziemnego seminarium księży Marianów na Litwie. W nim dokończyłem swoją formację i potajemnie zostałem wyświęcony na księdza nocą w zamkniętym kościele w miejscowości, w której nigdy wcześniej nie byłem przez biskupa Juliana Stepanoviciusa, który był wówczas internowany i nie mógł wykonywać obowiązków duszpasterskich. Po święceniach nie od razu jednak wróciłem do Gródka. Gdzie indziej potrzeby były większe.

Skierowano go do Latyczowa, gdzie jako podziemny duszpasterz miał wspomagać swojego współbrata marianina ks. Jana Bieleckiego, który często chorował i musiał mieć pomocnika. Przez pół roku miał pracować na jakimś cywilnym stanowisku, zameldować się jako kapłan i starać się o formalną rejestrację.

– Zamieszkałem u pani Marii prezeski Komitetu Kościelnego parafii w Latyczowie i zacząłem pracować jako kierowca w terenowej stacji Sanepidu, wożąc jej dyrektora- wspomina ks. Antoni. – Po południu posługiwałem jako kapłan. Przy zamkniętych drzwiach kaplicy spowiadałem i odprawiałem Msze św. Jeździłem też po wsiach spowiadając chorych. Czyniłem to oczywiście nieoficjalnie bez sutanny. Pewnego razu pojechałem do jednej z wiosek na pogrzeb i ze zdziwieniem zobaczyłem, że jednym z jego uczestników jest mój dyrektor, który wraz z żoną przyjechał towarzyszyć sąsiadce w ostatniej drodze. Gdy mnie zobaczył, aż usiadł z wrażenia. Ja akurat zakładałem szaty liturgiczne i udałem głupiego. Zachowywałem się tak, jakbym go nie znał. Następnego dnia dyrektor od razu wezwał mnie do siebie i spytał – czy to naprawdę mnie widział na pogrzebie? Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że tak. Wtedy zaczął mnie indagować, ze jak to się stało, że przyjął mnie jako kierowcę, a ja się okazałem księdzem. Odpowiedziałem, że władze nie chcą księży rejestrować i ja, żeby zarobić na kawałek chleba musiałem znaleźć jakąś pracę. On pokiwał głową i oświadczył, że musi o tym fakcie powiadomić władze. Natychmiast zostałem przez nie wezwany. Pytano mnie, jak zostałem księdzem i jakim prawem bez „sprawki” wykonuję funkcję kapłana. Pełnomocnik d.s. religii krzyczał, że tego nie wolno mi robić i oświadczył, że już jestem zwolniony z pracy. Zagroził, że będę śledzony i jeżeli tylko odważę się spełniać kapłańskie funkcje, natychmiast zostanę aresztowany. Liczył, ze się przestraszę i wyjadę. Spokojnie powiedziałem, że obojętnie, czy mu się to będzie podobało, czy nie, będę służył wiernym jako kapłan legalnie lub nielegalnie, bo jest to obowiązek nałożony na mnie przez Boga. Ostatecznie pełnomocny dał mi „sprawkę” na miesiąc , a później przedłużył ja na kolejne miesiące. Czas szedł za nami i wszystko zaczęło się zmieniać. Dzięki temu mogłem formalnie zastąpić ks. Bieleckiego, który zachorował i musiał wyjechać na leczenie. Gdy po kilku miesiącach wrócił, mogłem legalnie udać się na inną placówkę.

Na przełomie lat 80 i 90 XX w. ks. Antoni pełnił funkcję proboszcza parafii św. Doroty w Sławucie. Dojeżdżał z niej do innych parafii na Wołyniu, wskrzeszając je do życia. Wywalczył wraz z wiernymi rejestrację parafii w Ostrogu, Zdołbunowie, Klewaniu, Równem i Korcu w obwodzie rówieńskim. Wspomagał też działania ks. Kamilewskiego i ks. Trofimiaka na rzecz rejestracji parafii w obwodzie wołyńskim. W latach 1996-2000 proboszczował w Gródku na Podolu, wspomagając swego preceptora ks. Wanagsa, który zajmował się wtedy budową nowych kościołów i tworzeniem nowych parafii. Później był wikarym w mariańskiej parafii w Chmielnickim-Rakowie, a obecnie w Czerniowcach Małych.

Jest przeciwnikiem usuwania języka polskiego z duszpasterstwa. W Czerniowcach od poniedziałku do środy nabożeństwa w parafii odbywają się po polsku, a od czwartku do niedzieli po ukraińsku. Ponadto w kaplicy na cmentarzu, gdzie w czasach sowieckich modliła się czerniowiecka wspólnota nabożeństwa odbywają się wyłącznie po polsku.

Prywatnie ks. Antoni jest kapłanem bardzo gościnnym, życzliwym. Kontynuując na swój sposób dzieło swego ojca duchowego i wychowawcy ks. Władysława Wanagsa.

Marek A. Koprowski

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz