Choć ks. Jacek Puć jest człowiekiem skromnym i nie chce w ogóle mówić o sobie, to jednak jest postacią bardzo znaną nie tylko w Bielcach, ale także w całej Mołdawii.

Tutejsza Polonia ma mu bardzo wiele do zawdzięczenia. Można nawet zaryzykować tezę, że bez niego jej odrodzenie potoczyłoby się innym, niekoniecznie pożądanym dla niej torem. Z jego inicjatywy powstały w Bielcach wszystkie służące polskości instytucje. On sam nie wypina piersi po medale. Do Mołdawii przyjechał w zasadzie przypadkiem.

– Gdy kończyłem seminarium, chciałem koniecznie pojechać do Rosji – wspomina – Po wyświęceniu udałem się do parafii w Gorycach Tarnobrzeskich. Powiedziałem jednak w Kurii ks. kanclerzowi, że jeżeli będzie możliwość wyjazdu, to ja chętnie udam się na Wschód. W 1990 r. do Przemyśla przyjechał ks. Jan Rudnicki, który bardzo prosił o księży, którzy podjęliby duszpasterstwo w Mołdawii. Nie był to mój wymarzony kraj, ale postanowiłem do niego się udać. Ks. Jan osobiście do mnie przyjechał i prosił, żebym nie odrzucał tej prośby. Wytłumaczył mi, że nawet jeżeli nie znam języka rosyjskiego, to nie szkodzi, bo w Bielcach wszyscy wierni to Polacy, którzy doskonale znają język polski. Przyjechałem do Mołdawii przez Ukrainę pociągiem do Kodymy. Po drodze po raz pierwszy spotkałem się z pułkownikiem KGB, który bardzo długo sprawdzał mój bagaż. Początkowo odwiedzałem kolejne placówki w Mołdawii. Byłem przez kilka dni w Rybnicy, potem w Słobodzie Raszkowej. Wszędzie mi się podobało i w Słobodzie chciałem nawet zostać, ale ks. Jan uznał, że będę mu pomagał w Bielcach. Gdy do nich przyjechałem okazało się, że tutejszej wspólnocie udało się już odzyskać kościół poormiański i na bieżąco opiekował się nią diakon z zakonu Braci Mniejszych, wtedy jeszcze na wpół legalnego, Piotr Herkulan Malczuk, pochodzący ze Słobody. Wkrótce jednak wyjechał i zostałem sam. Miałem wątpliwości, czy powinienem zostać w Bielcach, bo w porównaniu z polskimi standardami czułem się wręcz niepotrzebny. W tygodniu na msze św. przychodziło po kilka osób. W niedziele kilkadziesiąt. Dopiero, gdy oficjalnie parafia otrzymała papier, że kościół poormianski stanowi jej własność, postanowiłem zostać w Bielcach. Wraz z grupą wiernych przystąpiłem do remontu świątyni. Wątpliwości, czy jestem tu autentycznie potrzebny miałem jednak nadal. W zasadzie to postanowiłem wrócić do Polski, ale gdy jechałem do niej samochodem, zatrzymałem się na Ukrainie w Gródku. Tam poznałem Bożego Tytana ks. Władysława Wanagsa. Spędziłem u niego kilka dni i jak niepyszny postanowiłem wrócić…

Po powrocie do Bielc ks. Jacek zaczął się uczyć języka rosyjskiego i poznawać powierzoną mu trzódkę. Szybko doczekał się pierwszych sukcesów. W parafii zaczęły pojawiać się dzieci. Praca ks. Jacka szła wtedy dwutorowo. Mieszkał przy Kaplicy przy ul. Komarowa, którą w prywatnym domu zdołał jeszcze zorganizować ks. Jan Rudnicki. Tam prowadził całe duszpasterstwo, a z niewielką grupa wiernych kontynuował remont kościoła poormiańskiego. Jednocześnie uznał, że aby parafia zaczęła się rozwijać trzeba jej odrodzenie połączyć z odrodzeniem w Bielcach polskości. Z jego inicjatywy powstało Stowarzyszenie „Dom Polski” , które rozpoczęło różnoraką działalność, w tym m.in. nauczanie języka polskiego. Powstały pierwsze polskie zespoły folklorystyczne itp. Spowodowało to napływ ludzi do parafii, która szybko się rozwinęła, stając się druga pod względem wielkości w Mołdawii. W połowie lat 90-tych liczyła już ponad tysiąc osób. Odnawiając kościół poormiański, ks. Jacek korzystał ze wsparcia zachodnich organizacji pomocowych. Zbudował przy ul. Komarowa, w miejscu dawnej kaplicy, obszerne centrum parafialne, w którym uruchomił działalność socjalną adresowaną przede wszystkim do dzieci. Oprócz ochronki dla nich zaczęła działać w nim także Rodzina Colping, Caritas, Hospicjum, Spotkania Małżeńskie, Duszpasterstwo Nauczycieli i in. Przy centrum powstał też klasztorek sióstr zakonnych ze Zgromadzenia św. Jana Chrzciciela, które znacząco wspomogły jego działania duszpasterskie.

Budowa centrum nie była ostatnią, jaka przyszło realizować ks. Jackowi w Bielcach. W 1998 r. wspólnocie ormiańskiej, mającej wirtualny charakter, udało się odzyskać swój dawny kościół, parafia mogła korzystać z niego tylko gościnnie. Na co dzień była zamknięta na głucho. Ks. Jacek chcąc nie chcąc, musiał przystąpić do budowy nowej świątyni. To zaś nie było łatwe. Wiązało się z koniecznością nie tylko pozyskania środków na jej wzniesienie, ale także odpowiedniego terenu. Oba zadania były bardzo trudne. Zwłaszcza to drugie. Kościół powinien znajdować się w centrum, by wierni ze wszystkich części miasta mogli łatwo do niego dojechać. Dlatego też nie wchodziła w grę rozbudowa centrum parafialnego przy ul. Komarowa. Leży ono bowiem na uboczu, a w jego pobliżu mieszkało niewielu katolików.

– Z pomocą przyszedł primar miasta, który zaproponował nam działkę w pobliżu jego siedziby na zakończeniu głównego miejskiego deptaka – wspomina ks. Jacek – Z naszego punktu widzenia było to rozwiązanie idealne, ale w mieście podniósł się szum. Decyzja mera była zaskarżana w sądzie. Oskarżano go, że bezprawnie przekazał nam część tzw. „zielonej strefy” itp. Nie wiedzieliśmy, co robić. On twardo bronił swego stanowiska mówiąc, że jeżeli na skraju parku ma być bar piwny, to on woli, żeby w tym miejscu stanął ładny kościół. Sprawa wlokła się jednak prawie dwa lata.

Obecnie świątynia jest już wzniesiona i poświęcona. Gdy tylko ks. Jackowi uda się zdobyć sponsora, który ufunduje marmur na wykończenie prezbiterium, to zostanie także konsekrowana.

Wiele prac ks. Jacek będzie musiał wykonać jeszcze w dolnym kościele, w którym urządził dom parafialny. Na razie warunki panują w nim polowe. Wyposażenie jego pokoju składa się z łóżka i biurka, na którym stoi komputer. Gości przyjmuje w kuchni. Jest to bowiem jedyne pomieszczenie, w którym w jego plebani jest wystarczająca liczba krzeseł.

Marek A. Koprowski

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz