Kardynał Kazimierz Świątek

Pomimo swych dziewięćdziesięciu pięciu lat emerytowany arcybiskup mińsko- mohylewski i nadal czynny administrator apostolski diecezji pińskiej kardynał Kazimierz Świątek nie jest wcale niemrawym staruszkiem. Trzyma się prosto, kipi energią i tryska humorem.

Twarda rzeczywistość Kościoła

Zachowuje się on tak naturalnie, ze rozmawiając z nim nikt nie odczuwa, iż współrozmówca jest purpuratem. Obrusza się, gdy ktoś nazywa go męczennikiem albo bohaterem, stanowczo protestuje też przeciwko traktowaniu go jako lidera polskości w republice i od razu przypomina, że kościół katolicki nie jest ani polski, ani białoruski, ale powszechny. Oponuje również przeciwko twierdzeniom, że uosabia tradycję polskiego trwania na Kresach Wschodnich.

,,Co najwyżej jestem twardą rzeczywistością tutejszego Kościoła” – mówi dodając, że jego losy nie były wyjątkowe. Stały się one udziałem prawie wszystkich kapłanów. ,,Na palcach jednej ręki można policzyć księży, których nie ruszono”- podkreśla kardynał. Mówiąc o sobie nie zaprzecza jednak, że jest Polakiem. Zdenerwował się, gdy po nominacji na arcybiskupa watykański „L’Osservatore Romano” podał informację, że jest on Estończykiem – wywodzi się bowiem z rodziny, dla której patriotyzm ma bardzo konkretny wymiar. Jego pochodzący z Pińczowa ojciec poległ w walkach o Wilno w 1920 r. i został pochowany na cmentarzyku wojennym na Rossie obok grobu „Matki i Serca Syna.”

Katedra do wzięcia

Rozmawiając z nim patrząc w jego pełne ufności oczy, odmrożoną twarz i pokryte bliznami ręce, każdy dziennikarz pokornieje. Śmierć dosłownie ocierała się o tego kapłana i nie potrafiła go dosięgnąć. W Workucie widział już lufę naganu przy własnej skroni, gdy sowiecki oficer przyłapał go na organizowaniu polskiej wigilii. Przeżył, wyciągnął do oprawcy rękę z symbolicznym opłatkiem i zaproponował mu, żeby zanim go zastrzeli spróbował go. Ten wziął ów kawałek chleba do ręki, schował nagan do kabury i na odchodnym mruknął: ,,Masz szczęście, że moja babka była z waszych.”

Wcześniej, w 1941 r. dwa miesiące siedział w celi śmierci brzeskiego więzienia, czekając na wykonanie wyroku. Co noc słyszał, jak wyciągano kogoś na egzekucję. Gdyby nie wybuch wojny sowiecko – niemieckiej, spoczywałby dziś w jakiejś bezimiennej mogile. NKWD nie zapomniało jednak o nim, donosiciele ustalili bowiem, że w czasie niemieckiej okupacji kierował Pruzańsko – Nadbużańskim Okręgiem AK. Bojcy aresztowali go w trzy godziny po wejściu do Prużan. Od razu trafił do Mińska, gdzie po krótkim śledztwie oświadczono mu, że szkoda dla niego kuli, bo i tak zdechnie w tajdze przy wyrębie drzewa. Przewidywania funkcjonariusza NKWD nie sprawdziły się, na Syberii szło mu całkiem dobrze. Wyrabiał sowiecką niemal niewykonalną normę, toteż wysłano go do kopalni w Workucie, by tam szczezł. Wytrzymał i to, a po dziesięciu latach, gdy zmarł Stalin, wyszedł na wolność.

,,Przyjechałem do Pińska – wspomina- w Prużanach kościół został zabrany wiernym i nie było czego w nich szukać. Wszedłem do katedry, ukląkłem przed zamurowaną w ścianie w obawie przed sowietami trumną biskupa Zygmunta Łozińskiego i zapytałem – co mam robić? Po chwili usłyszałem głos: Bierz moją katedrę! No wiec ją wziąłem…”

Pod jego okiem przekształciła się ona w jedną z najpiękniejszych świątyń na dawnych kresach Rzeczypospolitej. Odnowiona, odmalowana i wyzłocona zawsze była pełna wiernych. Zamontowany w niej system antywłamaniowy jest nowocześniejszy od tego, który działa na Wawelu. W ciągu trzydziestu siedmiu lat posługiwania w niej ks. Kazimierz Świątek zyskał sobie niekłamany szacunek wszystkich – zarówno wierzących jak i niewierzących, swoich oraz obcych. Gospodarzący w sąsiadującym z katedrą zabranym na dom wypoczynkowy „Flotylli Pińskiej” klasztorze admirał zabronił urządzać w nim dyskoteki, by nie naruszyły one ciszy i powagi kościoła.

Już w czasach Gorbaczowa przyszedł do ks. Świątka szef miejscowego KGB i po zdjęciu czapki oświadczył: „Ja jestem od szukania wrogów Związku Radzieckiego. Ponieważ ty, swiaszczenik, mówisz jawnie, że jesteś naszym wrogiem, ja niczego nie muszę już szukać i dlatego możemy być przyjaciółmi.”

Ksiądz Kazimierz ujął wszystkich swoją głęboką wiarą, pobożnością, ogromną pokorą, szacunkiem dla każdego człowieka i otwartością. Do każdej sprawy podchodził indywidualnie. Jednemu z księży z Polski, który zwrócił mu uwagę, że tak nie można, odpowiedział: ,,Kodeks prawa kanonicznego gdzieś mi się zapodział, ale za to kieruję się książką, która zawsze leży na mym biurku. Jest nią Ewangelia…”

Sam żył jak Łazarz, mieszkał kątem u dobrych ludzi, w pokoiku o wymiarach cztery na trzy metry do połowy zawalonym książkami … Co miał, rozdawał biednym. Zdrowie mu dopisywało, mimo że pracował od świtu do nocy. Oprócz Pińska obsługiwał przecież również inne parafie, w których brak było kapłanów, Jan Paweł II mianował go ponadto wikariuszem generalnym, obarczając odpowiedzialnością za całą diecezję. W wieku 77 lat dostąpił pełni kapłaństwa, zostając arcybiskupem mińsko – mohylewskim i administratorem apostolskim diecezji pińskiej.

Pierwsza przeprowadzona przez niego, trwająca kilka miesięcy wizytacja kanoniczna wszystkich parafii miała tryumfalny przebieg, wszędzie witały go wielotysięczne tłumy i udekorowane ulice. Lał deszcz, a ludzie czekali na trasie jego przejazdu, by choć przez szyby samochodu ich pobłogosławił. Kiedy kazał zatrzymać samochód i wychodził do wiernych, rozlegał się szloch, ludzie padali na kolana, całowali jego szaty i buty.

Posługa w nowej rzeczywistości

Jego posługa w nowej roli nie była łatwa. Władze niepodległej Białorusi nie uznały jego nominacji ani też nie przyjęły do wiadomości utworzenia archidiecezji mińsko – mohylewskiej i reaktywowania diecezji pińskiej. Urzędnicy zwracali się do niego ,,Kazimierzu Stanisławowiczu” i odmawiali zwrotu zagrabionych Kościołowi obiektów. Mieszkał dalej kątem u dobrych ludzi i chodził piechotą, czym przyjeżdżający z Polski księża byli naprawdę zdumieni. „Zarażał” ich swoją żywotnością i wiarą – jednego wysłał do Mozyrza tylko ze swym błogosławieństwem, bo nie znał nawet żadnego adresu tamtejszych katolików. Poradził mu: niech ksiądz idzie ulicą i mówi „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”, na pewno ktoś księdza przygarnie.

Z duszą na ramieniu kapłan ten krążył po Mozyrzu, stosując się do rady metropolity. Na dwóch ulicach ludzie patrzyli na niego jak na wariata, na trzeciej usłyszał radosne: na wieki wieków! Do dzisiaj odzyskał tamtejszy kościół i klasztor.

Z biegiem czasu władze zmieniały stosunek do arcybiskupa, przekonały się bowiem, że nie zamierza on polonizować Białorusi. Księżom nakazał prowadzić nabożeństwa w takim języku, jakiego życzą sobie wierni. Sam, dobiegając osiemdziesiątki, podjął heroiczną decyzję nauczenia się białoruskiego i dziś posługuje się tym językiem dość swobodnie. Władze, reagując na jego poczynania, najpierw zwróciły mu katedrę w Mińsku, a potem klasztor w Pińsku, dając do zrozumienia, iż może urządzić w nim swoją rezydencję. Przyczyniły się do tego, oprócz postawy jego samego, częste wizyty w Pińsku zachodnich dyplomatów. Szczególne wspomnienia z niej musiał zachować zwłaszcza ambasador USA, który jadąc do drewnianej chałupy arcybiskupa Świątka o mało nie uszkodził na wyboistej drodze swojego Cadillaca. Przeżył też szok, gdy musiał umyć ręce w cebrzyku pod nią.

Tuż po tym, jak Watykan ogłosił, że arcybiskup Świątek został mianowany kardynałem, zgłosił się do niego przedstawiciel władz informując, że nie jest on już Kazimierzem Stanisławowiczem, ale wielkim synem Białorusi, pierwszym kardynałem wschodniej Słowiańszczyzny, głową białoruskiego Kościoła. Dla kardynała nic się nie zmieniło, pozostał tym samym prostym kapłanem, pochylającym się nad każdym człowiekiem. Z powodu wieku przekazał archidiecezję mińsko – mohylewską arcybiskupowi Tadeuszowi Kondrusiewiczowi. Chce doczekać końca swoich dni w Pińsku, a Ojciec Święty Benedykt XVI uszanował jego decyzję. Jest to fakt bez precedensu, gdyż żaden biskup w tym wieku nie kieruje już diecezją.

Marek A. Koprowski

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz