“Biez wodki nie razbieriosz”- czyli “bez wódki tego nie zrozumiesz”, to stare rosyjskie przysłowie, stosując które obywatele ZSRR usiłowali zrozumieć narzucony im przez Lenina i Stalina ustrój. Z niego Aleksander Topolski radzi skorzystać czytelnikom swoich wspomnień, którzy przy ich lekturze chcą zrozumieć Związek Sowiecki. Zatytułował je “Biez wodki” licząc, że czytelnik dośpiewa sobie resztę.
Autor urodził się w Horodence, leżącej w Małopolsce Wschodniej. Aresztowany podczas próby przekroczenia granicy z Rumunią, spędził ponad dwa lata w radzieckich więzieniach i łagrach, zanim udało mu się dołączyć do formującego się Drugiego Korpusu. Po wojnie ukończył architekturę na Manchester University i pracował w Anglii, Stanach Zjednoczonych, Puerto Rico i Indiach Zachodnich. Ostatecznie osiedlił się i mieszka w Kanadzie. Swoje wspomnienia dedykuje on tym, którym tak jak jemu się nie udało, którzy na zawsze zostali na nieludzkiej ziemi. Do ich napisania namówiła go zapewne żona Joan Eddis, którą traktuje jako swoją nauczycielkę, przewodniczkę, doradczynię, krytyczkę, niezrównaną redaktorkę i twardego adwersarza w semantycznych bitwach, które trwały do późnej nocy. Przyznaje także, że bez Joan nie byłoby tej książki.
Generalnie rzecz biorąc książka Aleksandra Topolskiego, to podróż przez wojenną Rosję widzianą oczami młodego chłopaka zza więziennych krat i obozowych drutów. Oglądany od podszewki, radziecki system penitencjarny obnaża dramatyzm życia, rozpad więzi społecznych, upadek moralności i ogrom cierpienia zwykłych ludzi. Podkreśla on, że w ZSRR cierpieli wszyscy, nie tylko więźniowie. We wstępie pisze m.in.: „Nasi strażnicy byli słabo wykształconymi poborowymi, którzy nie mieli wpływu na to jaką pracę wykonywali. Czuli się uprzywilejowani, gdy wzywano ich do służby w NKWD, mimo, że w obozach pracy na północy ich przywileje polegały jedynie na nieco większym przydziale chleba niż dla więźniów i dodanym do tego czasem kawałeczku słoniny.”
Wielką siłą wspomnień Aleksandra Topolskiego jest też humor. Pisze on bez nienawiści czy niechęci typowej dla wielu autorów zajmujących się „sowietologią.” Na stronie 160 pisze np.: „Pewnego dnia zostaliśmy zabrani pod prysznic. Wydarzenie powitane z radością. Ostatni prysznic braliśmy w Czerniachowie, dwa miesiące wcześniej. Dwaj łaziebni byli Ukraińcami. Ze względu na strażników bali się z nami rozmawiać. Jednak dowiedzieliśmy się, że więzienie w Horodni było kiedyś klasztorem. Młodszemu z Ukraińców udało się nam powiedzieć, że pochodzi stąd i został aresztowany, bo ukradł siano z kołchozu , by nakarmić swoją krowę.
Ktoś zapytał go:
Ile za to dostałeś?
Dwa lata.
Dwa lata?
Tak. Dwa lata. Sędzia kobieta była pobłażliwa. Miałem szczęście.
Nie wiedzieliśmy, jak to rozumieć. Jeśli ktoś dostaje dwa lata za kradzież siana, to ile można dostać za próbę ucieczki ze Związku Sowieckiego?” Takich zdziwień autor wspomnień przeżył wiele, przyzwyczajając się do tego, że do Związku Radzieckiego trzeba przykładać inne miary, bo inaczej się go nie zrozumie.
Książka zaczyna się od wkroczenia „czerwonych”, próby ucieczki przez Dniestr do Rumunii, opisu więzienia w Czortkowie, w którym był osadzony i wyjazdu na Wschód do „Poprawnego Obozu Pracy NKWD Nr 7” przy ul. Krasnych Komandirow w Kijowie. Z perspektywy więźnia Aleksander Topolski opisuje wybuch wojny niemiecko-radzieckiej i ewakuację obozu na wschód do łagrów za Wiatką. Dowcipnie pisze też o zwolnieniu z obozu po zawarciu umowy Sikorski-Majski. Komendant obozu zwolnił go, co też obrazuje sowieckie zwyczaje, jako pierwszego. I to bynajmniej nie dlatego, że był bardzo posłusznym więźniem. Komendant najzwyczajniej uważał go za „sukinsyna”. Rekomendując go do zwolnienia oświadczył, że : “obija się i strajki organizuje. Szumowina!”
Przy okazji Topolski podkreśla, że dla niektórych szczegóły amnestii były brutalnym wstrząsem. Pisze m.in.: “Urzędowe sformułowanie określa, że zwolnieni zostaną tylko ci, którzy byli obywatelami polskimi w 1939 r. Jelecki, Grablewski i kilku innych nagle zdało sobie sprawę, jaki błąd popełnili w czasie aresztowania. Mając nadzieję na lepsze traktowanie oświadczyli, że są Białorusinami albo Ukraińcami. Ale najżałośniejszy widok skonsternowanych Rumunów, obywateli czechosłowackich i Ukraińców, których propaganda sowiecka skłoniła do ucieczki z domu i przybycia do Związku Sowieckiego. Mieli tu zostać i gnić, gdy „wrogowie” Sowietów byli wypuszczeni?
Ciekawie Topolski kreśli też swoje dalsze losy od Uralu do Samarkandy. Ukazuje własny proces stawania się żołnierzem, a także stosunek Żołnierzy tworzonej w ZSRR armii polskiej do Władysława Andersa. Twierdzi m.in.: „Niemniej jednak to generał Władysław Anders, dowódca Armii Polskiej w ZSRR, znaczył dla nas najwięcej. Sam był więźniem moskiewskiej Łubianki, jednym z nas, i ufaliśmy mu. Politycy polskiego rządu emigracyjnego w Londynie uważali, że Anders staje się zbyt potężny i niezależny. Ale on wiedział, co robi. Gdy wschodnia Polska była nadal częścią carskiej Rosji, nauczył się żołnierki w rosyjskiej kawalerii i został odznaczony za męstwo w walce przeciw Niemcom po stronie rosyjskiej podczas I wojny światowej. Świetnie znał język rosyjski, a także charakter Rosjan. Znał się też na bezwzględnych fortelach Stalina i jego stronników z NKWD.
Mimo rosyjskiego wykształcenia Anders był Polakiem do szpiku kości. Szybko stało się jasne, że nie służy dla laurów czy splendoru, ale chce zrobić coś dla Polski i Polaków. Jego potrzeba wypełnienia misji w imieniu innych, w raz z męstwem, inteligencją i zmysłem dyplomatycznym, pomogła mu stanąć z generałem Sikorskim 3 grudnia 1941 roku przed samym Stalinem i odegrać rolę w zdobyciu tego, co było niezbędne dla naszej podupadłej, ale odrodzonej armii. Rozmawiał z tym samym dyktatorem, który podpisał wcześniej rozkaz rozstrzelania 25 tysięcy jeńców, w większości wykształconej polskiej elity.
Nie wiedzieliśmy wtedy, że to właśnie Anders zdoła wyrwać nas spod sowieckiego jarzma. Jednak wierzyliśmy, że jeśli ktokolwiek jest w stanie to uczynić, to na pewno on. Śledziliśmy w wojskowych gazetach wzmianki o tym, gdzie był i co robił Anders, ale nie widziałem go do czasu, kiedy dotarliśmy na Bliski Wschód.”
W posłowiu do swojej książki Aleksander Topolski opisuje swoją powojenną drogę do Kanady, która nie była łatwa. Imał się różnych zawodów, poznał smak biedy. Kanadyjskie obywatelstwo przyjął z dumą, ale nigdy nie zapomniał swojego starego domu na ojczystej ziemi. Na Kresach w Horodence.
Marek A. Koprowski
Aleksander Topolski, Biez wodki. Moje wojenne przeżycia w Rosji. Przełożył Piotr Wilczek, Ilustracje Aleksander Topolski, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2011, s. 456, c. 49,90 zł.
