Pola manewru nie ma

Wprawdzie konflikt między Azerbejdżanem a samozwańczą Nagorno-Karabachską Republiką, a w konsekwencji z Armenią dało się szczęśliwie wygasić, to jednak w każdej chwili może on wybuchnąć z nową siłą. Moskwa zaczęła intensywnie działać na rzecz zawarcia przez obie strony trwałego pokoju, co niewątpliwie leży w jej interesie. Nie jest to jednak łatwe zadanie. Obie strony nie są skłonne do jakiegokolwiek kompromisu.

Azerbejdżan, który w 1994 r. przegrał i utracił nie tylko Nagorny Karabach, ale także kilka rejonów stricte azerskich, stanowiących 14 proc. terytorium republiki, niewątpliwie chce odwetu. Tym bardziej, że z zajętych przez Ormian terytoriów uciekło ponad 1 mln Azerów, którzy stali się uchodźcami. Deszcz petrodolarów sprawił też, że Baku dozbroiło się na tyle, że może myśleć o rozwiązaniu problemów siłą. Tym bardziej, że tego od obecnego prezydenta Ilchama Alijewa domaga się azerskie społeczeństwo.

Armenia też nie jest zachwycona obecnym stanem rzeczy. Wprawdzie doprowadziła do wyzwolenia Nagorno Karabachu, stanowiącego kolebkę ormiańskiej cywilizacji, ale zapłaciła za to blokadą ekonomiczną i komunikacyjną ze strony Azerbejdżanu i Turcji oraz dużymi stratami gospodarczymi.

Negocjacje toczące się między obydwoma państwami przy pośrednictwie Grupy Mińskiej OBWE nie dały nic. W 1997 r. o mało nie doszło do przełomu. Ówczesny prezydent Armenii Lewon Ter-Petrosjan ogłosił, że kompromis między obydwoma państwami jest nieunikniony, a także, że Armenia powinna zwrócić Azerbejdżanowi okupowane terytoria. Wywołało to jednak tak silne protesty, że Petrosjan okrzyknięty jako „zdrajca narodowej sprawy” musiał ustąpić ze stanowiska.

Kolejna szansa na postęp w sprawie pojawiła się, gdy w 2001 r. ówczesny prezydent Azerbejdżanu Gajdar Alijew zaproponował Armenii zniesienie blokady ekonomicznej w zamian za zwrot czterech okupowanych rejonów, ale Erewań propozycję odrzucił.

Dalsze negocjacje nie dały nic, bo strony konsekwentnie zajmowały przeciwstawne pozycje. Armenia domagała się, by Azerbejdżan uznał niepodległość Nagorno-Karabachu, ale Baku odrzucało ten postulat, godząc się nie tylko na szeroką autonomię. Nagorno- Karabach nie chciał wobec powyższego zwrócić Azerbejdżanowi zajmowanych rejonów, które przekształcił w obronną strefę buforową.

Rosyjska inicjatywa

Ostatnie czterodniowe starcia w rejonie Nagorno-Karabachu spowodowały, że Rosja intensywniej niż dotąd włączyła się do gry, usiłując przymusić obie strony do kompromisu. Do Erewania przyjechał rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow na rozmowy z prezydentem Serżem Sarkisjanem i ministrem spraw zagranicznych Edwardem Nałbandjanem. Dzień przed jego wizytą w Nagorno Karabachu znów polała się krew. W wyniku azerskiego ostrzału zginął żołnierz sił zbrojnych zbuntowanej republiki. Jeszcze wcześniej prezydent Serż Sarkisjan ogłosił, że rząd Armenii może uznać niepodległość Nagorno- Karabachu. Opozycyjne frakcje w parlamencie zgłosiły nawet projekt odpowiedniej ustawy. Ostatecznie sprawę zdjęto z planu dnia. Odbyło się to pod naciskiem Moskwy, która ustami Ławrowa oświadczyła, że nie ma alternatywy dla pokojowego rozwiązania problemu Nagorno-Karabachu. Uznanie niepodległości samozwańczej republiki przez Erewań oznaczałoby wybuch wojny ze wszystkimi konsekwencjami. Kiedy informacja, że parlament Armenii zamierza uznać niepodległość Nagorno Karabachu dotarła do Baku, to ogłosiło mobilizację i zaczęło przygotowania do wielkiej wojny…

Gdy Ławrow przyjechał do Erewania, nie czekało go bynajmniej ciepłe przyjęcie. W ormiańskiej stolicy szybko bowiem rozeszła się wieść , że rosyjski minister przywiózł ze sobą antyormiański plan i będzie naciskał na Erewań, by mu się bezwzględnie podporządkował. Według nieoficjalnych przecieków Rosja bardzo mocno naciska na Armenię, by ta zwróciła Azerbejdżanowi do końca bieżącego roku co najmniej pięć rejonów! Armenia formalnie nie jest stroną konfliktu, ale wiadomo, że bez jej wsparcia samozwańcza republika nie byłaby w stanie funkcjonować ani też stawiać skutecznego oporu wojskom Azerbejdżanu.

Co zrobi Erewań?

Dla nikogo nie jest też tajemnicą, że obecny prezydent Armenii wywodzi się z klanu karabachskiego i w swoim czasie był ministrem obrony Nagorno Karabachu. Nie jest bynajmniej jedynym przedstawicielem Karabachu w ormiańskiej elicie. Jest ich w niej znacznie więcej. Dla niej decyzja o zwrocie Azerbejdżanowi pięciu z siedmiu rejonów jest decyzją trudną. Pogarsza ona bowiem znacząco sytuację strategiczną Nagorno- Karabachu. Samozwańcza republika leży w dolinie , a rejony azerskie w górach nad nią. Można z nich bardzo łatwo ostrzeliwać przeciwnika i wyprowadzić ostateczne uderzenie. Poziom zaufania między Armenią a Azerbejdżanem jest tak niski, że ta nie wierzy, iż Azerbejdżan po odzyskaniu pięciu rejonów nie pójdzie naprzód. Rosyjska dyplomacja uważa, że żaden inny manewr dla zachowania pokoju nie jest możliwy. Przypomina też, że w zamian za zwrot pięciu rejonów Azerbejdżanowi, Turcja i Azerbejdżan zniosłyby blokadę ekonomiczną Armenii, co znacznie poprawiłoby jej trudną sytuację ekonomiczną. Ministerstwo Spraw Zagranicznych Rosji przypomina też, że Ławrow nie przywiózł do Erewania niczego nowego. Powtórzył tylko to, co zapisano w tzw. „drogowej karcie” OBWE wypracowanej w ramach rozmów w Kaznaiu w 2011 r., gdy prezydentem Rosji był Dymitr Miedwiediew. Rosja, namawiając Armenię do ustępstw, chce rozładować naprężoną sytuację i oddalić groźbę wojny, wciągnięcia do której nie dałoby się jej uniknąć. Nieoficjalnie ponoć uspokaja Erewań, że nie pozwoli Azerbejdżanowi zająć Nagorno- Karabachu, a określeniem jego statusu zajmą się już następne pokolenia! Jaki będzie rezultat jej zabiegów, pokażą najbliższe tygodnie.

Marek A. Koprowski

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz