„Polacy wznosząc ostre okrzyki kilka razy rzucali się do ataku na naszych [Szwedów]. Wbrew swemu zwyczajowi trzymali się mocno pod szwedzkim ogniem kul z dział i muszkietów, choć wielu z nich padło.”[1]
Poniższy artykuł jest kontynuacją tekstu:
Bitwa pod Kłeckiem (Gnieznem) 1656. Czyli o tym, jak polscy historycy ją przegrali i co husaria ma z tym wspólnego (cz. 2)
Bitwa pod Kłeckiem trwała około 4 – 5 godzin. Przez ten czas polska kawaleria wystawiona była nie tylko na ogień muszkietów i dział, ale także pistoletów oraz na ciosy broni białej rajtarów. Poległo w niej zaledwie kilkudziesięciu Polaków[2], co skuteczność broni palnej stawia w bardzo negatywnym świetle. Mimo to źródła zgodnie twierdzą, że to właśnie dzięki działom Szwedzi tę bitwę wygrali[3]. Dlaczego?
Kompleks niższości
Armia polska w pierwszym okresie „potopu” szwedzkiego cechowała się kompleksem niższości. Wynikał on głównie z przesadnej wagi, jaką masy niedoświadczonych wojaków przykładały do wysokiego stopnia nasycenia armii wroga bronią palną. Innymi słowy, duża ilość broni palnej w szeregach Szwedów i obawa przed tą bronią, była źródłem tego, że większość Polaków przeceniała wartość bojową armii szwedzkiej. Polacy czuli się gorsi, bo na skutek wielu przyczyn, ilość piechoty i dział w armii polskiej była w tym czasie bardzo niska.
Użycie broni palnej jest bardzo efektowne. Huk, błysk, dym – to wszystko są silne bodźce dla psychiki ludzkiej. Broń palna wydaje się przez to straszniejsza niż jest w istocie. Człowiek, który wie, że na broń przeciwnika nie może odpowiedzieć taką samą bronią, czuje się upośledzony. Staje się wtedy szczególnie podatny na jej użycie. Przykładów dostarczają konflikty z różnych epok. Mechanizm ten obserwowali na przykład polscy dowódcy wojny 1939 roku. Generał dywizji Tadeusz Kutrzeba, w swojej analizie działań armii polskiej we wrześniu 1939 r. notował:
„Najbardziej ujemnie oddziaływał na nasze wojska brak lotnictwa i bardzo słaba liczebnie obrona przeciwlotnicza. Żołnierz nasz pragnął widzieć naszych lotników w powietrzu, wierzył bowiem, że tylko oni mogą go właściwie osłonić. Gdy lotników nie starczyło, a szczególnie gdy ich brakło zupełnie, upadek ducha był widoczny. W okresach ciężkich walk nad Bzurą jeden z dowódców dywizji piechoty, prosił mnie o jakąkolwiek osłonę powietrzną, gdyż bez niej – jak twierdził – nie sposób jest zmusić oddziały do posuwania się naprzód, nawet jeśliby nie było oporu. Nie mając w tym czasie prawie żadnego lotnictwa, gdyż wszystko było wybite lub zniszczone, umówiłem się, że jeden klucz [czyli 3 samoloty] poleci w pierwszej godzinie tylko po to, żeby go pokazać własnym żołnierzom.”[4]
Jak widać, na skutek opanowania przez Niemców przestrzeni powietrznej nad naszym krajem, żołnierzy polskich ogarnął irracjonalny strach przed możliwością ataku z powietrza – tak zwany kompleks lotnika. Żołnierze ci reagowali nieproporcjonalnie silnie do faktycznego zagrożenia. Strach przed atakiem z powietrza był tak potężny i tak bardzo osłabiał morale Polaków, że jakakolwiek ofensywna akcja, nawet przy braku oporu ze strony przeciwnika, kiedy groziły niemieckie naloty, była praktycznie niemożliwa. Aby przełamać ten strach, wysyłano nad polskie oddziały nisko latające awionetki. Ich jedynym zadaniem było zademonstrowanie żołnierzom, że polskie lotnictwo wciąż istnieje. Widok biało-czerwonej szachownicy na niebie był najlepszym lekarstwem dla morale Polaków. I nie miało znaczenia, że wysyłane 3 samoloty nie mogły przeciwstawić się niemieckiemu lotnictwu. Nie miało to znaczenia, bo piechurzy nie byli tego świadomi. Dla nich liczyło się tylko to, że polskie lotnictwo wciąż istnieje i że (w mniemaniu tych żołnierzy) jest ono w stanie przeciwstawić się niemieckiemu.
O kompleksie niższości i o wpływie, jaki na żołnierzy polskich miał fakt, że nie dysponowali oni odpowiednimi środkami, którymi mogli odpowiedzieć na ogień wroga, mówi kolejna notatka Kutrzeby:
„[…] [dla żołnierza] jest obojętne, jaki ogień go razi, zaś za miarodajne kryterium bierzemy to, czy na ten ogień reagować potrafi, czy też musi bezbronnie cierpieć. Gdy reakcja następuje[a więc wtedy, gdy żołnierz posiada odpowiednie środki, którymi może odpowiedzieć na ogień przeciwnika], wytrzymałość żołnierza jest większa, gdy jej nie ma – szybko powstaje znany nam ‘kompleks niższości’, równoznaczny z osłabieniem siły bojowej.”[5]
Wyraźnie widać, że mechanizm powstawania kompleksu niższości jest ponadczasowy, a jego wpływ na morale żołnierzy jest nieproporcjonalnie wysoki do faktycznego zagrożenia. Sam Kutrzeba oceniał skutki niemieckich nalotów i ostrzału artyleryjskiego głównie przez pryzmat ich wysokiej efektowności, a nie efektywności:
„Wydaje mi się, że[przynajmniej] Polacy, a może stworzenia w ogóle, mało reagują na widok krwi i śmierci poniesionej w boju, a bardzo wrażliwie odczuwają wszelkie akcje dźwiękowe, jak huki i wybuchy. Boje na białą broń były powszechnym zjawiskiem i z reguły wychodziły na naszą korzyść, nawet przy udziale słabych sił. Natomiast ogień artylerii, nawet mało celny – denerwował, a bombardowanie lotnicze – szczególnie masowe i z małych wysokości – rozprzęgało psychicznie. Może to resztki jakiegoś naturalnego instynktu, może to wiara w jakąś przemoc albo też prymitywne rozumowe odnoszenie się do zjawisk wojny, ale[jest to] fakt, że bezbronność nasza wobec broni o dużych skutkach dźwiękowych powodowała niewspółmiernie wysokie szkody natury psychicznej.”[6]
W świetle doświadczeń polskich z wojny 1939 roku, rola broni palnej na siedemnastowiecznym polu bitwy staje się klarowna. Jeśli była ona używana przeciwko niedoświadczonemu i nie posiadającemu odpowiedniej ilości broni palnej przeciwnikowi, to duża efektowność jej salw, powodowała niewspółmiernie wysokie do jej faktycznej skuteczności „szkody natury psychicznej”.
Szable przeciwko kulom
Paweł Skworoda w swojej pracy o artylerii polskiej i szwedzkiej doby „potopu”, zwrócił uwagę na dwie ciekawe relacje o bitwie pod Kłeckiem. Zdaniem bliżej nieznanego polskiego oficera:
„[…] brak własnych armat przeciwko szwedzkiej artylerii, spowodował ucieczkę w powszechnym zamieszaniu”[7]
Na co wskazuje ten cytat? Czy na to, że artyleria szwedzka cechowała się jakąś szczególną efektywnością? Nie wydaje się. Oficer ten nie stwierdził przecież, że duże straty Polaków od ognia działowego zmusiły ich do odwrotu. Powyższy opis wydaje się być znakomitą ilustracją zjawiska kompleksu niższości. Wygląda na to, że na ostateczny odwrót Polaków z pola bitwy pod Kłeckiem w jakimś stopniu wpłynęło to, że nie mieli oni możliwości przeciwdziałania ostrzałowi działowemu prowadzonemu przez Szwedów. Nie mieli, bo z braku własnej artylerii nie byli w stanie odpowiadać ogniem na ognień nieprzyjaciela. Stefan Czarniecki trzy dni po bitwie pisał do króla:
„Byśmy mieli armaty co a piechoty mieli, albo też żeby był Pan Bóg ad mentem meam umyśloną posczęścił imprezę[mowa tu o tym sposobie rozegrania bitwy, który pierwotnie planował Czarniecki] uczyniełby się był nieprzyjacielowi koniec.”[8]
Czy brak własnej artylerii był jedynym powodem odwrotu Polaków? Nie. Polscy uczestnicy bitwy zwracają również uwagę na znakomite wykorzystanie przez stronę szwedzką niekorzystnego dla jazdy ukształtowania terenu. W ten sposób przechodzimy do drugiej relacji, na którą zwrócił uwagę Paweł Skworoda. Jest to relacja Jakuba Łosia, naówczas towarzysza chorągwi pancernej Władysława Myszkowskiego i uczestnika tejże bitwy. Łoś pisał:
„Tego roku 1656 dnia 9 mai[powinno być 7 mai, czyli maja], pod Kleckiem, mila od Gniezna, stanęło Szwedów na osiem tysięcy wojska dobrego, do których nasi poszedłszy i zastawszy ich między błotami, nie mogąc przeciwko ich armacie z gołymi brzuchami nic uczynić, z wielką konfuzyją odeszli, niemałą z dział w koniach i ludziach poniósłszy szkodę.”[9]
Później dodał:
„Mieli wodzowie nasi przestrogę od jednego księdza w Gostyniu dwiema tygodniami przedtem, że mieli wiktoryją otrzymać, acz z wielkim rozlaniem krwie, na św. Stanisław[8 maja]; jakoż podobieństwo było wielkie, gdyby poczekali do jutra, bo by byli Szwedzi wyszli w przestronne pole, żeby ich byli nasi snadno ze wszystkich stron mogli najeżdżać.”[10]
Z rozważań Łosia wynika więc, że na rezultat bitwy miało wpływ to, że jazda polska nie mogła „nic uczynić ich [szwedzkiej] armacie” oraz, że w „przestronnym polu” byłoby „podobieństwo wielkie” pokonać Szwedów. Łoś informuje nas również o tym, że Polacy zastali Szwedów „między błotami”. Na niekorzystne dla jazdy a korzystne dla Szwedów ukształtowanie terenu zwrócił uwagę również Czarniecki[11]. Są to jednoznaczne sugestie wskazujące, że polska niemoc w obliczu szwedzkich dział brała się z niekorzystnego dla jazdy koronnej, a korzystnego dla armii szwedzkiej (w tym i jej artylerii) ukształtowania terenu. Analiza powyższa w pełni potwierdza, że odporność psychiczna na ogień artylerii i piechoty szwedzkiej, którą przez dłuższy czas prezentowała jazda polska, a którą odnotowali sami Szwedzi, nie mogła zrekompensować faktu, iż toczyła się ona w warunkach dla tej jazdy skrajnie niekorzystnych, czyli w terenie błotnistym, gdzie swobodnego dostępu do wroga broniły i wezbrana rzeka Wełnianka rozdzielająca armię polską, i rów (może było ich więcej niż tylko jeden?), za którym chronił się nieprzyjaciel przed szarżami husarii, i zagajnik, z którego nie omieszkał skorzystać wódz szwedzki lokując tam zasadzkę ogniową spieszonych dragonów[12]. Ostatecznie, przy zapadającym zmierzchu, Polacy ustąpili z placu boju, wstrząśnięci psychicznie tak brakiem możliwości skutecznej walki w takich warunkach terenowych jak i brakiem wsparcia własnej artylerii, która mogłaby odpowiedzieć na ogień artylerii szwedzkiej, a także tym, że nie mogli Szwedów sprowokować do walki w rozluźnionych szykach. Na ten ostatni fakt zwrócił uwagę historyk szwedzki:
„Próbowali [Polacy] przy tym różnych sposobów, by rozbić nasze szyki i otoczyć wybiegających do przodu. Lecz Szwedzi, znający już sposoby Polaków, utrzymywali zwarte szeregi i nie mniej dzielnością, co zręcznością zniweczyli ten impet, tak hamując Polaków, że choć ci znieśli wiele salw i stratę wielu zabitych, w rozpuszczonych szykach rzucili się do ucieczki.”[13]
Ale bitwa pod Kłeckiem to także ilustracja innej prawdy. Przecież Szwedzi ponieśli w niej wielokrotnie cięższe straty od Polaków. Dlaczego? Odpowiedział na to Francuz Pierre Des Noyers, sekretarz polskiej królowej:
„Prawdą jest, że odkąd Polacy przyjęli tę metodę i postanowili wytrzymać pierwszą salwę[nieprzyjaciela] i natychmiast ścierać się wręcz z szablą w dłoni, pokonali Szwedów we wszystkich potyczkach.”[14]
Niemal to samo odnotował polski szlachcic, Samuel Twardowski. Tyle, że w przeciwieństwie do Francuza piszącego o bitwie pod Gnieznem, on swoją uwagę zamieścił przy opisie bitwy pod Kościanem, do której doszło ledwie dwa dni później, a w której wielkopolskie pospolite ruszenie rozbiło i zmasakrowało cztery regimenty kawalerii szwedzkiej:
„I iako w tym z obu stron ognia sobie dadzą,
Niepodobnym uporem, prętko się rozwadzą;
Ze iedni ustępować wnetże drugim muszą,
Szwedzi zwłaszcza, gdy prożno drugi raz się kuszą
Przyyść do strzelby, od naszych szabel poniesieni,
I ani nawołani, ani poprawieni,
Przepadną ku Mosinie. Gdzie ich wszędy bito. […]
Tak że od pułtoru
Ich tysiecy, a niemal samego wyboru
Ledwie uszło z piećdziesiąt.”[15]
Ten element taktyczny, czyli wytrzymanie ognia nieprzyjaciela i uderzenie na białą bronią, można również odnaleźć w pierwszym znanym nam dziś regulaminie dla kawalerii polskiej[16]. Właśnie taki sposób walki zadawał przeciwnikowi ciężkie straty. Znacznie cięższe, niż ostrzeliwanie go ówczesną bronią palną.
Epilog – Cudowny krzyż
„Przed potrzebą pod Gnieznem, w kościele katedralnym tamtecznym dwiema dniami krew ciekła z pasyjej Chrystusa Pana na ołtarzu ku północnej stronie, co prawie wszyscy widzieli. W sobotę ciec przestała; w niedzielę potrzeba z Duglasem, generałem szwedzkim, była.”[17]
Takim wstępem Wespazjan Kochowski poprzedził utwór „Postrzał w gnieźnieńskiej potrzebie”. Cudowny krzyż (właściwie pasyjka), z którego przed bitwą pociekła krew, wspominał nasz husarz jeszcze trzy dekady później:
„Zaprawdę, nie było w tym żadnego oszukaństwa ani szalbierstwa, jakżeż bowiem wyciekający obficie płyn mógłby zostać ukryty w cienkim kawałku drzewa? Cud ten przeraził przypatrujących się, zadziwionych niezwykłością zdarzenia; również ja, który piszę te słowa, zdumiony i ciekawy, dotknąwszy palcem spadającej kropli, przekonałem się, że to prawdziwa krew płynie.”[18]
Wspominał nie bez powodu. Ręka husarza-niedowiarka, która dotykała krwi Chrystusowej, by sprawdzić, czy to prawdziwy cud, czy też szalbierstwo, została dwukrotnie postrzelona w bitwie pod Kłeckiem:
„Niewiarą idąc ty z płynącym krużem
Masz pomstę, ręko, gdy postrzałem dużem
Dwoja-ć kula ramię zrani
I prętką karą niedowiarstwo zgani.”[19]
Różnie sobie tłumaczono ów cud. Kochowski sądził, że:
„daje znać Bóg dobrotliwy,
Że on Polski nie zabaczy,
Dla której drugi raz krew swą lać raczy.”[20]
Inaczej ów cud i przy okazji przegraną bitwę, tłumaczył Mikołaj Jemiołowski:
„Niezgodzie zaś regimentarzów[Czarnieckiego i Lubomirskiego], co w samej rzeczy było, i niedostatkowi armaty, nieforemny progress tej potrzeby[przebieg tej bitwy] przyczytano. Lecz podobno bardziej by się przypisać miało niezwyczajnej swywoli i rozpuście czeladzi wojskowej, którzy zabiegając czatami, nie tylko wieśniakom, miesczanom, slachcie i dworom ich, ale nawet i kościołom nie folgowali. Mieszali się do nich Tatarowie litewscy, których[w] chorągwi[ach], tych zwłascza co od Szwedów odstali, niemało było. Ci niemiłosiernie z ludźmi postępowali i ze wszystkiego odzierali. I nienadaremnie snadź za zdaniem wielu w wigilie świętego Stanisława w kościele katedralnym gnieźnieńskim, dniem przed potrzebą[21], widziany był od wszystkiego wojska prawie przy mszy na ołtarzu jednym krucyfiks krwawymi łzami płaczący, podobno tych ekscesów, które się działy od Szwedów i Polaków litujący.”[22]
Płakać więc miał Chrystus nad niedolą prostego ludu. A w bitwie ukarał tych, którzy do tej niedoli się przyczynili. Można w to wierzyć, lub nie, ale jakkolwiek by nie było, cudowny krzyż wciąż można podziwiać w gnieźnieńskiej katedrze. Do czego zachęcam każdego, kogo zainteresowała historia bitwy pod Kłeckiem 1656 roku.
dr Radosław Sikora
Tematy pokrewne:
„Bitwa pod Treiden 1 lutego 1628 roku”
„Polski nacinacz w walce ze szwedzkim lwem północy”
„Pogrom Szwedów pod Kościanem 9 V 1656”
„Większe niż Kircholm to zwycięstwo? Lubrze 1656”
„Chybice 18 VI 1704 – ostatnie przebłyski chwały husarii”
“Bitwa pod Kryżborkiem (Jakobstadt), 5 sierpnia 1704 roku”
“Spektakularne zwycięstwa oręża polskiego – subiektywny przewodnik”
_____________________________________________
Przypisy:
[1] Samuel Pufendorf, Siedem ksiąg o czynach Karola Gustawa króla Szwecji. Przetłumaczył, opracował i wstępem opatrzył Wojciech Krawczuk. Warszawa 2013. s. 147.
[2] http://kresy.pl/kresopedia,historia,rzeczpospolita?zobacz/bitwa-pod-kleckiem-gnieznem-1656-czyli-o-tym-jak-polscy-historycy-ja-przegrali-i-co-husaria-ma-z-tym-wspolnego-cz1
[3] „[Robert Douglas] ]Pod Kłeckiem go [Czarnieckiego] z Armatą, o straszną przywiedzie
Zaraz desperacyą; że lubo się [Czarniecki] czuie
Trzykroć w większey potedze, pola ustepuie.”
(Samuel Twardowski, Woyna Domowa Z Kozaki i Tatary Moskwą, potym Szwedami, i z Węgry, Przez lat Dwanascie Za Panowania Nayjasniieyszego Iana Kazimierza Krola Polskiego tocząca sie. Na cztery podzielona Xięgi. Kalisz 1681. s. 182). Inne źródła cytuję w dalszej części artykułu.
[4] Tadeusz Kutrzeba, Wojna bez walnej bitwy.W: Wrzesień 1939 w relacjach i wspomnieniach. Opr. Mirosław Cieplewicz, Eugeniusz Kozłowski. Warszawa 1989. s. 368.
[5] Tamże, s. 367.
[6] Tamże, s. 368 – 369.
[7] Paweł Skworoda, Artyleria szwedzka i polska artyleria koronna w dobie potopu – próba porównania. Przyczynek do historii wojen Rzeczypospolitej ze Szwecją. „Studia i materiały do historii wojskowości”, Białystok 2005. t. 42. s. 19.
[8] Stefan Czarniecki do JKMci ze Środy, 10 V 1656. W: Tadeusz Nowak, Kampania wielkopolska Czarnieckiego i Lubomirskiego w roku 1656. „Rocznik Gdański” 1938, t. XI. s. 146 – 148.
[9] Jakub Łoś, Pamiętnik towarzysza chorągwi pancernej.Opr. Romuald Śreniawa-Szypiowski. Warszawa 2000. s. 66.
[10] Tamże, s. 67.
[11] List Stefana Czarnieckiego do burmistrzów i rajców miasta Gdańska, pisany z Kcyni, 28 V 1656. W: Tadeusz Nowak, Kampania wielkopolska Czarnieckiego i Lubomirskiego w roku 1656. „Rocznik Gdański” 1938, t. XI. s. 154 – 155.
[12] Porównaj uwagi Kochowskiego o ukształtowaniu terenu i jego wykorzystaniu przez Szwedów (Kochowski Wespazjan, Lata potopu 1655-1657. Opr. Leszek Kukulski. Warszawa 1966. s. 169 – 171). Miejscami było jednak wystarczająco dużo pola „do potkania się jazdy” (Mikołaj Jemiołowski, Pamiętnik dzieje Polski zawierający (1648-1679).Opr. Jan Dzięgielewski. Warszawa 2000. s. 197), co też ta skrzętnie wykorzystywała (Kochowski, Lata, s. 170).
[13] Pufendorf, Siedem, s. 147.
[14] Pierre Des Noyers, Lettres … secretaire de la reine de Pologne Marie-Louise de Gonzague, pour servir a l’histoire de Pologne et de Suede de 1655 a 1659. Berlin 1859. s. 167.
[15] Twardowski, Woyna, s. 181.
[16] Radosław Sikora, Husaria pod Wiedniem 1683. Warszawa 2012. s. 157.
[17] Wespazjan Kochowski, Postrzał w gnieźnieńskiej potrzebie. W: Wespazjan Kochowski. Poezje wybrane. Opr. Piotr Borek. Kraków 2003. s. 53.
[18] Kochowski, Lata, s. 169.
[19] Kochowski, Postrzał. s. 53.
[20] Tamże.
[21] Wiglia św. Stanisława była właśnie w dniu bitwy, a nie jak uważał Jemiołowski dzień przed nią.
[22] Jemiołowski, Pamiętnik, s. 198.








