Amerykański przemysł filmowy jest obecnie uważany za monolityczny bastion lewicowych trendów politycznych i kulturowych. Co prawda Hollywood nigdy nie było rajem dla konserwatywnego i tradycjonalistycznego kina, ale sześćdziesiąt lat temu mając prawicowe poglądy można było robić tam jeszcze karierę bez hołdowania tzw. postępowi – przypomina magazyn „Chronicles”.

Naturalnym miejscem dla konserwatystów był wówczas gatunek filmowy w postaci osławionych westernów. W okresie swojej świetności od lat 20. do lat 60. ubiegłego wieku przyciągały one aktorów o prawicowych poglądach, choć branża już wówczas skłaniała się w lewicowym kierunku. Konserwatyści chętnie występowali w westernach z powodu ich walorów, takich jak walka dobra ze złem czy okazywana przez ich bohaterów miłość do własnej ojczyzny.

Przekaż swój 1% na Kresy.pl

Fundacja Kompania Kresowa KRS 0000350493
Przekaż 1% podatku

Periodyk przypomina, że większość czołowych aktorów kina poświęconego kowbojom i Dzikiemu Zachodowi była politycznie konserwatywna, a także wywodziła się z tradycjonalistycznych obszarów wiejskich albo z południa Stanów Zjednoczonych. Niewielu pochodziło z miast pokroju Nowego Jorku, natomiast jeśli urodzili się w Kalifornii to jeszcze w czasach, gdy jej mieszkańcy byli w stanie wybrać Ronalda Reagana na prezydenta USA.

Wiadomo powszechnie, że konserwatystą był największy gwiazdor westernów, John Wayne. Aktywnie wspierał on amerykańskich żołnierzy walczących w Wietnamie, a także często udzielał politycznego poparcia kandydatom Partii Republikańskiej.

„Chronicles” zauważa, że spośród gwiazd westernów nie tylko Wayne nie krył się ze swoimi poglądami. Na ich czele magazyn umieszcza zwłaszcza aktora Joela McCrea, który określał się mianem zwolennika Reagana i republikańskiego kandydata w wyborach prezydenckich 1964 toku, Barry’ego Goldwatera. Jako delegat Goldwatera podczas republikańskiej konwencji prawyborczej występował inny gwiazdor westernów, zagorzały konserwatysta Randolph Scott. Nie można nie wspomnieć również o Audie Murphym (cieszył się statusem bohatera narodowego za zasługi podczas II wojny światowej) i Charltonie Hestonie, którzy byli aktywnymi działaczami Narodowego Stowarzyszenia Strzeleckiego Ameryki (Heston był nawet kilka lat jego przewodniczącym).

Nawrócony na katolicyzm Garry Cooper w 1960 roku wspierał kandydaturę Richarda Nixona, z kolei ikona „złotego okresu Hollywood” James Stewart brał udział w kampaniach wyborczych senatora Jesseiego Helmsa, uważanego za jednego z głównych twórców odrodzenia amerykańskiego ruchu konserwatywnego w latach 70. ubiegłego wieku. W 1968 roku czołowymi działaczami kampanii prezydenckiej zwolennika segregacji rasowej George’a Wallace’a było dwóch aktorów: trzykrotny zdobywca Oscara Walter Brennan i Chill Wills.

W niektórych przypadkach konserwatywni artyści byli nawet w stanie zmienić scenariusz filmu. Ronald Reagan, Glenn Ford, Ward Bond, John Payne i Ben Johnson nie chcieli wystąpić w produkcji „Ostatni seans filmowy” Petera Bogdanovicha z 1971 roku, dopóki reżyser nie usunął z niej nagości oraz wulgaryzmów.

Pilnujemy wspólnych spraw

Zależymy od Twojego wsparcia

Spośród wciąż żyjących aktorów, „Chronicles” może już jednak wymienić tylko kilku rzeczywiście identyfikujących się z prawicowymi wartościami. Chodzi głównie o grających w przeszłości w bardziej współczesnych westernach Clinta Eastwooda, Roberta Duvalla, Toma Sellecka (zresztą byłego członka zarządu wspomnianego już stowarzyszenia obrońców prawa do posiadania broni), Sama Elliota i Kevina Sorbo.

