Jan Sienkiewicz, imiennik pierwszego prezesa Związku Polaków na Litwie, to wieloletni nauczyciel i dyrektor polskich szkół. W przełomowych czasach rozkładu Związku Radzieckiego jako wiceprzewodniczący gminy solecznickiej przeforsował ogłoszenie jej gminą narodową polską.

Karol Kaźmierczak: Jest Pan rodowitym mieszkańcem Solecznik?

Jan Sienkiewicz:Nien urodziłem się we wsi 12 kilometrów od Dziewiniszek – nazywa się Polanka. Tam skończyłem szkołę początkową. Te osiem klas uczyłem się w języku polskim. W starszych klasach, uczyłem się już tutaj w Solecznikach, gdzie musiałem dojeżdżać na rowerze. W Solecznikach uczyłem się już w języku rosyjskim. Potem zamieszkałem przy szkole, bo spalił się nasz dom. Matka mnie za kołnierz wyciągnęła z pożaru. Poszedłem więc aby po prostu gdzieś przeżyć. Sądziłem też, że z językiem rosyjskim łatwiej się wybić. Nie miałem dobrej rady. Moi rodzice byli niewykształceni. Trzeba pamiętać, że jedynie na Wileńskim Instytucie Pedagogicznym wykładano po polsku. Reszta uczelni w języku rosyjskim bądź litewskim. Miałem na początku wielkie trudności z matematyką, bowiem rosyjskie terminy były dla mnie niezrozumiałe. Jednego roku groziła mi dwója, ale porozumiałem się z jedną nauczycielką, która powiedziała mi, że mogę zdawać, mówiąc w języku polskim.

K.K.: Jaka była sytuacja materialna ludzi w sowieckich?

J.S.:Jak zaczynała się kolektywizacja, to były ciężkie czasy. Nam w 1952 roku wszystko spłonęło i pozwolili nam zatrzymać plony ale reszcie zabierali, bo była kolektywizacja. Lata 50 to były bardzo trudne czasy. Potem stopniowo zaczęła się polepszać sytuacja materialna. Na początku w kołchozach nie dawali nawet zapłaty. Ludzie pracowali całymi dniami, naliczali im „trudo-dni” a na koniec roku dawali im zboże. Ludzie musieli kraść, wynosić żeby żyć. Chodzili po lasach zbierali jagody, grzyby. Było tak trudno, że nająłem się do kopania rowów. Jednak gdy zobaczyłem jak koledzy idą do szkoły zrezygnowałem i też postanowiłem się uczyć. Pamiętam jak na koniec szkoły średniej dyrektorka szkoły zapytała mnie: kim byś chciał być? Ja odpowiedziałem, że nauczycielem. I ona mi mówi – „porozmawiam w tej sprawie”. I zwróciła się do kierowniczki wydziału oświaty w naszej administracji. Wtedy były problemy bo był to czas gdy wielu Polaków wyjeżdżało do Polski i brakowało nauczycieli w polskich szkołach. W Wileńskim Instytucie Pedagogicznym przeszedłem kurs na nauczyciela. Najpierw byłem nauczycielem czterech klas początkowych w szkole polskiej w Taboryszkach. Ale tam dzieci były z Ukrainy. Kierownik oświaty szybko zabrał mnie jednak do szkoły w Kamionce, bo brakowało tam nauczyciela biologii i chemii. Praca w szkole była taka, że jak trzeba to i drzewa musiałem narąbać. Tam uczyłem już ósme klasy, to niektórzy byli niewiele młodsi ode mnie. Z pracy wzięli mnie do wojska, a potem znów wróciłem do Kamionki. Jednak chciałem się dalej uczyć. Studiowałem więc zaocznie na uniwersytecie w Mińsku. Zostałem dyrektorem szkoły w Jurgielanach. Musiałem wstąpić do Komsomołu. Chcieli mnie nawet wysłać do wyższej szkoły partyjnej do Leningradu, ale mi ta partia nie pasowała, ta agitacja to były puste słowa. Ta ideologia mi nie paasowała i odmówiłem. Kierownikowi się to nie spodobało. Wysłali mnie więc na dyrektora szkoły w Solecznikach Małych gdzie był wielki nieład. Zbudowaliśmy nową siedzibę i wyprowadziliśmy szkołę na wysoki poziom.

K.K.: Michaił Gorbaczow obwieścił pieriestrojkę, która oznaczała pewną liberalizację. Także w kwestiach narodowościowych – pielęgnowania i wyrażania tożsamości narodowej. Jak pan wspomina ten proces?

J.S.: Do tej pory nie mogę zrozumieć, że Litwini walcząc, tworząc Sajudis, wygrywając wybory do Rady Najwyższej, walcząc o wolność i otrzymując wolność nam Polakom tej wolności nie dają. A przecież my też chcieliśmy wolności. Tymczasem oni wprowadzili swoje prawa i wyłącznie język litewski jako język państwowy, to było w 1988 r. Przecież starsi ludzie, nawet dyrektorzy, czy przewodniczący kołchozów języka litewskiego nie znali. Ja języka litewskiego wyuczyłem się dopiero będąc w wojsku. Zresztą nawet wtedy myślałem sobie – po co mi to potrzebne? W czasach radzieckich oficjalne sprawy załatwialiśmy bowiem w języku rosyjskim. A tutaj pojawia się prawo, że tylko na litewskim można. To było dzikie. Dla ludzi prostych to było bardzo trudne. Nawet ja nie znałem języka litewskiego bardzo dobrze co oznaczało, że nie mógłbym być dyrektorem polskiej szkoły.

K.K.: Wtedy powstała koncepcja autonomii?

J.S.:Tak, wtedy. To się zaczęło od pojedynczych gmin. W 1989 roku ja byłem zastępcą przewodniczącego gminy. Zebraliśmy się na zebranie. W tym czasie przewodnicząca – Litwinka była na wyjeździe w Wilnie. Sesję poprowadziłem ja jako zastępca. I wtedy uchwaliliśmy gminę Soleczniki jako narodową. Wybraliśmy też nowego przewodniczącego gminy, który miał zastąpić tę Litwinkę. Stanisław Pieszko zgłosił kandydaturę Jana Rogoży. Jednak my wybraliśmy Durniakę, który był dyrektorem szkoły w Solecznikach. Kiedy wróciła odwołana przewodnicząca to zrobiła straszny hałas. Nic jej to nie dało. W tym czasie było już proklamowanych kilka gmin narodowych w naszym rejonie. Nie byliśmy pierwsi. Na pewno Dziewieniszki były już wcześniej polską gminą narodową. W wielu wioskach były takie proklamacje. My byliśmy na końcu właściwie.

K.K.: Koncepcja narodowej autonomii na skalę całej Wileńszczyzny ogłoszono w czasie zjeździe wszystkich deputowanych w Mickunach 12 maja 1989 r.

J.S.:Pamiętam ten zjazd. Potem byłem na zjeździe w Zawiszańcach…

K.K. W 1990 roku…

J.S.:Tak. Trzeba powiedzieć, że nie było jednego głosu. Były dyskusje. Próbowano wypracować plan aby wypracować podstawy dla Kraju Wileńskiego. Były różne propozycje. Byli tacy co chcieli się oddzielić. Pamiętam spotkanie z mieszkańcami koło internatu w Solecznikach w 1988 r. Występowali Jan Sienkiewicz późniejszy przewodniczący Związku Polaków, Anicet Brodawski z rady rejonu wileńskiego, Jan Ciechanowicz. Ciechanowicz akurat zmieniał swoje poglądy. A najbardziej podobał mi się Brodawski. Dlatego, że on proponował idee bardzo konkretnie, mówił bardzo konkretnie. Według mnie to on był najodpowiedniejszym liderem. Potrafił się powołać na prawo litewskie. Gdy Litwini ogłosili niepodległość to on przypominał, że w konstytucji przedwojennej z czasów Smetony było zapisane prawo Wileńszczyzny do autonomii. Gdyby on przejął kierownictwo byłoby dobrze. Ale jak to w polityce była między działaczami konkurencja. Za mało było porozumienia. Same zjazdy były spotkaniami dyskusyjnymi. Brodawski zaproponował koncepcję Kraju. A we wrześniu 1989 r. ogłoszono autonomię rejonu solecznickiego. Na sesji najbardziej podobali mi się młodzi wówczas Zdzisław Palewicz i Józef Rybak. Byli już wtedy aktywni i zdolni. Też popierali ogłoszenie rejonu narodowym. Starsi, szczególnie komuniści, jak Wysocki, oni na początku się lękali. A młodzi się nie bali. Palewicz i Rybak są jak bracia. I do tej pory razem działają. Palewicz wtedy mówił bardzo konkretnie o potrzebie narodowego rejonu: Litwini chcą wolności i my też chcemy – swoich szkół i swojego języka.

K.K.: Wysocki też w końcu poparł autonomię?

J.S.: Poparł. Ja go dobrze znałem.

K.K.: Określany jest jako twardogłowy komunista…

J.S.:Był drugim sekretarzem komitetu rejonowego partii. Jednak nie słyszałem by agitował ludzi – „Bądź komunistą” – czy tego typu. Był pracowitym człowiekiem. Starał się coś robić, a nie gadać o partii. Uporządkował tutaj park. On na początku nawet nie był tak bardzo przeciw Sajudisowi. Jednak jak Sajudis zaczął naciskać na Polaków, to zaczął z nim walczyć. Ja uważam, że on był patriotą swojej krwi, swojego narodu. Tego mu nie można odmówić. U wielu ludzi tak było: początkowo z sympatią do Sajudisu, jak on zaczął naciskać na Polaków, wielu się temu sprzeciwiło. Gdyby Sajudis zagwarantował polski szkoły, polski język, żadnego konfliktu by nie było.

K.K.: Jak funkcjonował rejon narodowy?

J.S.:Pewni aktywiści wywiesili nawet biało-czerwoną flagę. O ile pamiętam wywiesił ją ówczesny dyrektor Domu Kultury w Solecznikach. Oczywiście nie mógłby tego zrobić bez zezwolenia władz rejonu. Władze pozostawały te same. Administracja funkcjonowała w zależności od potrzeby: z Polakami po polsku, z Litwinami po litewsku, z Rosjanami po rosyjsku. Była swoboda. Litwini przysyłali nam zarządzenia, że może być tylko po litewsku. A 4 września 1991 r. zawiesili samorząd. Jak zawiesili samorządy i przysłali przedstawiciela rządu to było niczym w stanie wojennym.

K.K.: Zwalniali dotychczasowych urzędników?

J.S.:Przyjechał Arunas Eigirdas i zaczął zwalniać. Litwinów zostawiał, a Polaków zwalniał. Samemu Rybakowi, obecnemu dyrektorowi administracji, wtedy był sekretarzem, przynieśli i położyli kartkę – od jutra nie pracujecie. Wielką liczbę ludzie w ten sposób zwolnili. Zostało kilkunastu. Kto nie znał litewskiego doskonale – zwolniony. A na ich miejsce brali Litwinów. Rybak zresztą znał litewski dobrze a i tak go zwolnili. W polskich szkołach wprowadzili język litewski do administracji. Tak samo było wobec ludzi. Przychodzili do budynku administracji – „białego domu” jak mówiliśmy – i musieli mówić po litewsku. A przecież wielu wówczas litewskiego nie znało. Dopiero w 1995 r. jak wybory do rady rejonu wygrali nasi kandydaci, Związku Polaków na Litwie, dopiero wtedy sytuacja się poprawiła.

Czytaj także: Bronisław Jankowski: O autonomii mówiono od początku odrodzenia

Projekt „Autonomiści. Historia dążeń do autonomii Wileńszczyzny” sfinansowany został ze środków Senatu RP oraz Stowarzyszenia Odra-Niemen.

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz