Doktryny wojenne Litwy, Łotwy i Estonii opierają się na świadomości, że kraje te ani osobno, ani razem nie są w stanie zapewnić sobie pełnego bezpieczeństwa i integralności terytorialnej. Ich jedyną szansą obrony jest członkowstwo w NATO.
– Prezentowany artykuł pokazuje rosyjski punkt widzenia na sytuację geostrategiczną w “Pribałtyce”.
Każdej wiosny, gdy tylko słoneczko przygrzeje, a w estońskich lasach pojawią się wędrowne ptaki, tysiące młodych estońskich poborowych i brzuchatych rezerwistów posyłanych jest w kwietniowe błoto i pluchę. Rozpoczynają się tradycyjne manewry: “wiosenny sztorm”. Po zakończeniu manewrów poborowych się demobilizuje, a rezerwiści oddają broń i mundury i wracają do siebie: ktoś do biura, kto inny do warsztatu. Przeważająca większość mężczyzn w Estonii nie bierze udziału w tych manewrach: nie chce, albo nie może. Z przyczyn zdrowotnych.
Czołgi brudu się nie boją.
Doktryny wojenne Litwy, Łotwy i Estonii opierają się na świadomości, że kraje te ani osobno, ani razem nie są w stanie zapewnić sobie pełnego bezpieczeństwa i integralności terytorialnej. Ich jedyną szansą obrony jest członkowstwo w NATO. Ceną za natowski parasol ochronny jest uczestnictwo we wszystkich zamorskich operacjach „pokojowych”, prowadzonych przez sojusz północnoatlantycki.
———————————
Zobacz także: [link=http://kresy.pl/publicystyka,analizy?zobacz/rosja-buduje-muskulature]
———————————
Ale wytłumaczenie skąpym podatnikom, że ciągły wzrost wydatków na armię jest potrzebny, by móc uczestniczyć w operacjach i zaprowadzać pokój w Bośni, Iraku, Afganistanie i – nie daj Boże! – w Iranie, że urzędnicy resortu wojskowego muszą regularnie latać do Brukseli, i że oficerowie muszą podwyższać swoje kwalifikacje w West Point – to niełatwe zadanie. O wiele łatwiej jest usłyszeć szum czołgowych silników na granicy z Rosją.
Jakiś rok temu lider partii narodowo-patriotycznej Związek Ojczyźniany i Republika Mart Laar zajął stanowisko ministra obrony. Jest to doświadczony polityk, dwukrotnie sprawował urząd premiera republiki; sztukę gabinetowych intryg, opartych na patriotycznej retoryce, ma opanowaną do perfekcji. Pierwsza propozycja, jaka padła z ust szefa resortu wojskowego, to zaopatrzenie się (w przyszłości) we własne siły pancerne. Podstawą tychże sił mogłyby zostać Leopardy produkcji niemieckiej, z których zrezygnowała holenderska armia.
Ale wciąż najważniejszą siłą uderzeniową pozostanie człowiek. I człowieka z bronią należy zmotywować. I chociaż prezydent Estonii, Toomas Hendrik Ilvespowtarza, że kraje bałtyckie nie spodziewają się ataku ze strony Rosji, jego minister obrony przygotowuje się na inny rozwój wypadków. Próbkę jego poglądów można było zaobserowować podczas „jego kampanii”. W przemowie, wygłoszonej z okazji 70 lecia zwycięstwa “leśnych braci” nad sowieckim batalionem strzeleckim 3 lipca 1941 roku niedaleko wsi Mõisaküla minister obiecał, że przesuwanie się rosyjskich czołgów będzie utrudnione i spowolnione przez siły oddziałów dywersyjnych, utworzonych przez partyzantów i ochotników, którzy będą wysadzać mosty i drogi.
Szef resortu wojskowego w wywiadzie, udzielonym jednej z miejscowych agencji informacyjnych nie ukrywał, że zainspirował go „sukces Gruzji”, która “mogła sprawić, że rosyjskie czołgi nie pokonały 90 kilometrowego odcinka między Cchinwali a Tbilisi, to dlaczego Estonia miałaby sobie z tym nie poradzić? Nasze siły zbrojne są do tego zdolne, pozwalają na to nasze plany, przeprowadzone zostało też odpowiednie przygotowanie – powiedział. Już samo wykorzystanie ładunków wybuchowych, nakierowanych na czołgi, do tego zapory na drogach i wysadzenie mostów jest w stanie znacząco spowolnić przemieszczanie się czołgów”. Według ministra przygotowanie dywersantów, partyzantów i broni już się odbyło. Na szczęście nie przeprowadzono jeszcze ćwiczebnego wysadzania w powietrze mostów i dróg. Ofiar też póki co nie ma.
Jedyną ofiarą własnego zapału do pracy był sam Mart Laar. Zbyt dosłownie podszedł on do założenia, że zanim sojusznicy z NATO przyjdą Estonii z pomocą, będzie ona musiała sama odpierać ataki „agresora”. Mało tego: osławiony artykuł 5 umowy waszyngtońskiej (dokument założycielski NATO) zobowiązuje do udzielania pomocy i wspierania, na przykład Estonii, ale nie zastrzega, że działania wojenne w ogóle mają się rozpocząć po jej stronie.
Dmitrij Rogozin, w reakcji na oświadczenie Marta Laara, przypisał je “bujnej wyobraźni” ministra obrony: “Najwyraźniej bujna wyobraźnia ministra rekompensuje brak wprawy i gotowości bojowej estońskiej armii”. Poradził Laarowi “częstsze przyjmowanie antydepresantów”. W lutym minister dostał poważnego udaru. Teraz już dochodzi do siebie. Jego ministerstwo się uchowało, a partia ani myśli zastępować go kimś innym. Nawiasem mówiąc, kilkumiesięczna dekapitacja ministerstwa obrony ani przez chwilę nie była powodem do niepokoju o bezpieczeństwo kraju i całego regionu.
Trzecia wojna światowa
Być może taki beztroski stosunek do obrony Ojczyzny był podyktowany faktem, że europejskie problemy gospodarcze przycichły, a grecki kryzys finansowy został chwilowo zażegnany dzięki utworzeniu dziwacznego funduszu stabilizacyjnego UE. Co mają do tego pieniądze? Chodzi o to, że bałtyckie elity polityczne dość poważnie odniosły się do ryzyka upadku wspólnej strefy walutowej, co mogłoby doprowadzić do poważnego bałaganu politycznego. Jeszcze kilka miesięcy temu angielskie media, wspierając swojego premiera Davida Cameronaw jego sprzeciwie wobec pozostałych krajów UE, zamawiały i publikowały apokaliptyczne prognozy dla Europy kontynentalnej.
Angielska gazeta Daily Mail, opierając się na oświadczeniu kanclerz Niemiec Angeli Merkel, że “krach euro oznaczałby krach Europy”, przedstawiła pełen czarnego brytyjskiego humoru scenariusz, przewidujący wojnę w Europie i okupację krajów bałtyckich przez Rosję. W 2012 miałoby stać się jasne, że działania, mające na celu uratowanie strefy euro okazały się fiaskiem, a w Grecji rozpoczęły się uliczne wojny. Francja i Niemcy próbują okupować kraj hellenów. Trzeba było wysłać wojska również do Włoch i Hiszpanii. Wszędzie aktywizują się neofaszyści.
Kryzys finansowy najmocniej uderzy w Łotwę, gdzie z powodu powszechnego bezrobocia dojdzie do starć pomiędzy Rosjanami i Łotyszami. Prezydent Władimir Putinbędzie długo zwlekać, ale w końcu, w okolicach roku 2015 wprowadzi czołgi do Rygi w celu zaprowadzenia tam porządku. Przy okazji rozpocznie okupację Estonii. Możliwe, że i Litwy. Nikt nie przyjdzie im z pomocą: USA się odizoluje, Francja nie będzie chciała się angażować, bo wszystkie jej siły zostaną przerzucone do Włoch i Grecji, a Wielka Brytania odmówi wysłania wojsk do kraju, „o którym nikt nic nie wie”.
60% estońskiej młodzieży jest niezdolnedo służby wojskowej.
Niedawno w estońskim parlamencie wysłuchano odpowiedzi na poselskie zapytanie o stan zdrowia estońskich poborowych. W imieniu rządu na pytanie odpowiadał minister edukacji Jaak Aaviksoo. Pełni on jednocześnie obowiązki ministra obrony. Wyszły na jaw szokujące informacje. W Estonii istnieje powszechny obowiązek wojskowy. Wezwanie do stawienia się na komisji otrzymują wszyscy. Podczas kampanii poborowej okazuje się że:
Według danych ministerstwa obrony, spośród 10977 poborowych w 2011 roku jedynie 4020 (36%) okazało się zdolnymi do służby wojskowej, do tego 157 osób (1,4%) uznano za częściowo zdolne. Za czasowo niezdolnych do odbywania służby zasadniczej komisja uznała w 2011 roku 3787 (34,5%), a za całkowicie niezdolnych – 3013 (27,4%) poborowych.
Do tego liczba poborowych nieuchronnie spada. W latach 2009 i 2010 za zdolnych do odbycia służby zasadniczej uznano odpowiednio 39,8% i 41% obywateli Estonii w wieku poborowym. Sprawująca władzę Estońska Partia Reform chce rozwiązać problem z żołnierskim stanem zdrowia w sposób radykalny. Poprawa zdrowia młodzieży jest droga i nieskuteczna, dużo łatwiej jest zweryfikować kryteria zdolności do służby i znacząco je obniżyć.
Kompania honorowa
We współczesnej europejskiej tradycji nie da się obejść bez armii. Armię posiada Watykan, armię posiada Luksemburg. Bez kompanii honorowej trudno byłoby przestrzegać protokołu międzynarodowych wizyt szefów państw. Taką funkcję bałtyckie siły zbrojne skutecznie odgrywają u siebie w domu. Czy pełnią jeszcze jakieś inne funkcje? Jakie?
Zagrożenie ze strony Rosji było zawsze obecne w świadomości bałtyckich wojskowych i polityków. Początkowo zagrożenie ze wschodu było głównym motywem, by za wszelką cenę starać się o wejście krajów bałtyckich do NATO. Potem, pod koniec lat 90. pojawiła się koncepcja „obrony totalnej”, bazującej na doświadczeniach pierwszej “wojny czeczeńskiej”, przez którą rozumiano masowy opór partyzantów i taktykę własnej spalonej ziemi. Zauważmy, że nikt nie mówił głośno o tym, że częścią obrony totalnej mogła być też działalność dywersyjno-terrorystyczna na terenie „ewentualnego wroga”. Po wejściu do NATO kraje Bałtyckie musiały pod presją Brukseli zrewidować swoje poglądy na to, z kim i w jaki sposób przyjdzie im walczyć. Siły zbrojne zostały zredukowane, a wydatki na potrzeby socjalne żołnierzy, sprzęt i infrastrukturę zostały zwiększone. I co najważniejsze, Litwa, Łotwa i Estonia przestały się oficjalnie szykować do wojny z Rosją. A nieoficjalnie – propagandowe zagrożenie ze wschodu przetrwało, a nawet wzrosło.
Z roku na rok rośnie przepaść pomiędzy propagandowym przygotowaniem do odparcia ataku “niedźwiedzia ze wschodu”, a rzeczywistym stanem armii. Ale najwyraźniej nie da się realizować rzeczywistej polityki wojskowej w krajach bałtyckich bez tego propagandowego zabezpieczenia. Weźmy, na przykład, Estonię. Budżet wojenny ministerstwa obrony wyniósł w zeszłym roku prawie 300 milionów euro. Połowa tych pieniędzy została przeznaczona na utrzymywanie sił zbrojnych w zdolności do działania. Druga połowa została pożarta przez biurokrację. Na drodze długich batalii politycznych Estonia, jako jedyny kraj bałtycki, zachowała powszechny obowiązek wojskowy. Ale pomimo tego liczebność jej armi jest niewielka. W czasie pokoju w jej siłach zbrojnych służy mniej niż 5000 osób. Połowa z tego to poborowi, odbywający 9 miesięczną służbę. To znaczy, że estońska armia to jedna wielka szkółka. Pod względem struktury armia estońska sprowadza się do jednej brygady piechoty i czterech odrębnych batalionów, plus batalion haubic i batalion obrony przeciwlotniczej. Do tego kilka statków, głównie minowców. Lotnictwa bojowego oraz sił pancernych brak. W rezerwie znajdują się jeszcze 24 tysiące przeszkolonych rezerwistów. Wchodzą oni w skład dobrowolnej formacji zbrojnej Kaitseliit (Liga obrony). To są właśnie ci potencjalni partyzanci, na których stawiał Mart Laar.
Nawiasem mówiąc – członkowie Kaitseliit płacą coroczną składkę członkowską w wysokości 12 euro i w ogóle sami się utrzymują, ale podlegają pod wojskowe dowództwo. Rzeczywiście zdolnym do walki oddziałem w armii estońskiej jest niewielka część profesjonalnych wojskowych, zrzeszonych w tzw. batalionie skautowskim. To właśnie oni służą w Afganistanie, służyli w Iraku, Bośni i będą służyć i ginąć Bóg jeszcze wie gdzie.
Łotwa pięć lat temu w ogóle zrezygnowała z poboru i wprowadziła armię zawodową. Nie ma żadnych poborowych, żadnych służb zasadniczych. Liczebność (5700 osób) i struktura sił zbrojnych na Łotwie jest praktycznie taka sama, jak w Estonii. Jedna brygada piechoty zmotoryzowanej, trzy oddzielne bataliony oraz kompania sił pokojowych. Regularna armia uzupełniana jest przez ochotników (Zemessardze) i rezerwistów. Ponad to w łotewskiej armii służą nurkowie bojowi.
Najmniej liczebną armią zawodową jest dziś armia litewska: na 4 000 zadowodych żołnierzy przypada jeszcze 10 tysięcy ochotników. Niemniej jednak litewska armia posiada swoją awiację, czołgi oraz poważny system obrony przeciwlotniczej. Do obrony elektrowni atomowej Wisaginia Litwa zakupiła 10 lat temu dużą liczbę rakiet Stinger na platformie Hummera. Tak jak u sąsiadów, pod względem struktury armia litewska posiada jedną brygadę “żelazny wilk” i kilka oddzielnych batalionów imienia wielkich książąt i księżnych litewskich. W litewskiej armii służy też oddział bojowych nurków. Osobną grupę wojsk tworzą tzw. siły operacji specjalnych z batalionem jegrów im. Witolda Wielkiego. Oddziały te są tajne, ale jak zapewniają źródła z armii litewskiej, uczestniczą one aktywnie w operacjach bojowych w Afganistanie.
Łącznie siły zbrojne wszystkich krajów bałtyckich są ok. 2-3 razy mniejsze, niż 40 tysięczna armia Gruzji. W regionie tym praktycznie nie ma lotnictwa bojowego, nowoczesnych strategicznych systemów przeciwlotniczych, nowoczesnych sił pancernych. Są jedynie lasy, bagna i wyszkoleni „partyzanci”. Niejmniej jednak żaden z krajów bałtyckich nie zamierza w najbliższym czasie zwiększać swojej armii, wznosić budowli obronnych, kupować myśliwców i poważnie przygotowywać się do obrony na swoim terytorium. Wszystkie reformy wojskowe, przeprowadzone w ciągu ostatnich lat, ukierunkowane są na utworzenie, wsparcie i wyposażenie niewielkich oddziałów, przeznaczonych do zamorskich operacji NATO. Bałtycka machina wojenna pracuje w zasadzie pod dyktando wielkiej polityki, tworzonej w Brukseli i Waszyngtonie. To nie jest tajemnica dla żadnego z polityków. Ukrywa się to jedynie przed prostymi Łotyszami i Litwinami, bo wyrażą oni zgodę na czołgi zamiast masła jedynie wobec strachu, wywołanego przez kultywowaną nienawiść. Dlatego, że “jeśli jutro wojna”, to trzeba być na nią gotowym już dzisiaj.
Ilia Nikiforow
Źródło: „Nowyj Region” / nr2.ru
Tłumaczenie: Magdalena Superson