Z pewnością na możliwość zaistnienia konserwatywnych produkcji miał wpływ fakt, że westerny zwłaszcza od lat 30. do 50. były realizowane głównie przez niewielkie studia filmowe. Reżyserzy i aktorzy kina Dzikiego Zachodu żyli w swoistym odseparowaniu od reszty środowiska, a części z nich weszło to nawet w nawyk. Niektórzy producenci tworzyli filmy wraz ze stałą ekipą aktorów pojawiających się w ich każdej kolejnej produkcji.

Zobacz także: Hollywood nie żałuje ofiar stalinizmu

Konserwatywny periodyk zauważa, że niektóre z mniejszych studiów pokroju Republic czy Monogramu koncentrowały się w zasadzie tylko na tym gatunku. W ten sposób powstały tak zwane „B Westerny”. Występowała w nich zazwyczaj ta sama jedna gwiazda, trwały około godziny i posiadały podobną strukturę. Studia te wykorzystywały westerny do zwiększenia dochodów, gdy nie przynosiły ich inne produkcje, dlatego krytycy filmowi często nazywali je „kinem dla dzieci”.

Na przyciąganie określonych typów aktorów wpływ miała sama natura westernów. Tradycyjne produkcje odnosiły się do wspomnianej już rywalizacji dobra ze złem, o czym nie zapominali nawet twórcy już bardziej „rozmytych moralnie” filmów z późnych lat 60. i 70. Westerny w ciągu ostatnich 30 lat praktycznie przestały być jednak tworzone, co według „Chronicles” pokazuje ogólny kryzys tradycyjnych wartości. Bohaterowie w białych kapeluszach o silnej identyfikacji z własnym krajem nie są bowiem najlepszą grupą do reprezentowania skonfliktowanej moralnie i nienawistnej Ameryki XXI wieku.

Filmy o Dzikim Zachodzie nie pełnią swoich dawnych funkcji dydaktycznych. Młodzi chłopcy nie inspirują się już ich bohaterami, a najczęściej w ogóle nie kojarzą nawet najsłynniejszych amerykańskich produkcji. „Kodeks postępowania” inspirujący kowbojów ustępuje reality show oraz innym perwersyjnym filmom i programom, które w dzisiejszych czasach rodzice pozwalają nazbyt często oglądać swoim dzieciom.

Już w 1974 roku grupa wokalna country Statler Brothers wydała singiel „Whatever Happened to Randolph Scott?”, zdaniem konserwatywnego magazynu wyrażający odczucia wielu Amerykanów. Piosenkarze pytali się w niej nie tylko gdzie podziali się dawni bohaterowie westernów, ale zwracali uwagę na coraz bardziej perwersyjne treści znajdujące się w nowych produkcjach filmowych.

Całkiem niedawno, bo w 2019 roku, reżyser i scenarzysta Quentin Tarantino w komediodramacie „Pewnego razu… w Hollywood” analizował zanik klasycznego westernu. Jego akcja rozgrywa się w 1969 roku, gdy popularny niegdyś aktor westernów i jego znajomy kaskader poszukują pracy w branży, która unika moralnych historii poprzedniego pokolenia. Obaj bohaterowie muszą wzmagać się ze wstrząsami kulturowymi, reprezentowanymi w filmie przez zmieniający radykalnie Amerykę kult mordercy Charlesa Mansona.

Według „Chronicles” nie można jednak mówić jeszcze o całkowitym zaniku produkcji o Dzikim Zachodzie, bo po ich złotym okresie pojawiło się znów parę filmów i seriali godnych uwagi. Jednym z najpopularniejszych programów w amerykańskich sieciach handlowych jest przecież emitujący na okrągło westerny kanał Starz Encore Westerns.

Tym samym gatunek ten wciąż przyciąga kolejne pokolenia młodych Amerykanów. Być może potrzebują oni jednoznacznych wyborów moralnych czy odzyskania części pewności, która przestała być częścią amerykańskiej kultury. A może potrzebują oni ponownego odkrycia amerykańskiej historii, która może być po części mityczna, ale w najlepszym i najbardziej honorowym znaczeniu tego słowa?

„Chronicles” twierdzi, że filmy o Dzikim Zachodzie, jako połączenie historii i legendy, mogą przyciągnąć nowe pokolenie „nawróconych” Amerykanów. Pomimo „cancel culture” i jej przerażającej destrukcji, osoby mające odwagę spojrzeć w przeszłość na niektóre produkcje filmowe zobaczą bogate i godne naśladowania dziedzictwo artystyczne. Wraz z aktorami wierzącymi w zasady przekazywane przez ich filmy.

Marcin Ursyński

Czytaj kolejny artykuł
0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz