„Jak oni wyszli na ulicę, jak oni zobaczyli tłum z biało-czerwonymi sztandarami to to zrobiło na nich wrażenie” – pierwszy przewodniczący solecznickiego oddziału Związku Polaków na Litwie wspomina proklamowanie rejonu solecznickiego polskim rejonem narodowym.

Karol Kaźmierczak: Kiedy po raz pierwszy usłyszał pan postulat autonomii dla Wileńszczyzny?

Janusz Obłoczyński:Idea zaczynała się rodzić jeszcze w 1988 r. Pierwszy raz idea autonomii była wypowiedziana właśnie przeze mnie. Potwierdza to pierwszy numer „Naszej Gazety” – pisma Związku Polaków na Litwie, gdzie jest moje zdjęcie i moja wypowiedź na ten temat. Poszedłem i zgłosiłem to na konferencji partii w rejonie solecznickim w październiku 1988 r. To było normalne, przyjęte przez naszą społeczność. Ja nie widzę żadnych politycznych problemów, dlatego że my od samego początku zadeklarowaliśmy, że my nie chcemy innej autonomii niż w składzie Republiki Litewskiej. Gdy były przeprowadzane referendum w sprawie wyjścia republiki ze składu ZSRR to chyba na dwa tygodnie wcześniej pan z Sajudisu przyjechał na zebranie rady głównej rady Związku Polaków i zwrócił się z prośbą o poparcie wyjścia ze Związku Radzieckiego. Nasze postulaty: po pierwsze ustawa o mniejszościach narodowych, po drugie autonomia. Jednak potem było nasze oświadczenie, że my Związek Polaków jesteśmy za wyjściem Republiki Litewskiej ze składu ZSRR. I Lansbergis obiecał. Są oświadczenia w prasie. Wtedy on załatwił ustawę o mniejszościach narodowych, przepchnął ten projekt przez Radę Nawyższą Republiki. Natomiast w kwestii naszego postulatu o stworzenie autonomii jemu się to nie udało albo on tego nie chciał. Dziś mamy samorządy, możemy wybierać, nie mamy prawa na przeprowadzenie referendum, ale mamy prawo wybierać swoich przedstawicieli jak do sejmu, tak do władz miejscowych.

K.K. Jakie działania podejmowali u schyłku lat 80 promotorzy litewskiej niepodległości?

J.O.:Spośród dysydentów, którzy wyszli na ulicę w 1988 r. pod pomnik Mickiewicza w Sajudisie nikogo już nie było. Chcę powiedzieć, że bardzo szybko inicjatywę o wyjście Litwy ze Związku Radzieckiego przechwyciła kompartia…

K.K.: Komunistyczna Partia Litwy pod przywództwem Brazauskasa?

J.O.:Tak, partia …. Znaleziono pana Landsbergisa i Cekolisa i cały szereg tych figurantów, którzy wszyscy szybko przyjęli ideę narodową. Nie było innego sposobu na Litwie, bo jeżeli w Polsce było jeszcze wsparcie robotnicze to Sajudis takich argumentów nie miał.

K.K.: Część członków Sajudisu stanowili członkowie partii?

J.O.:To później. Na samym początku idea Sajudisu była zupełnie była inna. A komuniści to przechwycili. Na pierwszy plan wysunięta sprawa narodowa. Podniesiono duch szowinistyczny Litwinów. Innego argumentu nie mieli. Nasi partyjni – Polacy też podjęli inicjatywę autonomii.

K.K.: Chciałbym zrozumieć genezę polityczną i społeczną tych wydarzeń…

J.O.:Mieszkam w rejonie solecznikim od urodzenia, od 1944 roku.

K.K.: Czyli wiele pan pamięta. Kluczowa jest kwestia skąd się wziął taki pomysł? Jakie były uwarunkowania, przesłanki. Jak Polacy egzystowali na Wileńszczyźnie w czasach radzieckich, w czasach pieriesrtojki? Jakie były tu bezpośrednie przyczyny – na przykład czy Polacy byli dobrze reprezentowani w administracji? Bo spotkałem się z takimi stwierdzeniami że było ich mało – mimo, że rejon solecznicki w większości mieszkali Polacy, to w strukturach partyjnych, czy administracyjnych, czy wśród dyrektorów kołchozów najczęściej byli Litwini, Rosjanie, a Polaków było mało.

J.O.:To racja, tak było. Ja w ten czas rozpocznę trochę wcześniej. W czasie niemieckiej okupacji wsie od Niemców nie ucierpiały. 20 tys. Polaków rozstrzelanych w Ponarach to są ludzie praktycznie rozstrzelani przez Litwinów, przez litewską bezpiekę. Ja wspominam ojca słowa, on zawsze opowiadał jak przyjechał Niemiec. Był jeden kulawy Niemiec na cały okręg, który miał jednego tłumacza. On chodził i cieszył się, że u ojca były konie, krowy, że ziemia była uprawiana. U nas nie było takiego terroru ze strony niemieckiej, jaki był ze strony litewskiej. Gdy w lipcu 1944 roku Armia Krajowa próbowała odbić Wilno oczywiście nie spodobało się to za bardzo sowietom i oni ich prawie wszystkich aktywnych aresztowali, część skazano, część uciekła do Polski. W 1945 roku rozpoczęła się „repatriacja”. Praktycznie cała inteligencja tak czy inaczej była związana z Armią Krajową albo konspiracją. Ona musiała wyjechać, uciekać z tych terenów. Zaczęły się wywózki, ogromne wywózki. Nasza świadomość tych czasów jest na pewno ograniczona. Inteligencji zupełnie nie zostało. Zostali przeważnie chłopi, zostali ci, którzy siedzieli cichutko.

K.K.: Jaka była sytuacja materialna mieszkańców rejonu w czasach radzieckich?

J.O.:Opowiem historię ojca. Gdy w latach 1947-48 była jeszcze indywidualna gospodarka rolna, jeszcze do kołchozów masowo nie zapisywali, ale nakładano takie podatki, że ojciec by się nie wypłacił. Musiałby by oddać wszystko aby zapłacić podatek. I w 1950 roku on już nie mógł dalej gospodarować, on musiałby wszystko oddać do kołchozu. Nie zdążył – w 1951 roku jego rozkułaczyli. On uciekł na Białoruś i ukrywał się. Mnie oddali do dziadka. Byliśmy więc dziećmi chłopów i nie mieliśmy aż takich aspiracji żeby do władzy iść. Zresztą zawsze pamiętaliśmy o Katyniu. Pamiętaliśmy kto rządził. Świadomość polityczna ludzi była dosyć niska, inteligencji było mało, a władze radzieckie absolutnie nie starały się uzupełnić tej naszej inteligencji, bo był tylko Wileńśki Instytut Pedagogiczny, który zaczął uczyć nauczycieli dla polskich szkół.

K.K.: A jak przedstawiała się sytuacja w partii?

J.O.: Była tam ludność napływowa. Przyjeżdżali ludzie z Białorusi, ściągnięto bardzo dużo Rosjan, Ukraińców, tutaj na Wileńszczyznę. Dlatego, że zawsze w tych dwóch rejonach – solecznickim i wileńskim pierwszymi sekretarzami byli Rosjanie. Zawsze. Litwini mogli być zastępcami, drugimi sekretarzami komitetów rejonowych partii. I oczywiście zaczęto rozbudowywać kołchozy i sowchozy. Potrzebna była siła robocza, ściągano ludność niepolską w związku z tym, że byli to specjaliści: inżynierowie maszynowi, agronomowie. To często byli nie-Polacy. I oni chcieli oddawać swoje dzieci do szkół rosyjskich. Dlatego też zaczęły się zmniejszać pod względem ilościowym ale też obniżać pod względem jakościowym szkoły polskie. Gdy mój najstarszy syn poszedł do pierwszej klasy w Solecznikach, gdzie przyjechaliśmy w 1972 roku, to pamiętam jak poszedł do pierwszej klasy. Dyrektorką w szkole była Rosjanka. Klasę polską – nieliczną, stanowiło chyba 12 czy 13 dzieci. Dyrektorka posadziła ją na korytarzu. Chodziłem, kłóciłem się i potem to zmieniono. Zawsze polskie klasy były w gorszej sytuacji. Były uprzywilejowanie albo rosyjskie, albo litewskie, ale tych drugich nie za dużo tutaj było, tylko w większych miejscowościach – w Ejszyszkach i w Solecznikach. Inna sprawa, że mieliśmy możność wstąpienia na uczelnie w Rosji, w Moskwie w Sankt Petersburgu. Ja sam uczyłem się w tym drugim, czyli wówczas Leningradzie, choć ukończyłem polską szkołę. Innych możliwości nie było. Moi rodzice byli niewykształceni, rodzice są pochodzenia chłopskiego, wybierali to co, jak uważali, zapewni lepszą przyszłość ich dzieciom. I to można zrozumieć.

K.K.: Język rosyjski gwarantował awans społeczny?

J.O.:Tak, przynajmniej tak myślano. Nie zawsze awans następował. Ja jestem urodzony na wsi, ale ze znajomych nikt nie został w kołchozach. Nasi rodzice rozumieli, że to jest tragedia i starano się w różny sposób wyprawić dzieci do Wilna, żeby tylko nie pracowali w kołchozach.

K.K.: Jak wyglądało życie w kołchozach?

J.O.:Nie byliśmy najbiedniejsi. Chociaż ojca w 1953 roku zrehabilitowano i im zwrócono rodzinie budynki, tylko puste. Ale jakoś ojciec kręcił, żebyśmy zawsze mieli jakieś ubranie i jedzenie. Było biednie. Powiem szczerze: jeżeli matka podawała kawałek słoniny to było to raz w tygodniu. Na co dzień marchewka, ziemniaki, mleko, kapusta, ogórki. A my i tak nie żyliśmy najbiedniej. Ojciec zarabiał 50 kilogramów żyta za rok. Taki był zarobek w kołchozie. On przynosił w worku na plecach 50 kilogramów żyta. Pozwalało to trzymać jedną krówkę, świnkę, ale nie pozwalano ich paść na ziemiach kołchozu. Jako podrostek brałem na sznurek tę krowę i przy drodze ją paśliśmy. Tu były obszary rolnicze. Nie było żadnych większych zakładów pracy.

K.K.: Czyli można było pracować albo w rolnictwie albo w urzędzie. Takie były perspektywy?

J.O.:Tak. Tylko urzędów tych nie było za dużo. W nich mówiono po rosyjsku. W dodatku ziemia u nas mało żyzna. Trzeba wiedzieć podstawową rzecz, że pod Kownem gleba jest tak żyzna, że tam żadnych nawozów nanosić nie trzeba. Natomiast gleba u nas potrzebuje wielkich nakładów pracy, żeby uzyskać przynajmniej jakieś sensowne urodzaje. Trzeba też wiedzieć, że urodzajność w tych kołchozach była bardzo niska, że jeżeli 15 cetnarów z hektara zbierano zboża to już ordery Lenina wręczano. Do tej pory jest biednie. Ale dzisiaj nasi farmerzy zbierają 60-70 cetnarów zboża z hektara. Była niska wydajność krów. Na pewno ten kraj był niedostatecznie doinwestowany przez władze republiki i centralne. Zresztą dzisiaj jest tak samo. To zależało jeszcze od wagi pierwszych sekretarzy rejonowych. Jeżeli ten był sprytny i potrafił poić i karmić kogo trzeba, to dostawał większe nakłady. A tak to faktycznie w sklepach w polskich rejonach było mniej towarów dla ludności.

K.K.: Pierestrojka… dało się odczuć poluzowanie systemu?

J.O.:To były czasy dosyć ciekawe. My jako Polacy trochę wykorzystaliśmy pieriestrojkę. Była przyjęta przez Komitet Centralny partii komunistycznej uchwała o otworzeniu różnych struktur narodowych. Tyle, że my już 5 maja 1988 roku poszliśmy domagać się ażeby nam zarejestrowano Stowarzyszenie Społeczno-Kulturalne Polaków na Litwie przy funduszu republikańskiego, litewskiego Ministerstwa Kultury. Były ogromne sprzeciwy. Ja sam byłem u pierwszego sekretarza partii Brazauskasa z Janem Sienkiewiczem. Partyjni odmawiali. Jak zaczęliśmy tutaj działać oni tutaj przyjeżdżali, zwoływali, zabraniali…

K.K.: Wysocy działacze partyjni i państwowi przyjeżdżali wówczas do Solecznik?

J.O.:Tak. Przyjeżdżał przewodniczący Rady Najwyższej Vytautas Astrauskas. I jego zastępca także. W czasie samej pieriestrojki zaczęło być bardzo biednie. Talony na wszystko: alkohol, cukier, bieliznę. A mięsa dostawaliśmy 2 kilogramy na pracującego na miesiąc. Uśmiechaliśmy się do sprzedawczyni, żeby ona kości nie położyła. Mebli nie można było kupić, już nie mówiąc o samochodach. Ten czas w sensie materialnym był bardzo trudny. A dla zwykłego zjadacza chleba to jest chyba najważniejsze.

K.K.: I w tym momencie zakładacie Stowarzyszenia Polaków. A jednocześnie powstaje Sajudis. Od wielu osób słyszałem, że dość szybko Sajudis zaczął wysuwać hasła antypolskie, straszyć Polakami, obrażać…

J.O.: Pojawiły się takie aspekty. Ludzie mówili że się przestraszyli tego. Musiałby pan zobaczyć nagrania pierwszego zjazdu Sajudisu… Mi włosy stanęły na dęba na to co tam wyczyniali. Polaków do krematorium, Rosjan do Rosji… Może to nie było tak do końca szczerze, ale im potrzebna była taka atmosfera, żeby Litwini uwierzyli w swoją wielkość. My straciliśmy wtedy w ogóle wszelką nadzieję, że na coś można z Litwinami się umówić. Gdy w 1989 r zawiązaliśmy Związek Polaków na Litwie wytypowaliśmy Okińczyca jako przedstawiciela do Sajudisu, z prośbą żeby on w jakiś sposób załatwiał nasze interesy. On na tym pierwszym zjeździe Sajudisu, występował i wypowiedział nasze stanowisko. Został wygwizdany. Inna kwestia, że on potem sam do Sajudisu przeszedł. Na prawdę próbowaliśmy cały czas znaleźć jakieś porozumienie. Ja osobiście, tak jak powiedziałem, byłem u Brazauskasa z Janem Sienkiewiczem. Nie tak łatwo było do niego trafić. Ale też nie było chętnych, wszyscy lękali się. To poszedłem ja i Sienkiewicz. Bez efektu. Za to w naszym rejonie w Solecznikach stworzyliśmy strukturę Związku Polaków. W komitecie założycielskim przeważnie była inteligencja: dyrektorzy szkół, naukowcy, dziennikarze.

K.K.: W pracach naukowych jest pan wymieniany jako ten, który w październiku 1988 roku poszedł na rejonową konferencję partii i pierwszy zgłosił postulat autonomii.

J.O.: Tak jest. Dwa razy występowałem na konferencji partyjnej mówiłem o naszych nabrzmiałych problemach, o polskości – tutaj w Solecznikach. Potem występowałem z tym postulatem na sesji rady rejonu. My wtedy z pomocą Stanisława Pieszko szefa Ośrodka Maszynowego w rejonie i kilku innych osób, obaliliśmy pierwszego sekretarza komitetu rejonowego partii Taszlińskiego. Zamieniliśmy na Jankielewicza.

K.K.: Pan im powiedział na konferencji partyjnej, na posiedzeniu rady rejonowej o polskich postulatach. Jak była reakcja?

J.O.:Oni początkowo sprzeciwiali się. Przede wszystkim nie pozwalano nam założyć w rejonie struktury Stowarzyszenia Społeczno-Kulturalnego Polaków na Litwie. Z wielkim trudem utworzyłem te koła. Jeździłem po nocach, do Dziewieniszek, do Turgiel, do Koleśnik, do Jaszun… nie było chętnych.

K.K.: Z czego to wynikało?

J.O.:Bali się. Nie chcieli się wychylać. Postawa naszych lokalnych władz była taka by nie popierać lecz odrzucać, więc ludzie się bali. Zbieraliśmy się gdzieś w prywatnych mieszkaniach w Dziewieniszkach po cichutku, żeby nikt nie widział. Jeździliśmy do ośrodka maszynowego w Zawiszańcach gdzie Pieszko był dyrektorem, też po nocach, okrężną drogą, żeby nas nikt nie zauważył. Ale potem pewnego razu przychodzę do władz rejonowych a oni niemal z kwiatami mnie witają…

K.K.: W którym roku to było?

J.O.:Dokładnie nie pamiętam. Ale w 1988 roku, bo to we wrześniu tego roku odbyło się w Solecznikach zebrania założycielskie koła naszego Stowarzyszenia. I oni spotykają, i zaczynają mówić: proszę bardzo, robimy. Byłem wtedy zdziwiony zmianą sytuacji. Tylko teraz rozumiem dlaczego to było. Oni postanowili przejąć władzę w swoje ręce.

K.K.: Nomenklatura?

J.O.:Tak nomenklatura. Wchodzili do struktur.

K.K.: Kto konkretnie?

J.O.:Adam Monkiewicz wszedł i szereg innych. Ja na to zgodziłem się, ale potem ich nie zapraszaliśmy. Jak Taszlińskiego już nie było, to raptem działacze partyjni Czesław Wysocki i Monkiewicz zmienili się, zaczęli popierać nasz ruch.

K.K.: W październiku 1988 roku pan mówi o autonomii. Co Pan rozumiał pod tym słowem?

J.O.: Autonomię społeczną i kulturalną. Chodziło o możliwość funkcjonowania polskich szkół, polskich instytucji kulturalnych.

K.K. Jesień 1988 to także dekrety językowe uchwalone przez republikański parlament pod wpływem Sajudisu. Część ludzi z którymi rozmawiałem mówili, że właśnie to ich przestraszyło. Bo te dekrety zakładały, że teraz można będzie w instytucjach wszelkich mówić tylko po litewsku.

J.O.:Na pewno tak było. Ale to wystraszyli się już wcześniej. To było już pokłosie. Najbardziej przestraszyli się ludzie na lepszych stanowiskach. Inna kwestia, że wyrzucono z paszportów wpis o narodowości. Ale oczywiście największy postrach wzbudził w nas pierwszy zjazd Sajudisu. Tam otwarcie o wszystkim powiedziano i pokazano swoją prawdziwą twarz.

K.K.: Jako pierwsze za autonomiczne zaczęły się uważać pojedyncze gminy – apilinki, pojedyncze miasta?

J.O.:Tak było. Na wiosnę 1989 roku zaczęły się proklamować jako polskie narodowe. Ja byłem wtedy radnym solecznickiej rady miejskiej. Przygotowaliśmy teksty uchwał i uchwaliliśmy, że jest polska rada narodowościowa w składzie Litwy.

K.K.: Czy można powiedzieć, że było masowe poparcie dla koncepcji autonomii? Czy ludzie tego chcieli?

J.O.:Było… Czy my wiemy czego dziś Polacy chcą? Przecież to zależy od liderów, sposobów komunikowania się.

K.K.: Na czym to polegało? Jaka była koncepcja narodowej jednostki samorządu?

J.O.:Chodziło o autonomię społeczno-kulturalną. Potem poszło dalej. Pierwszy zjazd…

K.K.: 12 maja 1989 roku. w Mickunach?

J.O.:Tak. Pieszko był motorem tego wszystkiego.

K.K.: Dyrektorem kołchozu w którego budynkach odbył się pierwszy Zjazd Deputowanych Wileńszczyzny był Edward Tomasiewicz. Musiał już wtedy odgrywać ważną rolę?

J.O.: Tak. Był razem ze mną i Sienkiewiczem. Sienkewicz yo był odważny człowiek.

K.K.: Jak zjazd przebiegał?

J.O.: Przyjechał jeden z sekretarzy rejonowych partii, który strasznie się lękał. i straszył nas: Chłopcy co wy robicie?

K.K.: To był Polak?

J.O.: Polak.. No i wtedy podjęto decyzję, żeby ogłaszać rady miejskie, wiejskie a potem całe rejony jako autonomiczne. To miało iść oddolnie, bo to musiało iść oddolnie. Nie byliśmy na tyle głupi by uważać, że zbierzemy się teraz i powołamy autonomię dwóch rejonów jeszcze biorąc kawałek rejonu trockiego. Wszystkie uchwały były wysyłane zresztą do litewskich władz. To wszystko było legalne. To nie było zakazane przez ówczesne prawo. Dopóki nie było Litwy samodzielnej opieraliśmy się o ówczesne prawo w tym wnioski XIV konferencji partyjnej gdzie była mowa o organach narodowościowych. Ale nigdy nie występowaliśmy za oderwaniem od Litwy rejonów solecznickiego i wileńskiego, i wysyłaliśmy nasze uchwały do litewskiej Rady Najwyższej.

K.K.: Ilu ludzi zebrało się na zjeździe?

J.O.: Dużo.

K.K.: To była realna reprezentacja Wileńszczyzny?

J.O.: Tak. około 200 osób było.

K.K.: Kogo można określić jako ówczesnych liderów ruchu na rzecz autonomii?

J.O.:O ile pamiętam najwięcej przemawiał Pieszko. Szanuję człowieka. Myślę, że był w bardzo dobrych kontaktach z Ciechanowiczem. Ale Ciechanowicz nam najwięcej zaszkodził ideą stworzenia z zachodnich ziem Ukrainy, Białorusi i Litwy oddzielnej republiki polskiej, bez tego Litwini aż tak by nie nastawali.

K.K.: Ale Ciechanowicz nie wysunął tej idei w 1989 roku?

J.O.:No chyba nie. Ale potem to było. I ta idea zniszczyła ideę autonomii społeczno-kulturalnej.

K.K.: Ciechanowicz brał udział w zjazdach?

J.O.:Brał.

K.K.: Nie wchodził jednak w skład Rady Koordynacyjnej powołanej przez zjazdy deputowanych jako ciało kierujące ruchem autonomicznym?

J.O.:Nie wchodził. Na pierwszym zjeździe nie było jeszcze nawet Aniceta Brodawskiego.

K.K.: Czy pierwszy zjazd autonomistów odbił się echem wśród ludności?

J.O.:Na pewno tak. Są fotografie wieców poparcia.

K.K.: 6 września 1989 roku, sama rada rejonowa ogłosiła rejon solecznicki jako polski – narodowy.

J.O.: Tak. Popieraliśmy to jako działacze Związku Polaków i ludzie z administracji też popierali. My postawiliśmy mikrofony i wyprowadziliśmy głośniki na ulicę. Zebrał się ogromny tłum, ludzie zajęli cały plac przed budynkiem administracji – jak mówiliśmy wtedy – białym domem. Był szereg przemówień. Także Astrauskasa – przewodniczącego Rady Najwyższej Litewskiej SRR. I on nam wmawiał, że tego robić nie trzeba, że to jest bezprawne, że autonomii nigdy nie będzie. Były też nasze wystąpienia, konkretne wystąpienia. Ja występowałem, że taka jest potrzeba bo władze republiki nie uwzględniają naszych postulatów. A opierając się na pieriestrojce Gorbaczowa mamy takie prawo. I to było transmitowane. Jak oni wyszli na ulicę, jak oni zobaczyli tłum z biało-czerwonymi sztandarami to to zrobiło na nich wrażenie. Potem nas wywołał zastępca Astrauskasa w prezydium Rady Najwyższej i też nas wałkował żebyśmy nie ogłaszali rejonu narodowym. Ale prawie wszyscy radni przechylili się u nas na poparcie tej idei. Strasznie przeciw było kilku Litiwnów w radzie i Taszliński z partii. Zaczął powstawać lokalny Sajudis i ja się z nimi spotykałem. Oni mówili, że nas rozumieją ale nie mogą nic zrobić. Na górze mieli zajadłych Litwinów. Tu lokalnie większość Litwinów przyjęła to spokojnie.

K.K.: Pamięta pan ówczesnego drugiego sekretarza komitetu rejonowego partii Czesław Wysockiego? On popierał autonomię, ale jednocześnie był zapalonym komunistą…

J.O.: Oczywiście pamiętam

K.K.: To był faktycznie prawdziwy komunista?. On też podjął postulat autonomii?

J.O.: Tak, popierał. Czy on był komunistą czy nie mnie trudno o tym sądzić.

K.K.: Sam tak do tej pory mówi o sobie.

J.O.:Tak jest. Ale właściwie wymuszono na nim rolę by być takim radykalnym komunistą.

K.K.: A kto wymusił?

J.O.: Litwini swoją całą polityką. Wysocki był osobiście bardzo uczciwym człowiekiem i był dobrym organizatorem.

K.K.: Ten napis „Dom towarowy”, który od lat ’80 wisi w Solecznikach to on zawiesił?

J.O.: To on.

K.K.: Postulaty narodowe były dla niego ważne?

J.O.:On założył polski zespół ludowy „Solczanie” istniejący do dziś. Pamiętam jak wydawnictwo z Białegostoku przysyłało polskie książki do Solecznik. Oni zorganizowali spotkanie na polskiej stronie granicy. Wysocki pojechał i to on zorganizował przerzut książek przez granicę. Podobnie było z ostatnim pierwszym sekretarzem komitetu rejonowego partii Leonem Jankielewiczem. Gdy mnie wałkowano na różnych zebraniach, że nie ma potrzeby zakładania Stowarzyszenia Polaków w rejonie, to Jankielewicz jako pierwszy wystąpił i poparł tę ideę. On już wtedy zrozumiał, że te procesy rozkładu systemu pójdą dalej. To było latem 1988 roku. Wtedy nie przekonał naszych władz do końca. W związku z tym zrobili rewolucję w komitecie rejonowym partii. Wyrzucamy Taszlińskiego i tak Jankielewicz został pierwszym sekretarzem. Potem dostał się w wyborach 1990 roku do Rady Najwyższej. Ja też wtedy startowałem.

K.K.: W marcu 1990 Rada Najwyższa ogłosiła niepodległość Litwy. Jak Pan to odebrał? Było więcej nadziei czy obaw?

J.O.: Ja odebrałem to z satysfakcją i z zadowoleniem, dlatego, że zrozumiałem, że rozwala się Związek Radziecki. To jest nasza przyszłość i dzięki Bogu, że on się rozwalił. Jako Związek Polaków popieraliśmy. Jednak wielu ludzi tutaj się bało…

K.K.: Dlaczego ludzie się bali?

J.O.: A dlaczego ludzie w ogóle zmian się lękają? Ludzie nie popierali, dlatego, że już odbył się pierwszy zjazd Sajudisu i był transmitowany przez telewizję non stop, i ludzie wszystko to słyszeli. I po prostu się bali o swoją przyszłość, o swoje dzieci. Ale Związek Polaków niepodległość popierał. Nie ma dwóch zdań. Były nasze oświadczenia.

K.K.: Z perspektywy uważa ocenia pan autonomia polska na Wileńszczyźnie mogła przetrwać?

J.O.: Wiedząc dzisiaj więcej o mentalności Litwinów uważam, że nie mieliśmy szans. Nie mieliśmy żadnych szans także dlatego, że Polska nie pomogła, w Polsce zupełnie o inne rzeczy chodziło. Nie chcieli sąsiada z którym by się trzeba użerać, bo zagrożenie ze wschodu. Spróbowaliśmy, robiliśmy co mogliśmy. Może nie wszystko, może czegoś nie umieliśmy. Ale dziś jeszcze gorzej jest. Nic się nie robi.

Wiec mieszkańców Solecznik domagających się od rady rejonu proklamowania go polskim rejonem narodowym – 6 września 1989 roku.

Wiec w Solecznikach 6 września 1989 roku. Przemawia jeden z liderów ruchu na rzecz autonomii Anicet Brodawski. W centrum (czwarty od prawej) stoi przewodniczący Rady Najwyższej Litewskiej SRR Vytautas Astrauskas, który będzie próbował odwieść solecznickich radnych od proklamowania autonomii.

Czytaj także: Teresa Paramonowa: Wchodziłam w skład Rady Koordynacyjnej autonomistów

Projekt „Autonomiści. Historia dążeń do autonomii Wileńszczyzny” sfinansowany został ze środków Senatu RP oraz Stowarzyszenia Odra-Niemen.

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz