Armenia: Biednie, ale stabilnie

Zmieniła się ordynacja wyborcza, ale nie polityczne preferencje Ormian. Dlatego krajem nadal będzie rządzić narodowo-konserwatywna Republikańska Partia Armenii prezydenta Serża Sarkisjana, który tradycyjnie będzie podtrzymywał bliskie więzi z Rosją i próbował wbić szpile znienawidzonemu Azerbejdżanowi.

Zwycięstwo Republikańskiej Partii Armenii (HKK) było jak zwykle niemal bezdyskusyjne, ponieważ uzyskała ona 55 mandatów w nowym parlamencie liczącym sobie obecnie 101 (zamiast wcześniejszych 131) miejsc. Ponadto do Zgromadzenia Narodowego dostały się centroprawicowa Koalicja Carukjana z 30 mandatami, koalicja „Wyjście” z 9 mandatami oraz lewicowo-nacjonalistyczna Armeńska Federacja Rewolucyjna (HJT) z 7 mandatami. Poza nawias armeńskiej polityki chyba ostatecznie wypadł pierwszy prezydent Armenii po uzyskaniu przez nią niepodległości, a więc Lewon Ter-Petrosjan, którego liberalny Armeński Kongres Narodowy (HAK) uzyskał mniej niż 2 proc. głosów i nie miał najmniejszych szans na przekroczenie pięcioprocentowego progu wyborczego.

Typowe postradzieckie problemy

Republika Armenii powstała w 1991 roku oczywiście wraz z rozpadem Związku Radzieckiego, a jej mieszkańcy masowo poparli w referendum ogłoszenie niepodległości państwa. Stało się tak mimo faktu, iż Ormianie po wcieleniu swoich terytoriów do komunistycznego imperium w 1920 roku cieszyli się z miana jednej z najbogatszych części składowych sowieckiego państwa. Komuniści z Moskwy stosowali wpierw terror zwłaszcza wobec ormiańskich elit, ale w ciągu następnych lat stale zaopatrywali Armeńską Socjalistyczną Republikę Radziecką w żywność czy lekarstwa, które to produkty były niezwykle potrzebne społeczeństwu przetrzebionemu przez ludobójstwo dokonane przez Turków. Po ogłoszeniu w 1922 roku planu Nowej Polityki Ekonomicznej przez Włodzimierza Lenina, w Armenii przeprowadzono akcję alfabetyzacji, a przede wszystkim przekształcono ją w ważne zagłębie przemysłowe. Po II wojnie światowej Armeńska SRR stała się wręcz najbogatszą częścią składową ZSRR, ponieważ była jednym z niewielu rozwiniętych terenów, które ominęły wojenne zniszczenia, choć oczywiście dziesiątki tysięcy Ormian zginęło wówczas w szeregach Armii Czerwonej. Względny dobrobyt i ponad czterokrotny wzrost populacji Armenii przez cały okres komunistycznej dyktatury nie oznaczały jednak, że Ormianie byli całkowicie oddani Moskwie i nie organizowali protestów. Wystąpienia najczęściej miały miejsce w czasie obchodów rocznicy ludobójstwa Ormian, zaś komunistyczne władze rozładowywały napięcia zezwalając chociażby na budowę w Erywaniu pomnika upamiętniającego ich odrodzenie narodowe.

Wyczekiwany przez wielu upadek ZSRR był korzystny zwłaszcza dla środowisk religijnych i narodowych, ponieważ Ormianie już bez przeszkód mogli kultywować swoją religijną tradycję oraz rozwijać mocno nacjonalistyczne postawy. Nowe możliwości pojawiły się jednak kosztem dotychczasowego kształtu gospodarki. Podobnie jak w innych postsowieckich republikach, tak i w Armenii doszło do upadku największych zakładów przemysłowych, ograniczenia się rynku zbytu na ormiańskie towary, a wiele fabryk po wprowadzeniu barier granicznych nie mogło pozyskać surowców otrzymywanych wcześniej z innych obszarów ZSRR, nie mówiąc już o skutkach tragicznego trzęsienia ziemi z 1988 roku. Swoje zrobiły też reformy prowadzone pod dyktando Międzynarodowego Funduszu Walutowego, które co prawda doprowadziły Armenię do 33. miejsca w światowym rankingu wolności ekonomicznej, ale jednocześnie poprzez otwarcie się na zagraniczny kapitał uczyniły z Armenii kolejny z krajów postkolonialnych. W tych warunkach przetrwały jedynie najsilniejsze podmioty należące do ormiańskich oligarchów, którzy skutecznie chronią swoje interesy i sprawiają chociażby, że rozwinięte ustawodawstwo antymonopolowe faktycznie nie jest egzekwowane. Innym typowym dla postradzieckich republik problemem jest wszechobecna korupcja, która w ogólnoświatowym rankingu plasuje Armenię w drugiej setce państw pomiędzy Gujaną i Boliwią. Przez wyżej wymienione powody bezrobocie w kraju wynosi oficjalnie około 20 proc., ponad jedna trzecia Ormian żyje poniżej granicy ubóstwa, a jedną piątą PKB państwa stanowią pieniądze przesyłane rodzinom przez Ormian pracujących przede wszystkim na terytorium Rosji.

Nowa ordynacja dla starych porządków

Tegoroczne wybory parlamentarne w Armenii odbyły się według nowej ordynacji, co widać przede wszystkim po zmniejszeniu liczby parlamentarzystów ze 131 do 101. To oczywiście tylko niewielki wycinek zmian wprowadzonych po referendum konstytucyjnym z grudnia 2015 roku, bowiem najważniejszą z nich jest przemiana systemu politycznego z półprezydenckiego na parlamentarny. Oznacza ona przede wszystkim, że spora część prerogatyw należących dotąd do głowy państwa została przekazana Zgromadzeniu Narodowemu, dlatego będzie ona zresztą wybierana na siedmioletnią kadencję właśnie przez parlamentarzystów, a nie w bezpośrednich wyborach jak dotychczas. Część dotychczasowych uprawnień prezydenta, na czele ze zwierzchnictwem nad siłami zbrojnymi, przypadnie natomiast szefowi rządu. Jeśli chodzi o sam system wyborów parlamentarnych to zmienił się on z mieszanego na proporcjonalny, przy czym możliwe jest przeprowadzenie ich drugiej tury. Odbędzie się ona wówczas wtedy, kiedy zwycięska partia nie będzie w stanie stworzyć w ciągu sześciu dni stabilnej większości w postaci 54 proc. mandatów, a jej istotą będzie rywalizacja o otrzymanie nadprogramowych mandatów pomiędzy dwoma ugrupowaniami, które w pierwszym głosowaniu otrzymały największą liczbę głosów. Do najbardziej kontrowersyjnej części zmian w armeńskiej ustawie zasadniczej należy z pewnością przepis pozwalający ograniczyć wolność religijną w razie poważnego zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa.

Poniekąd rządzący starali się wprowadzić zmiany, których opozycja domagała się już kilka lat temu, kiedy proponowała przeprowadzenie wyborów w 2012 roku właśnie w nowym systemie proporcjonalnym. Przeciwnicy rządów HHK twierdzili wówczas, że jednomandatowe okręgi wyborcze i cała konstrukcja systemu mieszanego prowadzi do nadużyć. Wskazywano wśród nich zwłaszcza na możliwość kupowania głosów przez konkretnego kandydata, stąd opozycjoniści wyliczyli nawet, że przeciętny kandydat w wyborach parlamentarnych przeznacza blisko milion dolarów na różnego rodzaju łapówki i machlojki wyborcze. Samo referendum konstytucyjne było zresztą krytykowane przez organizacje pozarządowe, ponieważ ich zdaniem w jego trakcie zabrakło międzynarodowych obserwatorów, głosami manipulowano, a ponadto samo głosowanie nie cieszyło się zainteresowaniem Ormian – warto jednak podkreślić, że wzięła w nim udział ponad połowa osób uprawnionych. Trudno jednak nie dostrzec, że Republikanie dążąc do zmiany systemu nie tyle uwzględniali obiekcje swoich przeciwników, ale zabezpieczali interesy swojego lidera i jednocześnie prezydenta kraju. Sarkisjan rządzi bowiem obecnie drugą kadencję i w przyszłym roku nie mógłby ubiegać się o trzecią, stąd najprawdopodobniej zostanie on ponownie szefem rządu (był nim już w latach 2007-2008) i dzięki zwiększeniu uprawnień premiera zachowa dotychczasową pełnię władzy.

Państwo jednej partii

Sarkisjan w systemie półprezydenckim skupiał w swoich rękach bardzo dużą władzę, kreując tak naprawdę politykę swojego kraju we wszystkich najważniejszych sprawach. Początek jego prezydentury był zresztą wyjątkowo krwawy i lider HHK trafił w 2008 roku na czołówki światowych serwisów informacyjnych. Jego wybór opozycja wobec rządów Republikanów uznała bowiem za możliwy dzięki masowym fałszerstwom i niedopuszczaniu do głosu jego głównego kontrkandydata, czyli wspomnianego już Ter-Petrosjana, który przed dziewięcioma laty zmobilizował dziesiątki tysięcy swoich zwolenników. Okupowali oni wówczas centralny Plac Wolności w Erywaniu domagając się powtórzenia wyborów, a protest połączony z miasteczkiem namiotowym trwał przez kilka dni. Serkisjan ostrzegał wówczas demonstrantów, że w razie naruszeń prawa siły bezpieczeństwa przystąpią do ich pacyfikacji, w co jednak nie wierzyli liderzy opozycjonistów oskarżając rządzących o tchórzostwo. Ostatecznie jednak mocno się przeliczyli, ponieważ w jedenastym dniu manifestacji policja zaatakowała przeciwników Republikanów. Brutalność stróżów prawa doprowadziła do śmierci ośmiu osób i aresztowania ponad stu kolejnych, choć przekonywano jednocześnie, iż  w wyniku strzelaniny ranionych zostało kilku funkcjonariuszy. Na dwadzieścia dni ustępujący prezydent Robert Kotoczarjan wprowadził wówczas stan wyjątkowy, podczas którego dokonano aresztowań niektórych z opozycjonistów. W kolejnych latach w Armenii co jakiś czas wybuchały protesty, ale nie były już na tyle liczne, a społeczna rewolucja o jakiej mówili liderzy grup opozycji była głównie ich propagandowych chwytem.

Nie zmienia to jednak faktu, że Armenia jest państwem rządzonym przez Republikanów silną ręką. Prerogatywy prezydenckie pozwalające na szeroko zakrojone akcje mające na celu ochronę bezpieczeństwa kraju powodują, iż może on przeprowadzić nawet aresztowania wśród działaczy opozycji. Najlepszym przykładem są ubiegłoroczne wydarzenia z Erywania, kiedy grupa nacjonalistów z ugrupowania Bohaterowie Sasunu przez dwa tygodnie przetrzymywała zakładników w jednym z posterunków policji, aby wymusić na rządzących uwolnienie jednego ze swoich towarzyszy aresztowanych miesiąc wcześniej za nielegalne posiadanie broni. Towarzyszące temu wydarzeniu demonstracje najradykalniejszych grup opozycji, które chciały między innymi przedostać się do siedziby rządu i prezydenckiej rezydencji, posłużyły władzom jako pretekst do aresztowania niektórych z opozycyjnych działaczy. HHK rządzi jednak nie tylko dzięki siłom bezpieczeństwa, ale także dominacji w sferze medialnej gazet, telewizji i rozgłośni radiowych popierających Serkisjana i jego partię. Ważną rolę ogrywają również oligarchowie mający w swoich rękach najważniejsze gałęzie gospodarki, co pozwala im chociażby na manipulowanie cenami podstawowych produktów spożywczych i usług. Mogą oni pozwolić sobie także na działanie ponad prawem, czego najlepszym przykładem jest szef tamtejszego związku piłki nożnej i biznesmen Ruben Hajrapetjan, który kilka lat temu odszedł z polityki po tajemniczej śmierci lekarza wojskowego w jednej z jego restauracji. Oligarcha rękami swoich ochroniarzy miał dopuścić się co najmniej kilku pobić mniejszego kalibru biznesmenów, ale nigdy nie poniósł z tego powodu konsekwencji. Ogółem beneficjentami bliskich związków z władzą jest blisko 40-50 oligarchicznych rodzin.

Republikanie stawiają na socjal

Jak to zwykle bywa w podobnych przypadkach, również w Armenii wszelkie gospodarcze kryzysy dotykają przede wszystkim najbiedniejszych, którzy nawet w przebłyskach prosperity nie mają łatwego życia. Dwa lata temu w kraju doszło zresztą do masowych wystąpień niezwiązanych z pojawiającymi się co jakiś czas demonstracjami opozycji, spowodowanych kilkunastoprocentowymi podwyżkami cen energii elektrycznej. Władze wpierw zareagowały użyciem siły, ale aresztowanych wówczas manifestantów szybko zwolniono, a Serkisjan zalecił zbadanie przez zagraniczną agencję, czy największa spółka energetyczna w kraju jest odpowiednio zarządzana i czy rzeczywiście wprowadzenie większych opłat jest ekonomicznie uzasadnione. Rozładowanie napięć społecznych ostatecznie odbyło się za pośrednictwem obietnicy wprowadzenia zapomóg socjalnych dla najbiedniejszych, aby byli oni w stanie opłacić dostawy energii. W trakcie tegorocznej kampanii wyborczej Republikanie skupili się właśnie na tym zagadnieniu, przyznając się otwarcie do szeregu zaniedbań w sferze socjalnej. Dlatego ugrupowanie urzędującego prezydenta obiecywało zwłaszcza wsparcie dla wielodzietnych rodzin oraz niepełnosprawnych, a także stworzenie bardziej przejrzystego systemu świadczeń społecznych. Ponadto walka z bezrobociem ma być prowadzona poprzez wsparcie małego i średniego biznesu, ponieważ HHK nie chce zrezygnować z modelu społeczeństwa bogacącego się poprzez pracę.

Zwycięstwo narodowo-konserwatywnego ugrupowania było możliwe nie tyle przez samą jego kampanię, ale brak realnej alternatywy dla jego rządów. Nieprzypadkowo w ostatnich latach uczestnicy wszystkich masowych protestów społecznych odcinali się od opozycyjnych partii, a choćby zbliżenie się do progu wyborczego było wyzwaniem ponad siły partii byłego prezydenta Ter-Petrosjana. W nowym parlamencie za największe opozycyjne ugrupowanie będzie więc uchodzić Koalicja Carukjana, czyli sojusz kilku niewielkich stronnictw pod auspicjami oligarchy i szefa Armeńskiego Komitetu Olimpijskiego Gagika Carukjana. Ten były zapaśnik dwa lata temu odszedł z polityki i założonej przez siebie liberalnej Kwitnącej Armenii, kiedy został zaszantażowany przez republikańskie władze, które wypomniały mu ogromne zadłużenie wobec armeńskiej skarbówki. Groźby pojawiły się w związku z deklaracjami samego Carukjana, który wzywał do protestów przeciwko władzy Serkisjana i był gotów na porozumienie z realnie antyestablishmentową częścią opozycji. Powrót oligarchy do polityki jest jednak postrzegany jako wybieg taktyczny obecnych władz, które mają sterować Carukjanem, dzięki czemu w zakończonych wyborach parlamentarnych załatwiły one sobie koncesjonowaną opozycję. W trakcie kampanii na krytykę Republikanów pozwoliła sobie HJT, ale rewolucjoniści przez ostatni rok byli ich koalicyjnym partnerem, tak więc raczej i teraz skuszą się na kilka ministerialnych posad. Pewną nadzieję na większy pluralizm armeńskiej sceny politycznej daje koalicja „Wyjście”, która wyklucza jakiekolwiek formy współpracy z HHK, ale jednocześnie nie jest skłonna do kompromisów z pozostałymi ugrupowaniami pozaparlamentarnej obecnie opozycji.

Z Rosją, przeciwko Azerbejdżanowi

Republikańskie władze tradycyjnie podkreślały swoje prorosyjskie stanowisko w polityce zagranicznej, choć coraz częściej spoglądają one w stronę Europy Zachodniej. Zdaniem opozycji ten drugi trend jest jednak jedynie przedwyborczą zagrywką, tym niemniej HHK w ostatnich dniach przed głosowaniem eksponowało wystąpienie Serkisjana na kongresie Europejskiej Partii Ludowej (EPP) na Malcie. Armeński prezydent wspierający naturalnie swoją partię podkreślał w nim, że w ostatnich miesiącach jego kraj poprawił swoje relacje z Unią Europejską, czego efektem ma być wynegocjowanie kolejnego porozumienia na temat armeńsko-unijnego partnerstwa. Nie zmienia to jednak faktu, iż na terytorium Armenii znajdują się rosyjskie jednostki wojskowe, wspomnianą już część PKB kraju stanowią pieniądze przesyłane przez Ormian pracujących w Rosji, a sama Armenia od trzech lat jest częścią Eurazjatyckiej Unii Gospodarczej. To ostatnie porozumienie jest jednak niekorzystne dla Armenii, bowiem naturalnie uzależnia ono w jeszcze większym stopniu gospodarkę kraju od potężniejszego partnera jakim jest Rosja, której słaba kondycja pogrąża armeńską ekonomikę w jeszcze większym kryzysie. Dodatkowo relacje z Rosją są wdzięcznym tematem dla teorii spiskowych snutych przez opozycjonistów, ponieważ obecny armeński premier Karen Karapetian przez kilkanaście lat zajmował ważne stanowiska w tamtejszych odnogach Gazpromu. Ewentualne uzależnienie szefa armeńskiego rządu od Rosjan najwyraźniej nie przeszkadza jednak tamtejszemu społeczeństwu, ponieważ Karapetian jest obecnie popularniejszy nawet od Serkisjana. Ormianie są dodatkowo przygotowani na wspomniane pogłębianie relacji z Rosją, bowiem w ubiegłym roku oficjalnie zatwierdzono projekt utworzenia wspólnych armeńsko-rosyjskich sił zbrojnych na Kaukazie.

Prorosyjskość Armenii wynika nie tylko z zależności gospodarczej, ale także z czynników kulturowych. Ormianie jako naród chrześcijański uważają, iż Rosjanie są ich naturalnym protektorem w regionie, chroniącym przed muzułmańskimi Azerbejdżanem i Turcją. Rosjanie byli zresztą rozjemcami w ubiegłorocznym nasileniu się armeńsko-azerskiego konfliktu o Górski Karabach, który trwa od końca lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Niemal dokładnie rok temu w regionie wybuchła czterodniowa wojna, w wyniku której życie straciło co najmniej 60 osób, a do zaprzestania walk doszło między innymi dzięki rozmowom rosyjskiego prezydenta Władimira Putina z jego odpowiednikami z Armenii i Azerbejdżanu. W tym roku Rosja także odegrała rolę mediatora po lutowych starciach (ich ofiarami byli jedynie Azerowie), a jej pozycję w Armenii cementuje fakt, iż większość naruszeń rozejmu z 1994 roku jest wynikiem działań azerskiego wojska, ponieważ ówczesne porozumienie de facto gwarantuje dominację Ormian na tym spornym terytorium. Wydarzenia sprzed niecałych dwóch miesięcy stały się również jednym z tematów kampanii wyborczej. Można pokusić się o stwierdzenie, iż przyczyniły się do marginalizacji opozycji spod znaku Ter-Petrosjana, który należy do głównych orędowników pójścia na ustępstwa względem Azerbejdżanu. Nacjonalistycznie nastawione społeczeństwo Armenii uznało takie stanowisko niemal za zdradę, stąd całą sprawę do ataków na opozycję wykorzystali Republikanie. Warto przy tym zaznaczyć, że republikańskie władze Armenii tworzą tak zwany „klan karabachski”, ponieważ prezydent Serkisjan i skupione wokół niego oligarchiczne rodziny wywodzą się właśnie z tego regionu.

Wybory uczciwe, ale…

Ogółem armeńskie wybory parlamentarne zostały uznane za przeprowadzone w sposób uczciwy, ale nie obyło się bez dużej dozy wątpliwości. Po pierwsze, same armeńskie służby prowadzą kilkanaście postępowań dotyczących fałszerstw lub kilkukrotnego głosowania. Po drugie, zachodnie organizacje krytykują kampanię wyborczą, która ich zdaniem nie była wolna od kupowania głosów i wykorzystywania państwowej administracji do osiągnięcia oczekiwanych przez władzę wyników. Na ten temat wypowiedział się zresztą polski dyplomata Piotr Świtalski, czyli unijny ambasador w Armenii. Jego zdaniem tamtejsze ugrupowania polityczne powinny rozpocząć dyskusję na temat odpowiednich zmian w wyżej wspomnianych kwestiach, tym niemniej towarzyszył mu optymizm z powodu szybkiego wdrożenia za unijne środki innowacje mające zabezpieczyć uczciwy przebieg wyborów.

Tymczasem Republikanie przystąpili już do tworzenia nowej koalicji rządowej, a ich partnerem mają być ponownie Rewolucjoniści. Politycy HJT twierdzą wręcz, że w ciągu najbliższych dni możliwe jest osiągnięcie ostatecznego porozumienia, ponieważ ich ugrupowanie ma  pozytywne doświadczenia z czasu ostatniego roku wspólnych rządów. Ormian czekają więc kolejne cztery lata rządów „klanu karabachskiego”.

Marcin Ursyński

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz