Komu służą Kresy.pl?

“Kresy nie mogą być dla nas tylko wspomnieniem, punktem odniesienia dla sentymentalnych wzruszeń. Kresy Wschodnie są dziś dla nas przede wszystkim obowiązkiem, mieszczącym się w katalogu polskich powinności. Stosunek do tej części Polski, która znajduje się poza granicami Rzeczpospolitej, to test na wiarygodność naszej wspólnoty tu i teraz. Jeżeli chcemy pozostać Polakami, nie mamy innego wyjścia, jak wreszcie potraktować tę kwestię poważnie”.

Kryzys ukraiński ­­stał się dla portalu Kresy.pl okazją do wyjścia z niszy w jaką do tej pory był spychany przez środowiska obawiające się obecności tematyki kresowej w debacie publicznej. Z serwisu traktowanego na ogół jako przeglądarka do oglądania sentymentalnych pocztówek z ziem utraconych przez Rzeczpospolitą stał się portalem „upolitycznionym”. Dzięki wydarzeniom na Ukrainie nasze medium stało się uczestnikiem szerszej debaty na temat polskiej polityki wschodniej, a także dyskusji dotyczącej współczesnej kondycji naszej wspólnoty narodowej.

Zabieranie głosu na temat bieżącej polityki zawsze jest obarczone dużym ryzykiem. Gwałtowne zmiany w naszym bezpośrednim sąsiedztwie sprawiły zaś, iż niebudzący dotychczas większych emocji temat stosunków ze wschodnimi sąsiadami stał się jednym z wiodących w polskich mediach. Była to dla Kresów.pl – zajmujących się tą kwestią na długo przed tzw. Euromajdanem – duża szansa, ale i duże zagrożenie. Na porządku dziennym stanęło pytanie, komu służy portal i czyje interesy chce realizować.

W III RP nie przeprowadzono żadnej głębszej refleksji nad tym, jaki jest interes Rzeczypospolitej na Wschodzie. Nie istniała debata na ten temat, a tryumfy święciła doktryna Giedroycia, której wyznawcy gotowi byli do niemal wszelkich koncesji na rzecz Litwy, Białorusi i Ukrainy. W łonie elit rządzących i opiniotwórczych panował w tej sprawie wyjątkowy konsensus od lewicy do prawicy. Głosy sprzeciwu były marginalne i słabo słyszalne. Nic więc dziwnego, że głoszenie teorii sprzecznych ze wspomnianą doktryną napotkało na silny opór nie tylko ze strony establishmentu, ale i ze strony tych, którzy przeciwko niemu występują. Obok tylekroć krytykowanego przez prawicowe media „Salonu”, pojawił się również „Salon B”, składający się z prawicowych publicystów i stosujący wobec oponentów podobne metody co jego lewicowy odpowiednik – na czele z ostracyzmem i odmawianiem prawa do uczestnictwa w debacie publicznej na równych prawach.

Od początku kryzysu ukraińskiego portal Kresy.pl głosił stanowisko prymatu polskich interesów, które Rzeczpospolita ma obowiązek realizować. Uznanie państwa polskiego za organizm utworzony przez Polaków i dla Polaków uznaliśmy za imperatyw, odejście od którego dezintegrowałoby naród rozumiany jako wspólnota polityczna. Dlatego właśnie wzniosłe hasła „walki o wolność” traktowane były w publikowanych na łamach portalu tekstach publicystycznych z rezerwą. Sam fakt stawiania interesów obcej wspólnoty na równi z interesami własnej budził moralny sprzeciw. Nie ma bowiem żadnego powodu, by Polak utożsamiał się z interesami obcego narodu, choćby była to nawet Ukraina.

Nieprzepracowana trauma

Daleko posunięty entuzjazm wobec tzw. Euromajdanu stała się wspólnym mianownikiem wszystkich mediów, od lewicowo-liberalnych po te przedstawiające się jako głos patriotycznej prawicy. Znowu miało się okazać, że poza doktryną Giedroycia „nie ma zbawienia”.

Politycy, komentatorzy i publicyści nie byli w stanie skonfrontować się z ukraińską pamięcią historyczną. Początkowo bagatelizowany bądź wręcz wypierany fakt nadreprezentacji banderowskiej symboliki na Majdanie nie skłonił polskich komentatorów do żadnej refleksji. Obowiązywała zasada „nie trzeba głośno mówić”. Antymoskiewski wektor społecznego buntu wznieconego na kijowskim Majdanie, stał się oficjalną wymówką dla tego typu postawy, co obnażyło nie tylko niezdolność polskich elit do myślenia w kategoriach autonomicznie rozumianego interesu narodowego, ale też nieprzepracowaną traumę związaną z historycznym doświadczeniem stosunków polsko-rosyjskich.

Kresy.pl spróbowały zmierzyć się z tym wyzwaniem, stawiając ryzykowną w Polsce tezę, że nie każda polityczna akcja skierowana przeciwko Rosji, z konieczności służy interesom Rzeczypospolitej. Sprowadzanie polskości do bycia anty-Rosją uznaliśmy za czynnik osłabiający pozycję Polski na arenie międzynarodowej, oraz odbierający polskiej tożsamości narodowej jakikolwiek pozytywny sens. Nie chodziło o to, by nie szkodzić interesom rosyjskim, lecz o to, by nie robić tego tylko dla samej zasady, a jedynie wtedy, gdy Polsce może się to opłacić.

Najpierw wartości, potem interesy

Zarówno media „głównego nurtu”, jak i media „drugiego obiegu” oczekiwały od swoich odbiorców pełnej identyfikacji z Euromajdanem. Tymczasem głośne stawianie pytań o polski interes narodowy w trakcie kijowskiej rewolty było zbywane frazesami o wolności lub innych „uniwersalnych wartościach”. „Nie czas na takie pytania” – słyszeliśmy często, gdy pytano o to, co Polska może zyskać, a co stracić. Okazało się, że najwyższą wartością w stosunkach międzynarodowych nie jest już zabieganie o interes własnej wspólnoty, lecz identyfikowanie się z dążeniami emancypacyjnymi innego narodu. Takie budowanie „nowego Polaka” – tyleż polskiego, co ukraińskiego – stało się kolejnym zarzewiem konfliktu, którego stroną stał się mimowolnie portal Kresy.pl.

Na fali zachwytu tzw. Euromajdanem dowiedzieliśmy się, że realizowanie swoich interesów nie jest już moralne – jest nawet godne potępienia, gdy stoi w kolizji z cudzą „walką o wolność”. To wokół tej ostatniej mieli ogniskować się Polacy, państwo polskie zaś – zamiast być wehikułem polskości, jej nośnikiem – powinno w tej optyce służyć także interesom ukraińskim. Tymczasem redakcja portalu Kresy.pl stała i stoi na stanowisku, że Polska nie ma ważniejszego interesu na Wschodzie jak wspieranie tam swoich wpływów kulturowych i politycznych. To, co ukazywano jako „niemoralne” – czyli zabieganie o swoje korzyści na arenie międzynarodowej, dla nas wciąż stoi wyżej niż uniwersalistyczne hasła wolności „naszej i waszej”.

Dlaczego Kresy?

Wbrew pozorom, to, jakie priorytety będziemy mieli jako naród i państwo na Wschodzie, jest najważniejsze nie dla stosunkowo nielicznych, w przypadku Ukrainy, Polaków, ale dla polskiej wspólnoty politycznej jako takiej. Smutną prawdą pozostaje dziś fakt, że dla wielu z naszych rodaków za Bugiem polskość staje się tożsamością wyłącznie „etniczną”, zwykłym folklorem nie przeszkadzającym im np. w fotografowaniu się z banderowską flagą czy w uczestnictwie w marszu ku czci Bandery. Dla wielu ludzi polskiego pochodzenia sama polskość jest niekiedy przeszkodą w tym, by w pełni zintegrować się z narodem dominującym, dlatego też masowo ją porzucają. Bycie Polakiem wielu ludziom nie jest potrzebne do szczęścia, z tym samym przykrym zjawiskiem mamy do czynienia nawet na Litwie, gdzie obszary zamieszkania ludności polskiej są zwarte i gdzie język polski jest wciąż użytkowany. Jest to aż nazbyt wymowne pokłosie realizacji doktryny Giedroycia.

Kresy nie mogą być dla nas tylko wspomnieniem, punktem odniesienia dla sentymentalnych wzruszeń. Kresy Wschodnie są dziś dla nas przede wszystkim obowiązkiem, mieszczącym się w katalogu polskich powinności. Stosunek do tej części Polski, która znajduje się poza granicami Rzeczpospolitej, to test na wiarygodność naszej wspólnoty tu i teraz. Jeżeli chcemy pozostać Polakami, nie mamy innego wyjścia, jak wreszcie potraktować tę kwestię poważnie.

Marcin Skalski

Tekst ukazał się w dodatku “Polskie Kresy” do tygodnika “Polska Niepodległa”, wydanie nr 1 (71), 12.01.2015-18.01.2015

forma płatności