Był dla mnie jak ojciec

W domku, w którym odbyło się to przekazanie zebrało się kilka osób, które przyszły po raz ostatni w życiu zobaczyć kapłana i oddać mu monstrancję oraz mszały.

Gdy ks. Ludwik Kamilewski odwiedza Połonne, z okolic którego wywodzi się jego rodzina, zawsze odwiedza cmentarz w tej miejscowości. To miejsce dla niego szczególnie ważne. I to nie tylko dlatego, że spoczywają tu przodkowie z leżącego koło Żytomierza szlacheckiego zaścianka. W kaplicy na tym cmentarzu został ochrzczony jako dziecko przez ks. Antoniego Chomickiego, który dopiero co wrócił z zesłania. Tutaj także spoczywa jego duchowy ojciec i wychowawca – ks. Andrzej Gładysiewicz. Ks. Ludwik nie urodził się w Połonnem, ale w 1946 r. w Andriejewce w rejonie Szortandy, w obwodzie akmolińskim w Kazachstanie. Jego rodzina jak tysiące innych już w 1936 r. została wywieziona do Kazachstanu i płacąc za przywiązanie do wiary i Kościoła spędziła w nim bite 12 lat.

– Gdy rodzicom udało się wrócić do Połonnego musieli się tułać i szukać dachu nad głową – mówi ks. Ludwik Kamilewski – Domu i ziemi im nie zwrócono. W Połonnem zasadniczo też zmieniła się sytuacja. Polskość w znacznej mierze została zniszczona, przestała istnieć cała polska elita, która najzwyczajniej została wymordowana. Ludzie byli zastraszeni. Ci, co wrócili z Kazachstanu, bali się mówić po polsku. Nawet ci, co jakoś operowali tym językiem niewiele o „polskości” wiedzieli. Na dzieci wywierano ogromną presję. Starano się je wychowywać na rasowych sowieckich ludzi, niewierzących w Boga i mających za nic tradycyjne wartości. Kto wie, może gdyby nie ksiądz Andrzej, ja też stałbym się zażartym komsomolcem. Dlatego też nie dziwię się postawie niektórych księży katolickich na Ukrainie, którzy są wrogami polskości i uważają, że tu jest Ukraina i wszystko w kościele ma być po ukraińsku. Ich o polskości najzwyczajniej nikt nic nie nauczył. Traktują ją jako swoisty garb, którego trzeba się pozbyć. Ja jak tylko zostałem wikarym o. Rafała Kiernickiego, proboszcza katedry we Lwowie, ten od razu uznał, że trzeba mnie doedukować. Pomimo, że mieliśmy masę pracy (jako jedyni księża we Lwowie), to oświadczył, że znajdzie dla mnie nauczycielkę, która nauczy mnie płynnie i poprawnie mówić po polsku i przerobi ze mną kurs historii Polski i literatury. Dopiero wtedy stanę się pełnowartościowym kapłanem, który będzie mógł posługiwać tutejszym wiernym uważającym się za Polaków. Jak o. Rafał obiecał, tak też uczynił. Przez wiele miesięcy pod opieką nauczycielki uczyłem się poprawnie nie tylko mówić po polsku, ale czytać i pisać, a następnie uczyć się historii i pochłaniać polską klasykę. Przeczytałem wiele dzieła Mickiewicza, Słowackiego i oczywiście Sienkiewicza. Obecnie zaś na parafie przychodzą młodzi księża, bezpośrednio po seminarium, którzy od razu zostają proboszczami, a którzy nie mieli szczęścia spotkać na swojej drodze proboszcza tej miary co ojciec Rafał czy ksiądz Andrzej.

Zawdzięcza księdzu Andrzejowi

Swoje powołanie ks. Ludwik zawdzięcza ks. Andrzejowi Gładysiewiczowi, któremu towarzyszył przez wiele lat, pomagając w pracy duszpasterskiej. Dzięki niemu nie tylko zdobył solidne podstawy wiedzy religijnej, ale uodpornił się na wszystkie możliwe naciski. Gdy po wielu zabiegach udało mu się dostać do Seminarium Duchownego w Rydze, należał do pierwszej grupy kandydatów do kapłaństwa, przyjętych do tej uczelni z Ukrainy. O tym, że byli to kandydaci wybitni świadczy fakt, że z czterech z nich dwóch czyli Marcjan Trofimiak i Bronisław Biernacki zostało w niepodległej Ukrainie biskupami – ordynariuszami.

Ksiądz Ludwik miał oczywiście na swojej drodze do kapłaństwa chwile zwątpień. Udało mu się wytrwać dzięki ks. Andrzejowi Głądysiewiczowi.

– Po półrocznym pobycie w seminarium w Rydze uznałem, że nie dam rady- wspomina ks. Ludwik. – Wszystkie wykłady odbywały się po łotewsku i łacinie, a tylko egzaminy mogliśmy zdawać po rosyjsku lub po polsku, jeżeli tylko mieliśmy się z czego przygotować. Dla mnie system ten stanowił straszną mękę. Niewiele treści byłem sobie w stanie przyswoić. Przyjechałem do ks. Andrzeja i mówię, że ja chyba odejdę z seminarium. On kazał mi usiąść i spokojnie zapytał – dlaczego? Myślał, że moja dziewczyna nie daje mi spokoju i chce, bym wystąpił z seminarium. Odpowiedziałem, że z dziewczyną sobie już poradziłem, ale po prostu nie nadążam za systemem kształcenia w seminarium. Wtedy on złapał się za głowę i zaczął mnie błagać – Ludwik wytrwaj! Widzisz, jaka jest sytuacja. My, starzy księża rychło odejdziemy i kto nas zastąpi. Widzisz zaś, ilu ludzi garnie się do kościoła. Kto będzie im służył? – Cóż było robić, zacisnąłem zęby i wytrwałem… Gdy przyjeżdżałem do Połonnego na wakacje, od razu meldowałem się u księdza Andrzeja do pomocy. Po powrocie do seminarium rektor zawsze mnie pytał – gdzie ty był? Co robiłeś, że masz takie worki pod oczami? Ja cię wysłałem na odpoczynek, a nie do roboty. Tłumaczyłem, że pomagałem swojemu proboszczowi ks. Andrzejowi Gładysiewiczowi. Musiałem mu podziękować za pomoc materialną i stałą modlitwę w mojej intencji, bez której nie dotrwałbym pewnie do święceń…

Poszedł do Lwowa

Po święceniach w 1974 r. ks. Ludwik chciał pracować w Połonnem, ale większa potrzeba była we Lwowie. Ojciec Rafał Kiernicki nie dawał sobie rady z ogromna masą wiernych, bo zdrowie mu szwankowało. Trzeba było go wspomóc. Ksiądz Andrzej pozostał dla mnie wzorem świętego kapłana, stanowiący nieosiągalny wręcz przykład do naśladowania. – W początkach mojej pracy we Lwowie ojciec Rafał miał nawet do mnie pretensje. Co rusz bowiem mówisz o ks. Andrzeju i co on w takiej sytuacji by zrobił.

Posługa ks. Ludwika we Lwowie zaczęła się od rozmowy w gabinecie pełnomocnika d.s. religii. Dowiedział się podczas niej, że o. Rafał Kiernicki, to nie żaden ksiądz, tylko „pułkownik polskiej razwiedki”. Gdy powiedział o tym o. Rafałowi, ten tylko uśmiechnął się. Później przy okazji przyznał się, ze był oficerem AK. W toku rozmowy powiedział, że od października 1939 r. należał do polskiej konspiracji pod pseudonimem „Dziunio” i był szefem Wydziału V/K Inspektoratu Lwów. W 1944 r. został aresztowany przez sowiecką służbę „Smiersz”. Początkowo był traktowany jako jeniec AK. W obozach, których zaliczył kilka prowadził dla współjeńców ukrytą działalność duszpasterską. Udzielał sakramentów i organizował dla uwięzionych współtowarzyszy kursy religijne. W 1948 r. został zwolniony. Wrócił do Lwowa, w którym do 1958r. proboszczował katedrze. Później odebrano mu sprawkę i do 1965 r. pełnił funkcję stróża w Parku Stryjskim, wykonując jednocześnie w podziemiu funkcje kapłańskie. W 1965 r. pozwolono mu wrócić do katedry gdzie pracował niezwykle ofiarnie. Służył nie tylko Polakom, ale także Ukraińcom grekokatolikom.

Ja bym tak nie zrobił

– W kontaktach ze mną zachowywał się jak ojciec, ale jednocześnie, co mnie trochę denerwowało, starał się przestrzegać mnie przed nadmierną aktywnością – wspomona ks. Ludwik. – Niczego nie zabraniał, ale mówił – ja bym tak nie zrobił! Czasami mnie to denerwowało. Uważałem, że ksiądz Andrzej zrobiłby inaczej. Życie nauczyło mnie jednak pokory. Kiedyś zgłosili się do mnie Polacy mieszkający na wsi k/Żółkwi. Mówili, że mieszka tam wielu starszych ludzi, którzy nie są w stanie ze względu na wiek przyjechać do katedry, by się wyspowiadać i przyjąć Komunię św. Obiecałem im, że przyjadę. Wcześniej powiedziałem o tym o. Rafałowi, ale ten zmarszczył brwi i powiedział – ja bym tak nie zrobił. Wyjazdu mi jednak nie zabronił. Pojechałem do Żółkwi autobusem, wtedy jeszcze przechrzczonej na Niestierow. Tam na dworcu odebrali mnie wierni i zawieźli do wsi. Zacząłem chodzić od chaty do chaty i zakończyłem swoją posługę późnym wieczorem. Gdy byłem przy ostatniej chacie, podjechały dwa milicyjne radiowozy. Bez pytania zostałem wsadzony do jednego z nich i zawieziony do siedziby rady wiejskiej. Tam szybko przyjechał dyżurny kagiebista z Zółkwi – Niestierowa, który myślał, że udało mu się złapać podziemnego biskupa. Okazało się, że KGB miało informacje, ze w okolicy Lwowa przez kilka dni będzie odwiedzał skupiska katolików „podziemny biskup” i uczuliło na tę okoliczność swoich szpicli. Rano zawieźli mnie do Żółkwi i wezwali ze Lwowa pełnomocnika d.s. religii. Przesłuchiwali mnie od rana do trzeciej po południu, po czym zwolniono z wyraźnym ostrzeżeniem, że jak mi się to jeszcze raz zdarzy, to mi odbiorą „sprawkę”. Wieczorem przyjechałem do katedry, gdzie o. Rafał od razu zapytał – gdzie ksiądz był? Opowiedziałem mu wszystko, a on do mnie z wyrzutem – przecież mówiłem, że bym tego nie robił. To jeszcze nie był koniec sprawy. Po tygodniu ponownie wezwał mnie pełnomocnik, który oświadczył, że mogę wyjeżdżać poza Lwów wyłącznie za jego zgodą. By ją uzyskać,wierni mieli wystąpić do niego o zezwolenie. Ojciec Rafał nie chciał się na to absolutnie zgodzić. Uważał, ze będzie to początek infiltracji środowiska wiernych… Zabronił mi wyjeżdżać za Lwów i ostatecznie sprawa rozeszła się po kościach…

Podziemny biskup

Pracując 17 lat we Lwowie ks. Ludwik zebrał tyle doświadczeń, że jeżeli tylko chciałby się nimi podzielić, byłby prawdziwą kopalnią wiedzy o historii Kościoła rzymskokatolickiego we Lwowie. Pytany o różne sprawy uśmiecha się tylko i mówi – jeszcze nie czas. Znał m.in. podziemnego biskupa Jana Cieńskiego, pracującego formalnie jako proboszcz w Złoczowie. Zdawał też sobie sprawę, że drugim biskupem jest jego bezpośredni proboszcz czyli o. Rafał Kiernicki.

– On jednak się nie zdradzał – wspomina ks. Ludwik. – Nawet w kontaktach ze mną nigdy nie używał swojej jurysdykcji biskupiej. Jeżeli ja byłem pouczany czy dyscyplinowany, to tylko przez biskupa Cieńskiego. Poznałem go przypadkowo u ks. Rafała. Myślałem, że jest to jakiś kapłan, który przyjechał go odwiedzić. Zdziwiłem się , gdy porosił mnie do pomieszczenia na uboczu, wyjął Ewangelię i kazał przysiąc na nią, że nie ujawnię tego, co za chwilę mi powie. Gdy złożyłem przysięgę oświadczył, że jest biskupem wyświęconym przez kardynała Stefana Wyszyńskiego. Bym nie miał żadnych wątpliwości, także przysiągł na Ewangelię, że mówi prawdę. Powiedział też, że nie może się ujawnić , bo zostałby aresztowany i swoje obowiązki musi wykonywać w podziemiu.

Ksiądz Ludwik uśmiecha się, wspominając bp Cieńskiego. Nie był on bowiem biskupem malowanym, ale hierarchą starającym się dbać, by księża pracujący na Zachodniej Ukrainie czuli się cząstką Kościoła powszechnego i twardo trwali na kapłańskim posterunku.

– Kiedyś np. po Mszy św. ubrałem się w gotycki ornat, który przywiozłem sobie z Rygi – wspomina. – W kilka dni później przyjeżdża ks. Cieński, odwołuje mnie na bok i pyta z wyrzutem – słyszałem, że odprawiałeś Mszę św. w prawosławnym ornacie? – Zaprzeczyłem i pokazałem mu ornat. Pokiwał głowa i uznał, że jest on bardzo podobny do prawosławnego i absolutnie nie mogę w nim odprawiać. Mam to czynić w ornacie romańskim, jak robi to ks. Rafał…

Ciągnąć za język

Księdza Ludwika trzeba niestety ciągnąc za język, by zdradził więcej szczegółów swojej pracy u boku księdza Rafała, czy o kontaktach z podziemnym księdzem wyświęconym przez kard. Wyszyńskiego mikrobiologiem prof. Franciszkiem Mosingiem, który potrafił leczyć ciało i duszę, a także potajemnie kształcił kapłanów. Pomniejsza on z reguły zasługi swojej osoby, ale to on był na pierwszej linii w obwodzie lwowskim, gdy rozpadał się Związek Sowiecki i zaistniała szansa odrodzenia na Ukrainie struktur Kościoła katolickiego. Brał udział w rejestracji całego szeregu tzw. dwadcatek wymaganych do rejestracji parafii i rozpoczęcia starań o odzyskanie kościołów. Jako pierwszy dzięki jego pomocy został zwrócony wiernym kościół we fredrowskich Rudkach. O. Rafał Kiernicki poświęcił go w 1989 r. Wkrótce potem odzyskane zostały w Żółkwi, Kamionce Strumiłłowej, Jaworowie, Rawie Ruskiej, Żydaczowie, Drohobyczu, Gródku Jagiellońskim, Sądowej Wiszni i Pomorzanach.

– Pracy było wtedy co niemiara – wspomina ks. Ludwik. – Zwłaszcza , gdy do Lwowa zaczął przyjeżdżać z Lubaczowa bp Jaworski, obecny emerytowany kardynał i metropolita lwowski Marian Jaworski. Gdy tylko mnie spotkał, niemalże prosił – Ludwik otwieraj, otwieraj jak najwięcej kościołów, bo musimy pokazać Stolicy Apostolskiej , że są tu wierni i trzeba wznowić działalność archidiecezji. Gdzie tylko się dało, gdzie przetrwali wierni, rejestrowaliśmy parafię i rozpoczęliśmy starania o odzyskanie kościoła lub o uzyskanie zgody na jego budowę. W sumie na Lwowszczyźnie powstało 54 parafii. Zawsze jako kapłan żyjący i pracujący na tych terenach widziałem, jaką krzywdę ponieśli Polacy, którzy tu pozostali, którym odebrano wiarę, język i ojczyznę i wobec to uważałem za swój obowiązek w miarę możliwości wynagrodzić, udostępniając im możliwość uczestniczenia w normalnym życiu Kościoła i przywróceniu tożsamości narodowej. Dlatego też nigdy nie żałowałem swoich sił, by odrodzić jak najwięcej parafii. Gdy sytuacja Kościoła na Ukrainie ustabilizowała się i utworzono trzy diecezje, arcybiskup Jaworski uznał, że coś trzeba zrobić z diecezją łucką, na terenie której nie było żadnego czynnego kościoła i zdawało się, że katolicyzm został całkowicie wykarczowany. Zaprosił mnie do siebie, wyłożył całą sprawę i zapytał – pojedziesz? Nie wahałem się ani chwili i odpowiedziałem – pojadę! Dlaczego? Ochrzcił mnie ks. Antoni Chomicki, bardzo związany z Wołyniem, a wychował ks. Andrzej Gładysiewicz także z nim związany, który za posługę na Wołyniu zapłacił zesłaniem na Sybir. W 1962 r. towarzyszyłem też ks. Andrzejowi w wyprawie do Łucka. Kilku stojących nad grobem staruszków porosiło go, by zabrał od nich przechowywane kościelne wyposażenie. Twierdzili, że wkrótce umrą i to, co udało im się uratować z katedry może ktoś wyrzucić. A jemu to wyposażenie może się przydać. W domku, w którym odbyło się to przekazanie zebrało się kilka osób, które przyszły po raz ostatni w życiu zobaczyć kapłana i oddać mu monstrancję oraz mszały. Dla tych ludzi była to prawdziwa tragedia. Ksiądz Andrzej strasznie to przeżył. Miał odczucie, że uczestniczy w ostatecznym pogrzebie Kościoła rzymskokatolickiego na Wołyniu.

Od odzyskania katedry

Ksiądz Kamilewski zaczął swoją działalność od walki o odzyskanie łuckiej katedry, w której mieściło się muzeum ateizmu, o czym informowała umieszczona na nim tablica. W Łucku została już zarejestrowana parafia i wierni modlili się w bocznej kaplicy.

– Był to jednak dopiero początek – wspomina ks. Ludwik. – Należało odzyskać jeszcze całą świątynię, co wiązało się z koniecznością wyprowadzenia muzeum, w którym pracowało 70 osób. Miejscowe władze niedwuznacznie dawały do zrozumienia, że oddadzą katedrę, jeżeli tylko znajdziemy dla placówki pomieszczenia zastępcze. Zaprosił mnie na rozmowę głowa tamtejszej administracji, który dziwił się, że chcemy odzyskać katedrę. Po ludzku rzecz biorąc miał rację. Wyliczył, że w katedralnej parafii jest nie więcej jak pięćdziesiąt starych babek, które nie śmierdzą groszem, a katedra jest w fatalnym stanie i trzeba ją natychmiast remontować, bo inaczej się zawali. Odpowiedziałem mu na wariata, żeby nie martwił się za nas, my sobie radę damy i po pomoc do niego na pewno nie przyjdziemy. Niech nam tylko oddadzą katedrę. Kręcił głową z niedowierzaniem. Kiedy od niego wyszedłem, sam się przeraziłem tego, co powiedziałem. Nie miałem przecież żadnych środków na rozpoczęcie prac restauracyjnych. Ufałem jednak, że Pan Bóg nas nie opuści… i nie opuścił. Nie minął rok, a katedra została odzyskana i poświęcona. Do końca życia będę pamiętał zachowanie ludzi, którzy przyszli na pierwszą Mszę św. w całkowicie odzyskanej świątyni. Padali na kolana, całowali posadzkę świątyni, kładli się krzyżem, jak gdyby mając świadomość, że uczestniczą w cudzie.

Równie szybko co z katedrą poszło ks. Kamilewskiemu z wieloma kościołami w dekanacie łuckim, czyli w całym obwodzie wołyńskim. (W obwodzie rówieńskim rolę tę odegrał ks. Antoni Andruszczyszyn). Przy otwieraniu zamkniętych świątyń wołyńskich często dochodziło do humorystycznych sytuacji. Wierni ze zdumienia przecierali oczy, gdy widzieli, kto towarzyszy księdzu. Byli to zazwyczaj ludzie z wydziału architektury i wyznań, którzy jeszcze niedawno głowili się, jak zagospodarować budynki kościelne, by już nigdy nikomu nie przyszło do głowy ich odzyskiwać. W jednym przypadku ks. Ludwikowi udało się odzyskać kościół dosłownie w ostatnim momencie. Jest z tego bardzo dumny, bo i uratowana świątynia jest nie byle jaka. Rzecz idzie bowiem o monumentalną kolegiatę w radziwiłłowskiej Ołyce.

Ratowanie Ołyki

Władze chciały ją wyremontować jako cenny zabytek – wspomina – Zdjęły z niej dach, ale później z braku środków zarzuciły swą koncepcję i ogromna świątynia stała bez dachu. Jej zawalenie się było tylko kwestią czasu. Bez nakrycia wytrzymałaby najwyżej dwa lata. Wtedy do Łucka przyjechał przedstawiciel Stowarzyszenia „Wspólnota Polska” profesor Ryszard Brykowski. Zawiozłem go do Ołyki. On też się przeraził stanem kolegiaty. Zaczął obliczać, ile by kosztowało wykonanie dachu świątyni. Wtedy bez liczenia powiedziałem, że jak załatwi 3 tys. dolarów, to my przykryjemy. Początkowo myślał, że żartuję. To była niewielka kwota. Szybko ją załatwił i nakryliśmy świątynię, ratując przed zniszczeniem.

Zdarzenia te ks. Ludwik wspomina z rozrzewnieniem, choć bynajmniej nie uważa się za bohatera. Uważa tylko, że był narzędzie Wyższej Siły.

– Moja posługa na Wołyniu w początkach lat dziewięćdziesiątych obfitowała w tyle nadzwyczajnych zdarzeń, że nie ma co o nich mówić, bo nikt by nie uwierzył – podkreśla – Ja sam bym nie uwierzył, gdyby mi ktoś opowiadał. Przez Łuck przejeżdżali np. przedstawiciele niemieckiej fundacji, która w Polsce pomagała m. in. proboszczowi parafii św. Brygidy w Gdańsku – ks. Prałatowi Henrykowi Jankowskiemu i popsuł się im samochód. Zanocowali u nas i dalej już nie pojechali. Uznali, ze jesteśmy tak biedni, że trzeba nam pomagać. Wiele im Wołyń zawdzięcza.

Na Wołyniu ks. Kamilewski jako dziekan dekanatu w Łuck przepracował kilka lat przygotowując wskrzeszenie diecezji łuckiej. To on przybił na budynku kurii tablicę z napisem „Kuria Diecezjalna w Łucku”, zanim jeszcze oficjalnie zapadła decyzja o jej wskrzeszeniu. Gdy jej ordynariuszem został jego dawny kolega z Seminarium Duchownego w Rydze bp Marian Trofimiak, odszedł z diecezji do Żytomierza, gdzie czuł się bardziej potrzebny. Został proboszczem katedry św. Zofii i dziekanem Żytomierza. Z proboszczowania szybko zrezygnował. Postanowił wrócić na duszpasterski front i zająć się odradzaniem kolejnych parafii, by ci, którym odebrano wiarę , język i ojczyznę mogli odzyskać chociaż jakąś część swojej tożsamości.

Marek A. Koprowski




Zbierzmy 1000 stałych darczyńców i wyłączmy wszystkie zewnętrzne reklamy na Kresach. Pomóż nam zbudować solidną dziennikarską platformę, publikującą ekskluzywne, wysokiej jakości informacje, opinie i analizy, utrzymującą się wyłącznie dzięki zaufaniu Czytelników.

Kresy.pl są w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje. Naszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim formom manipulacji opinią publiczną w Polsce. W dobie wojny informacyjnej nie ma zadania bardziej palącego niż odpowiedzialne wspieranie zaufanych mediów.

Wyłącz reklamy

Wesprzyj jednorazowo

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz