Z ziemiańskiej rodziny

Ukończył w 1916 r. szkołę pilotów w Odessie i został w carskiej armii pilotem bojowym. Został dwukrotnie ranny, a w 1917 r. strącony pod Stanisławowem dostał się do niewoli austriackiej. Od 1918 r. służył w Legionach jako pilot i kurier Piłsudskiego. Po wojnie polsko-rosyjskiej Piłsudski wiedząc, że ważne stanowiska trzeba obsadzić swoimi ludźmi, mianował go z ramienia rządu inspektorem lasów państwowych na Wołyniu. Był to dowód zaufania. Nasza rodzina byłą spokrewniona z Piłsudskimi. Mój pradziad Lisowski herbu „Jeż” w 1848 r. po powrocie z wojen, chciał się ożenić z Billewiczówną. Billewicz, który nie miał synów oświadczył, że nie odda mu córki za żonę, jeśli mój pradziad nie przyjmie do nazwiska herbu ich rodziny -„Mogiła” (Lisowscy mają herb „Jeż”). Nasza rodzina uczciwie przyjęła herb Billewiczów i od tego czasu zawsze nazywamy się Mogiła- Lisowscy herbu „Jeż”. Nigdyśmy tego nie zdradzili.

Zygmunt Mogiła- Lisowski to postać niezwykła. Ziemianin urodzony w Romanówce na Wołyniu. Żołnierz 27 Wołyńskiej Dywizji AK i WiN-u. Poseł na Sejm I kadencji, wiceprzewodniczący Sejmowej Komisji Obrony Narodowej, członek Naczelnej Rady Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, członek Zarządu Krajowej Rady Lotnictwa, ekspert Polskiego Lobby Przemysłowego, prezes Towarzystwa Miłośników Wołynia i Polesia, wiceprezes Krajowego Ruchu Patriotycznego. Ukończył Wydział Chemii na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Mąż, ojciec i dziadek.

– Moje życie było burzliwe, jak wiek dwudziesty i pełne niezwykłych zdarzeń – wspomina. – Ostatni raz widziałem swój dom rodzinny w październiku 1939 r. Miałem wtedy 11 lat. Wtedy też skończyło się moje dzieciństwo. Musiałem szybko dorastać, myśleć i działać, jak dorosły. Zanim zdałem maturę, zdążyłem już być partyzantem, żołnierzem i więźniem Urzędu Bezpieczeństwa. Urodziłem się w Romanówce k. Łucka nas Wołyniu w 1928 r. Stanowiła ona majątek Rodziewiczów, rodziny mojej matki. Jak wynika z dokumentów, pozostawał w rękach rodziny od co najmniej dwustu lat. Z przekazów rodzinnych wynika jednak, że mógł należeć znacznie dłużej. Świadczyły o tym stare dokumenty pisane ręcznie na zwojach pergaminu. Pokazywała mi je moja matka, traktując jako skarb rodzinny. Owe dokumenty wraz z innymi najcenniejszymi przedmiotami matka zakopała na początku II wojny światowej.

Dworzanin księcia Lubarta

– Do dziś ich nie odnalazłem. Wynikało z nich, że nasz praprzodek był dworzaninem księcia Lubarta w Łucku. Jego potomkowie osiedlili się na Wołyniu i Polesiu, tworząc dwie linie Rodziewiczów: wołyńsko-poleską i litewską. Litewska linia Rodziewiczów rozrodziła się i przerzuciła przez Nowogródczyznę na Wileńszczyznę. Znamienne jest, że herb Polesia i Rodziewiczów jest taki sam-napięty Łuk z dwiema strzałami. W latach siedemdziesiątych XIX wieku podzielono cały majątek Rodziewiczów z linii wołyńskiej między dwóch synów: Kazimierza i Romana. Kazimierz został w Niemirze. Był, jak to mówiono, lekkoduchem uwielbiającym rozrywki. Dziś uważam, że dobrze zrobił, bo przynajmniej coś z tego miał. Mój ojciec przed wojną wykupywał jego weksle i przejął część Niemiru. Matka natomiast marzyła o wykupieniu rodowej siedziby, pałacyku liczącego 150 lat. Notabene pałacyk stał jeszcze 15 lat temu, ale gdy przyjechałem tam w 2007 roku, już nic z niego nie zostało. Natomiast mój dziadek Roman Rodziewicz otrzymał liczący 600 ha ziemi folwark. Wybudował tam ładny 12- pokojowy, bardzo wygodny dom, przebudowany później przez mojego ojca. Do domu wchodziło się z różnych stron: od frontu, od folwarku, czyli całego gospodarstwa i poprzez kuchnię. Od frontu wchodziło się do bardzo dużego przedpokoju o powierzchni ponad 20 metrów kwadratowych , z którego 3 pary drzwi prowadziły do dalszych pomieszczeń. Na lewo znajdował się salon z ogromnym czarnym biurkiem ojca. Trzymał w nim pieczątki i dokumenty rodzinne.

Ogromnie go lubiłem

– Ponadto znajdowały się tam dwie otomany, a na czterech oknach stało bardzo dużo kwiatów, bo mama się w nich kochała. W salonie odbywały się wszystkie rodzinne uroczystości. Na wprost wchodziło się do dużej jadalni, z której wejście prowadziło do salonu, werandy i sypialni. Stał w niej przepiękny, duży kredens z białego drewna brzozowego, rzeźbionego w ornamenty kwiatowe. Ogromnie go lubiłem. Będąc niedawno w Romanówce pytałem, czy choć fragmenty się u kogoś nie zachowały. Niestety, nic nie udało się odzyskać. W jadalni stał też duży rozsuwany stół. Na lewo od jadalni była mała łazienka i wejście do pokoju cioci. Wodę do łazienki przynosiło się z kuchni i nalewało do dużego baniaka z kranem, gdyż nie było kanalizacji. Wieczorami zapalało się lampę naftową. W Romanówce nie było elektryczności, ojciec zamierzał kupić własny generator, ale plany te pokrzyżowała II wojna światowa. Obok łazienki w małych pokojach mieszkała moja nauczycielka pani Kołowska (jej brat, który zawsze przyjeżdżał do nas na wakacje, został później moim szwagrem) oraz ciotka. Dalej znajdowała się duża sypialnia moich rodziców, z której było również wejście do pokoju kredensowego – mama mogła tamtędy przejść bezpośrednio do kuchni.

W naszym domu był sztab

– W sypialni stały dwa metalowe ozdobne łóżka, po lewej mamy, po prawej taty. Tak, jak w każdym kresowym domu ważną rolę odgrywała w naszym dworze babcia – Bronisława Rodziewicz. Po śmierci dziadka w 1910 r. sama wychowywała czworo dzieci: moją mamę, urodzoną w 1900 roku i o rok od niej starszą Anielę oraz dwóch synów. Jeden zmarł na tyfus w 1917 r., natomiast drugi po wypadku w dzieciństwie był niepełnosprawny umysłowo i zmarł w czasie wojny. W czasie I wojny światowej przez Romanówkę przechodził front. Byli u nas Niemcy, Rosjanie, a w końcu w 1916 r. stanęli Austriacy. W naszym domu był sztab. Całą ziemię pokryto okopami. Pola na przestrzeni wielu kilometrów były zryte. Co 200-300 metrów wykopano rowy i ustawiono druciane transzeje. Babcia robiła wszystko, żeby uratować nasz majątek. Ze wszystkimi potrafiła rozmawiać, zarówno z szeregowcami, jak i oficerami, czy generałami. Gdy nadchodzili bolszewicy, zabrała kilkadziesiąt krów i koni i uciekła aż pod Rzeszów. Wracała potem z tym wszystkim do Romanówki. Mówiła zawsze do mnie „synuś, synuś”, bo miałem się nazywać Rodziewicz jako jedyny potomek z tej linii. Przed moim urodzeniem ojciec się zgadzał na to, ale potem kategorycznie odmówił. Babcia umarła w 1936 r. Miałem wtedy 8 lat. Bardzo to przeżyłem, byłem do niej mocno przywiązany.

Czuwała nad rodziną

– Wkrótce okazało się, że nawet po śmierci nadal czuwała nad swoją rodziną. Miałem z nią kontakt jeszcze kilkakrotnie. W 1939 r. pojawiła się w nocy w salonie naszego domu. Spali tam mój późniejszy szwagier Sławek Kozłowski (ożenił się z moją siostrą Marią w 1949 r.) i brat cioteczny Jurek Paszkowski. Podeszła najpierw do Sławka, potem do Jurka, westchnęła, popatrzyła na nich i wyszła. Chłopcy się zerwali i ze strachu pouciekali. Ojciec później śmiał się z nich. Niedługo potem przyszedł telegram z Tarnowa. Podczas prowokacji niemieckiej na stacji kolejowej wybuchła bomba i zginęła matka Sławka, która prowadziła tam przechowalnię bagażu. Niecały tydzień później przyszedł kolejny telegram. Brat Jurka, Tadek Paszkowski (wychowanek ojca) pilot, podchorąży zginął w Dęblinie, prowadząc ćwiczenia. Leciał w kluczu samolotów, pilotowanych przez rezerwistów. Jeden z nich wpadł mu na stery. Moja mama Aleksandra z Rodziewiczów Mogiła-Lisowska, urodzona w 1900 r. po wojnie i ślubie z ojcem przejęła rządy „kobiecą stroną” Romanówki. Miała dobre pensjonarskie wykształcenie. Była bardzo pracowita i zajmowała się gospodarstwem. Wstawała o piątej rano razem z ojcem. Była typową matroną. Nadawała styl dobrego, zasobnego domu (choć nie zawsze był naprawdę zasobny). Świetnie gospodarowała i potrafiła utrzymać doskonałe stosunki ze wszystkimi wokół. Potwierdza to chociażby sytuacja podczas rozruchów spowodowanych przez ukraińskich komunistów. Przyjechała wówczas do nas kawaleria. Ukraińcy z Tychotyna przyszli do matki z prośbą o wstawiennictwo i nikomu z nich włos z głowy nie spadł. Byli jej bardzo wdzięczni. Zresztą Tychotyn do końca zachowywał się przyzwoicie.

Wieś nacjonalistyczna

– Natomiast sąsiedni Niemir, była to wieś nacjonalistyczna. Stryj nie dbał o majątek. Za co nie był szanowany przez mieszkańców, bo widzieli, że go trwoni. Stale były konflikty. Mój ojciec Stanisław Mogiła-Lisowski urodził się w 1894 r. w Radomiu. Ukończył w 1916 r. szkołę pilotów w Odessie i był w carskiej armii, gdzie służył podczas I wojny światowej jako pilot bojowy. Został dwukrotnie ranny, a w 1917 r. strącony pod Stanisławowem dostał się do niewoli austriackiej. Od 1918 r. służył w Legionach jako pilot i kurier Piłsudskiego. Po wojnie polsko-rosyjskiej Piłsudski wiedząc, że ważne stanowiska trzeba obsadzić swoimi ludźmi, mianował go z ramienia rządu inspektorem lasów państwowych na Wołyniu. Był to dowód zaufania. Nasza rodzina byłą spokrewniona z Piłsudskimi. Mój pradziad Lisowski herbu „Jeż” w 1848 r. po powrocie z wojen, chciał się ożenić z Billewiczówną. Billewicz, który nie miał synów oświadczył, że nie odda mu córki za żonę, jeśli mój pradziad nie przyjmie do nazwiska herbu ich rodziny -„Mogiła” (Lisowscy mają herb „Jeż”). Nasza rodzina uczciwie przyjęła herb Billewiczów i od tego czasu zawsze nazywamy się Mogiła- Lisowscy herbu „Jeż”. Nigdyśmy tego nie zdradzili.

Znał Piłsudskiego

– Żoną mego pradziadka była rodzona siostra matki Piłsudskiego. Mój dziad Kazimierz Mogiła-Lisowski doskonale znał Józefa Piłsudskiego, razem walczyli w 1905 r. przeciwko caratowi. Mój ojciec był przystojny i zawsze towarzyski. Mieszkając w Łucku, chodził grać w brydża u doktorostwa Żytyńskich, spokrewnionych z Rodziewiczami. Poznał u nich moją matkę i ożenił się z nią w 1921 r. Był bardzo operatywny, rozpoczął odbudowę Romanówki, która była kompletnie zniszczona po I wojnie światowej. Został tylko murowany dom, częściowo zrujnowany, podobnie jak obora. Część zabudowań była spalona, a sad znacznie wyrąbany. Ojciec opowiadał, że największe kłopoty miał z zasypywaniem okopów i usuwaniem drutu. Dzięki temu, że miał dobrą posadę, było za co żyć, bo przez dwa lata w gospodarstwie nie robił nic innego prócz zasypywania rowów i zwijania drutów, które to następnie sprzedawał. Kiedy to wszystko usunął, zaczął hodowlę wołów z przeznaczeniem na mięso. Ponieważ ziemia w posiadłości mojego ojca była wspaniała, był to czarnoziem, w niektórych miejscach torfowy, ojciec dokupił koni i sprowadził fornali. Zbudował dla nich pomieszczenia, wyremontował dom i zaczął normalnie gospodarować.

Wykorzystał popyt

– Doskonale wykorzystał ówczesny duży popyt na zboże i pszenicę, a następnie założył zarodową hodowlę krów Sementalerów. Równocześnie przed 1930 r. rozpoczął hodowlę owiec. Mieliśmy około tysiąca matek kolczykowanych o specjalnej miękkiej wełnie, która trafiała do tkalni w Leszczkowie. Ojciec stale dokupował konie – w 1939 r. mieliśmy już 32 sztuki. Majątek stawał się coraz bardziej zmechanizowany. Ojciec zamierzał kupić traktory, gdyż do majątku należały duże połacie ziemi. Liczył on około 600 ha., w tym ziemi ornej było 450 ha., resztę stanowiły łąki i las przy folwarku Bronisławka. W 1939 r. majątek był u szczytu swojej wielkości i wydajności. Mówiąc o mojej rodzinie muszę też wspomnieć o swojej siostrze, a także dokończyć swoje opowiadanie o domu, z którym byłem bardzo związany. Moja siostra Marysia była o kilkanaście miesięcy starsza ode mnie. Nazywano ją „Docia” i uważano, ze wrodziła się w ojca. Natomiast ja byłem „swój”. Od dziecka mówiłem po ukraińsku, a od kolonistów niemieckich nauczyłem się niemieckiego Siostra już od czwartej klasy chodziła do szkoły w Łucku i mieszkała tam u wujostwa Żytyńskich. Ja natomiast zostałem w domu. Miałem guwernantkę, a w Łucku w końcu roku szkolnego zdawałem egzaminy. Nie chciałem wyjeżdżać ku zadowoleniu moich rodziców, którzy woleli mnie mieć przy sobie.

Zapach wędlin

– Byłem bardzo związany emocjonalnie z domem, do dziś stale mam ochotę tam jeździć. Dom był parterowy z werandą. Przed domem był gazon, dwa kasztany, piękna lipa, chyba dwustuletnia, jaśminy, akacje. Dalej były trzy ule i lodownia, w której cały rok można było kręcić lody. Za nimi była tzw. sławojka. Każdego wchodzącego od strony kuchni zawsze uderzał charakterystyczny zapach wędlin, bo obok była spiżarnia, gdzie za siatką wisiały połcie słoniny, uwędzone kiełbasy i szynki, które np. na Wielkanoc obłożone ciastem pieczono w piecu chlebowym. Były wspaniałe. W korytarzu pachniało także ziołami. Moja matka była zwolenniczką leczenia nimi drobnych schorzeń. Nieco poważniejszymi zajmowały się miejscowe znachorki, których kuracje np. palonymi włóknami konopi, bywały skuteczne, o czym przekonała się moja babcia. Kuchnia była bardzo duża. Stał w niej olbrzymi stół. Jadali przy nim parobkowie, którzy nie założyli jeszcze własnych rodzin. Bardzo często przychodziłem jeść z nimi śniadanie, bo dostawali zacierki na mleku, takie skubane, które do dziś ubóstwiam i świetny domowy chleb. Potem do pracy brali ze sobą pajdę chleba z masłem lub smalcem ze skwarkami, a czasem ze słoniną taką, która nasolona leżała rok w beczce. Była równie wspaniała jak wędliny. W kuchni z lewej strony stała duża kuchnia z żelaznym blatem, a bok równie duży piec chlebowy. Za kuchnią był tzw. „kredens”- duży pokój.

Kupił cement

– Mieszkały tam: gospodyni, główna kucharka oraz zaufana służąca mojej mamy, która miała wstęp do wszystkich pokoi. Jedno z wejść do domu znajdowało się od strony gumna, czyli zabudowań folwarcznych. Był tam magazyn zboża i stara obora, którą ojciec przebudował na wytwórnię pustaków. Kupił cement, gdyż uważał, że budowanie z własnych materiałów bardziej się opłaci. Dalej był olbrzymi budynek, którego połowę zajmowała stajnia, natomiast drugą połowę obora, w środku której była przygotowalnia pasz z sieczkarnią.

Cdn.

Marek A. Koprowski

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz