Zychowicz, przeciwny konfrontacji z Rosją i Niemcami jednocześnie, uznaje jednak Republikę Federalną nie tylko za „najważniejszego obecnie sojusznika”, ale i za „partnera”(!) Ten jego wniosek właściwie wyczerpuje temat związków publicysty i historyka z realizmem. Jeśli bowiem Niemcy robią dokładnie to samo, o co obwinia się Rosję, a jednocześnie stosują szereg narzędzi dodatkowo uszczuplających naszą suwerenność, to stawianie Federacji Rosyjskiej w roli wroga numer jeden jest składaniem hołdu nie tradycji realizmu, a będącej jej przeciwieństwem tradycji mesjanizmu i prometeizmu.

Pokusa utożsamiania się z Piotrem Zychowiczem jako historykiem z pewnością jest wśród osób identyfikujących się z poglądami prawicowymi niemała. Prawdziwie niepokorny, celowo grający na nosie niemal wszystkim stronnictwom, a ponadto odbrązawiający liczne legendy i zamachujący się na nadreprezentowane w polskiej historii fałszywe mity. Historyk sam uważający się za konserwatystę i merytorycznie zasilający współczesny nurt realistyczny sprawia wrażenie właściwej odtrutki na stręczony zewsząd kult klęsk politycznych i militarnych. A jednak w jego rozważaniach jest coś nie tylko niepokojącego, ale i głęboko niespójnego.

W najnowszym numerze tygodnika „Do Rzeczy” Zychowicz słusznie rozprawia się z kolejnym moralnym zwycięstwem otrąbionym przez obóz rządzący po klęsce stosunkiem 1:27 na brukselskim szczycie, gdzie rozstrzygały się losy drugiej kadencji Donalda Tuska jako szefa Rady Europejskiej. Autor z pewnością nie jest też zwolennikiem rządów sanacji po śmierci Józefa Piłsudskiego, bo według niego samobójcza „polityka godnościowa” Józefa Becka jest powodowana tymi samymi motywami, jakie przyświecały rządowi PiS w Brukseli. Polityka obozu rządzącego tuż przed II wojną światową, na czele z „bezcennym honorem” Becka, staje się więc negatywnym punktem odniesienia – i bardzo słusznie.

Zychowicz jest jednak niekonsekwentny w swoim rzekomym realizmie. W artykule „Fałszywa historia jest mistrzem fałszywej polityki” (jest to zarazem tytuł dzieła Józefa Szujskiego z krakowskiej szkoły historycznej) odczuwa się bezpośrednie inspiracje innym dziełem – „Polityka Józefa Becka” autorstwa Stanisława Cata-Mackiewicza. To właśnie Cat – gorący zwolennik Piłsudskiego – punktował błędy obozu sanacyjnego, który miał nie realizować testamentu politycznego Marszałka. Bezpośrednią za to odpowiedzialność ponosić miał właśnie Józef Beck, który oddanie Gdańska przeciwstawiał wspomnianemu „honorowi” Polaków. Jak to się skończyło, wszyscy dobrze wiemy.

Przypomnijmy, co pisał Cat we wspomnianym dziele „Polityka Józefa Becka” o Gdańsku i jego niemieckich ówcześnie mieszkańcach, stanowiących wówczas w mieście większość:

„Sentyment do Gdańska był sentymentem podświadomie imperialnym. Polacy uprzytamniali sobie, że to miasto w czasach swojego rozkwitu mówiło po niemiecku. Ale Polacy wiedzieli, że reprezentowało majestatycznie swoje polskie gospodarcze zaplecze. Był to więc sentyment do czasów, w których Polska była wielka, a więc różnojęzyczna […] W wieku XVIII gdańszczanie bronili istnienia państwa polskiego, ale w wieku XVIII nie było jeszcze ogólnoniemieckiego patriotyzmu, nie było – jak to lapidarnie powiada Bainville – jeszcze Niemców. Natomiast w wieku XIX gdańszczanie ulegli nurtowi historii, przeistoczyli się najpierw w Prusaków, a potem w Niemców” oraz:

„Niemcy gdańscy nie wyobrażali sobie przyszłości inaczej, niż przez powrót do państwa niemieckiego”.

Sam Zychowicz pisze z dezaprobatą, że „Polska przystąpiła do wojny, aby bronić niemieckiego Gdańska przed Niemcami”. Zarazem wynika z tego oczywisty wniosek, że nie ma w naszej części Europy powrotu do wielonarodowych imperiów pod berłem jednego monarchy. Narody wstąpiły na arenę dziejów w sposób nieodwracalny w miejsce dynastii i koronowanych głów państw. To se ne vrati. Gdańsk był etnicznie niemiecki, więc jego mieszkańcy chcieli należeć do państwa niemieckiego. Cat klarownie tę prawidłowość wykłada, a Zychowicz zdaje się rozumieć i implementować myśl jednego ze swoich mentorów.

Tymczasem, nie tylko w swojej książce „Pakt Piłsudski-Lenin” Zychowicz utyskuje, że idea wielonarodowej Rzeczypospolitej Trojga Narodów nie doczekała się realizacji w roku 1920. Podobne tony wybrzmiewają w artykule „Wielkość utracona” z tygodnika nazywającego się wówczas „Uważam Rze”, w którym Zychowicz sugeruje, że przedrozbiorową Rzeczpospolitą próbował odrodzić Józef Piłsudski w formie federacji Polski, Litwy, Białorusi i Ukrainy. Dowód oderwania od rzeczywistości autor daje, gdy wyraża myśl: „Patriotyzm wielonarodowej Rzeczypospolitej umarł jednak także w Polsce, gdzie został zastąpiony patriotyzmem Polski etnicznej”.

W roku 1920 z uwagi na analogiczne procesy, które zaszły w Gdańsku, wskrzeszenie jakiejkolwiek „wielonarodowej Rzeczypospolitej” było nierealne. Fascynacja czasami, w których polski dwór gdzieś nad Niemnem czy Dnieprem był prężnym ośrodkiem kultury w niepolskim morzu, nie spełnia kryteriów programu politycznego.Nie tylko dzisiaj, ale i przed wojną Polacy byli przywiązani do Kresów nie dlatego, że były „wielonarodowe”, ale dlatego, że były polskie. Oczywiście, żył tam nie tylko jeden naród, ale przede wszystkim od wieków zamieszkiwali te tereny Polacy i to na ich interesy była uwrażliwiona polska opinia publiczna. Bo czy o Lwów Polacy walczyli dlatego, że mieszkali tam także Żydzi i Ukraińcy czy też dlatego, że po prostu był polski?

Zychowicz bagatelizuje to zagadnienie we wspomnianym artykule z „Uważam Rze”, pisząc iż wojny z Ukraińcami były „kłótniami o skrawki terytorium”. Czemu więc „kłótnie o skrawek terytorium”, co czynił Józef Beck wobec Niemców w odniesieniu do Gdańska, są dla Zychowicza wręcz zbrodnią stanu, a nie błahostką porównywalną z polsko-ukraińską sprzeczką o Lwów?

Zychowicz nie wie chyba, jak wielką legendą obrosły w II RP Orlęta Lwowskie, które „kłóciły” się z Ukraińcami, dziwnym trafem nie zamierzając budować wielonarodowej Rzeczypospolitej rodem z XVIII wieku. A może wie, tylko po prostu stosuje różne kryteria wobec identycznych niemal sytuacji. Tymczasem, nie da się wyjąć Kresów Wschodnich z ogólnych tendencji historycznych, jakimi było powstanie narodów o charakterze masowym. To nie wina Dmowskiego i endeków, których tak nie lubi Zychowicz , przeciwstawiając ich rzekomą krótkowzroczność genialnemu jakoby Piłsudskiemu. Dziś jednak to właśnie „patriotyzm Polski etnicznej”, jak średnio udanie ujmuje to zjawisko Zychowicz, każe nam z najwyższą troską i uwagą odnosić się do interesów Polaków na Litwie, Białorusi czy Ukrainie.

Dowód swojego „realizmu” w odniesieniu do terytorium Europy Wschodniej dał Zychowicz, udzielając w roku 2012 wywiadu polskojęzycznemu, litewskiemu portalowi Delfi.lt: „Jeśli spojrzymy na ostatnie wydarzenia historyczne to sytuacja jest taka, że z jednej strony jest niemiecki młot, a z drugiej rosyjskie kowadło. I między nimi jest 6 narodów: my, Litwini, Białorusini, Ukraińcy, Łotysze i Estończycy. W naszym interesie narodowym jest połączyć siły. Bo ta przestrzeń jest narażona na wpływy obu tych sąsiadów […] Tego najbardziej boi się Rosja” oraz:„[…] jestem przekonany, że w kieszeni Moskwy siedzą ukraińscy nacjonaliści i również polscy nacjonaliści, którzy uważają, że nie ma co rozmawiać z tymi obrzydliwymi Litwinami czy Ukraińcami: bo to są ludzie niższej kategorii, młodsi bracia, z którymi nie ma co robić żadnych sojuszy. Dla mnie tacy ludzie albo są agentami Moskwy, albo są pożytecznymi idiotami”.

A więc nacjonalizm – bez różnicy, czy polski czy ukraiński – jest największym złem. Porównanie jest nie tylko ahistoryczne, ale zwyczajnie obraźliwe i ciekawe, czy Zychowicz ogłosiłby je dziś, w roku 2017, gdy o Wołyniu i źródłach tej zbrodni mówi się dużo bardziej otwarcie i zgodnie z faktami. Warto zresztą dodać, że w powojennym periodyku „Wiadomości” w artykule pt. „Międzymorze” (nr 278 z 29 lipca 1951 roku) Cat-Mackiewicz jednoznacznie krytykuje tę koncepcję jako nierealistyczną: „Branie mapy , przeprowadzanie na niej ołówkiem jakichś linii nie może jeszcze dawać podstawy do żadnych politycznych kombinacji. W ten sposób można wykreślić także linię od Abisynii pod Częstochowę, wymyślić nazwę: „Czarno-Białe” i twierdzić, że się stworzyło jakiś system koalicji kulturalno-polityczno-obronnych. Żeby udowodnić, że dane narody powinny się sprzymierzyć, należy przede wszystkim udowodnić, że istnieje tu jakaś więź wspólnych możliwości obronnych. Otóż pomiędzy Grecją a Estonią nie ma oczywiście takiej więzi”.

Zresztą, w najnowszym numerze „Do Rzeczy” znajduje się inny tekst Zychowicza, jest to recenzja książki dotyczącej tragedii niemieckiej mieszkańców Elbląga zajmowanego przez Armię Czerwoną. Recenzja kończy się konstatacją: „Tomasz Gliniecki [autor recenzowanej książki – T.J.] pisze o tych potwornościach tak, jak należy – czyli z empatią i współczuciem. Jego książka jest odtrutką na sowiecką propagandę. A także na nacjonalistyczną indoktrynację, która każe nam odczuwać satysfakcję z powodu cierpień bliźnich tylko dlatego, że mówili innym językiem niż my”. Zważywszy na to, że Zychowicz zwraca się do czytelnika polskiego, musi być to ostrzeżenie przed nacjonalizmem w rodzimym wydaniu. Oznacza to, że Zychowicz w ogóle nie rozumie istoty polskiego nacjonalizmu lub opisuje go ze złą wolą. Nie ma trzeciej możliwości.

Zacznijmy od końca – zasadniczo katolicki nacjonalizm polski nie bagatelizuje ani nie każe odczuwać satysfakcji z czyjegokolwiek cierpienia. W przypadku gwałconych niemieckich kobiet zElbląga współczujemy im nie dlatego bądź pomimo tego, że są Niemkami, współczujemy zaś dlatego, że były ludźmi. W jakim istotnym tekście źródłowym przynależnym do polskiego nacjonalizmu Zychowicz znalazł nawoływanie do satysfakcji z powodu zbrodni na innych narodach? Dla odmiany – warto zapoznać się jednak z poglądami samego Romana Dmowskiego na kulturę niemiecką. Jest to o tyle istotne, że jego aprobata dla osiągnięć Niemców szła w parze z ich oceną jako głównego niebezpieczeństwa dla narodowego bytu Polaków. Zychowicz zdaje się nie mieć o tych istotnych faktach żadnego pojęcia.

Po drugie, polscy nacjonaliści, narodowcy czy jak ich tam inaczej nazywać, nie wykazują żadnego poczucia wyższości wobec Litwinów czy Ukraińców, nie uważają ich też ani za młodszych, ani w ogóle za jakichkolwiek – jak to ujmuje Zychowicz – „braci”. Jest zupełnie odwrotnie – to właśnie zauważanie możliwości lituanizacji na Wileńszczyźnie czy też dostrzeganie dynamiki ukraińskiego nacjonalizmu nakazuje doceniać skuteczność polityki naszych wschodnich sąsiadów, którzy również nie mają ochoty na żadne zychowiczowe„braterstwo”. To właśnie „patriotyzm Polski etnicznej” nakazuje bić na alarm, gdy realnie zagrożona jest mniejszość polska na Litwie – nasi najprawdziwsi rodacy i bracia – lub gdy na Ukrainie fałszuje się historię.

Ponownie jednak wróćmy do Dmowskiego – uważał on, że Ukraińcy muszą przejść drogą taką jak każdy inny naród, aby w ich zasięgu znalazła się niepodległość polityczna: „Jeżeli Rusini [Ukraińcy] mają zostać Polakami, to trzeba ich polonizować; jeżeli zaś mają zostać samoistnym, zdolnym do życia i walki narodem ruskim [ukraińskim], trzeba im kazać zdobywać drogą ciężkich wysiłków to, co chcą mieć, kazać im hartować się w ogniu walki” – pisał Dmowski, który nie przewidywał żadnej taryfy ulgowej dla Ukraińców, ale nie traktował ich zarazem z góry.

Co ma do zaoferowania Zychowicz? – mit wielonarodowej Rzeczypospolitej i ignorowanie skutków nieodwracalnychprocesów historycznych trwających co najmniej od XIX wieku, a zakończonych już dawno temu. Z całym szacunkiem, ale gdyby dało się sklecić z państw narodowych w Europie Wschodniej jakikolwiek organizm polityczny, to wpadliby na to starsi i mądrzejsi od Zychowicza. Starsi i mądrzejsi od Zychowicza próbowali też nawet wcielić ten pomysł w życie, ale nikt nie miał ochoty się z Polską federować. Zychowiczowi zaś wydaje się, że jak pozwoli sobie na historyczne wspominki Pierwszej Rzeczypospolitej, to sprzeczności narodowych interesów znikną jak ręką odjął.

Pozorny realizm Zychowicza jest o tyle groźny, że powierzchownie bardzo atrakcyjny. Zarówno myśl Bocheńskiego z dzieła „Z dziejów głupoty w Polsce” o tym, że Polska nie może sobie pozwolić na jednoczesny konflikt z Rosją i Niemcami, jak i afirmacja postaci margrabiego Wielopolskiego wyglądają bardzo zachęcająco.

A jednak Zychowicz nie zauważa, że to nie Józef Piłsudski, ale Roman Dmowski jest zdecydowanie bliższy postaci margrabiego. Przede wszystkim oparcie o Rosję jako zaborcy, od którego można było najwięcej ugrać i postrzeganie Niemiec jako główne zagrożenie jest wspólne tak Wielopolskiemu, jak i Romanowi Dmowskiemu. Pogodzenie konserwatywnego realizmu Wielopolskiego i romantycznego prometeizmu Piłsudskiego (i tak dalece bardziej realistycznego niż u jego naśladowców z PiS-u) jest niemożliwe. Co więcej, kult „moralnych zwycięstw” – tak krytykowanych przez Zychowicza – to właśnie wątpliwa zasługa Marszałka, który deifikował wręcz Powstanie Styczniowe. A przecież ten bezsensowny zryw zniszczył dzieło Wielopolskiego. Jak więc może być ktoś taki jak Piłsudski patronem realizmu politycznego w odniesieniu do Europy Wschodniej i – na dobrą sprawę – do czegokolwiek?

Wreszcie, Zychowicz pisze, że „Polska znajduje się obecnie w stanie konfliktu z Rosją”. Szkoda, że nie dodał, iż na własne życzenie. MSZ pod kierownictwem Waszczykowskiego nie odpuszcza żadnej okazji, by upominać się – jakież to piękne i szlachetne! – o ukraiński Krym. Można więc powiedzieć, że polityka obecnego rządu obrała sobie za cel utrzymywanie konfliktu z Rosją. Polityka polska opiera się bowiem o założenie, że konflikt z Rosją jest stały. Nie można więc stwierdzić braku tegoż konfliktu, gdyż wyczerpałaby się wówczas treść polskiej polityki.

O Krymie jednak nie warto przypominać nazbyt często – bo jeszcze komuś nieśmiało może się wymsknąć, że przecież nie walczy o niego sama Ukraina, chociaż podobno zajął go ten sam agresor, z którym toczy ona walki w Donbasie. Jest jednak zawsze na podorędziu „wojna informacyjna”, „wojna hybrydowa”, a nawet „hybrydowa wojna informacyjna”.

Jesteśmy więc w stanie wojny z Rosją – bo przecież jakąś wojnę z nią toczyć musimy – polega ona na tym, że Rosja wpływa na polską opinię publiczną. I tu dochodzimy do sedna, bo przecież identycznie i dużo skuteczniej postępują w tym względzie Niemcy, to Niemcy mają tu liczne fundacje i think-tanki duraczące ludność tubylczą, to Niemcy wykupiły rynek mediów, w ostatnim „Do Rzeczy” jest zresztą artykuł o wyśrubowanych nomach unijnych dotyczących obszarów chronionych w ramach programu Natura 2000. Ten ostatni utrudnia znacząco wykorzystanie polskich rzek dla żeglugi śródlądowej i transportu, na czym korzystają oczywiście Niemcy. To właśnie Berlin był najbardziej zainteresowany Nord Streamem i zablokowaniem podejścia do portu w Świnoujściu.

Zychowicz, przeciwny konfrontacji z Rosją i Niemcami jednocześnie, uznaje jednak Republikę Federalną nie tylko za „najważniejszego obecnie sojusznika”, ale i za „partnera”(!) Ten jego wniosek właściwie wyczerpuje temat związków publicysty i historyka z realizmem. Jeśli bowiem Niemcy robią dokładnie to samo, o co obwinia się Rosję, a jednocześnie stosują szereg narzędzi dodatkowo uszczuplających naszą suwerenność, to stawianie Federacji Rosyjskiej w roli wroga numer jeden jest składaniem hołdu nie tradycji realizmu, a będącej jej przeciwieństwem tradycji mesjanizmu i prometeizmu.

Wspomniany wcześniej Bocheński pisał w dziele „Z dziejów głupoty w Polsce”, że przed naszym krajem staje wybór – albo bronimy Kresów Wschodnich przed Rosją wraz z Niemcami, albo Kresów Zachodnich przed Niemcami wraz z Rosją. Pierwsza opcja jest o tyle nieaktualna, że Rosja nie jest posiadaczem naszych Kresów ani nawet głównym zagrożeniem dla pozostałych tam Polaków. Z kolei z opcji drugiej Moskwa sama abdykowała, wycofując z Polski wojska w roku 1993. To, że udało nam się przejść z jednego bloku geopolitycznego do drugiego i to bez zmian terytorialnych, zawdzięczamy szeregowi sprzyjających i rzadko spotykanych okoliczności. Błędem jest jednak twierdzenie, że wyświadczono nam uprzejmość za darmo.

Jednocześnie przykład podporządkowania Polski Niemcom świadczy o tym, że dziś nie toczy się w naszej części kontynentu walka o bezpośrednie, polityczne władanie danym terytorium. Szereg instrumentów można zastosować w podobnych celach, ale zupełnie innymi metodami. Rosjanie niewątpliwie utrzymują tu swoją agenturę, podobnie Niemcy czy Amerykanie, szczególnie po zawitaniu US Army nad Wisłę. I na pewno Rosjanie są profesjonalistami na tyle, że niezbyt odkrywcze twierdzenia o niesprecyzowanej wojnie hybrydowej bądź informacyjnej nie są sposobem na zdemaskowanie ich niejawnej obecności w naszym kraju. Niemniej, to nie Rosja dziś dysponuje zasobami, które stawiają pod znakiem zapytania niepodległość państwa polskiego, o ile rozumiemy ją nie tylko formalistycznie. To nie Rosja narzuca Polsce warunki, które utrwalają jej peryferyjny status państwa kolonizowanego. Godzenie się na niemiecką dominację można uzasadnić jedynie posiłkując się stworzoną na użytek tej polityki „rosyjską agresją”.

Tymczasem, Polsce nie grożą żadne rosyjskie „zielone ludziki” w wojskowych uniformach. Terytorium Polski jest Rosji do niczego niepotrzebne, co innego Niemcy, którzy mają nad Wisłą kluczowe interesy. Coraz trudniej zresztą ukryć, że przeciwko polskiej suwerenności mobilizują oni całą machinę polityczno-gospodarczo-medialną.

„Opcja rosyjska” ma z kolei tę zaletę, że Moskwa nie tylko nie ma u nas takich jak Niemcy możliwości, ale i tak ambitnych wobec naszego kraju celów. Niszczenie czy „tylko” zajmowanie Polski, która płaci Rosjanom najwyższe w Europie ceny za gaz, nie ma z perspektywy Kremla większego sensu. Nawet nawoływania ministra spraw zagranicznych do oddania Krymu nie zmienią zasadniczego stosunku Moskwy do Polski, równie niewielkie znaczenie ma symboliczna obecność żołnierzy USA na naszym terytorium, którą tak zachwycają się dygnitarze „wschodniej flanki” – jak ochrzczono niedawno Rzeczpospolitą. Jedynie zgłoszenie się na ochotnika na misję samobójczą, by zbudować tu amerykańską tarczę antyrakietową, może się skończyć tragicznie, ale kogo to wówczas obejdzie? Z drugiej strony – czyż nie byłoby to piękne i bohaterskie uwiarygodnienie własnych wyobrażeń o „agresywnej Rosji”?

Warto, żeby fakty te uświadamiał sobie nie tylko Piotr Zychowicz, ale też ci, od których próbuje się on odróżnić swoim rzekomym realizmem. Na razie, mimo zewnętrznych różnic, dotychczasowi antagoniści znajdują się wciąż w tym samym obozie.

Tomasz Jasiński

Reklama



3 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz

  1. beresteczko1651 :

    Co do Zychowicza, to na podstawie jego kilku wypowiedzi uważam, że cierpi on na typowe dla większości polskich inteligentów odgrywających obecnie jakąś rolę czy to w polityce czy innych aspektach życia społecznego rozdwojenie a mianowicie równocześnie boi się Rosji i nią pogardza. Taki stosunek wprawdzie daje się wytłumaczyć ale nie daje się zaakceptować u kogoś, kto pragnie uchodzić za pragmatyka i realistę. Opieranie polityki zagranicznej na emocjach nie prowadzi do niczego dobrego – w przypadku Polski jest to między innymi całkowicie pozbawiony realizmu plan jakichś aliansów z Litwą czy Ukrainą, przy czym nie trzeba być szczególnie przenikliwym, żeby zauważyć gdzie oba te kraje mają owe alianse. Z Rosją nie trzeba się ściskać, wystarczy podzielić się z nią wpływami na Ukrainie i w Republikach Nadbałtyckich w sposób satysfakcjonujący dla Polski i Rosji, co zapewni obu tym krajem poczucie względnego komfortu, bezpieczeństwa i możliwość robienia interesów, także między sobą. A że kosztem państw trzecich – a kogo to obchodzi?