Wąskie grona osób mieniących się ekspertami mogą sobie organizować konferencje, sympozja i innego rodzaju spędy, a i tak dynamika społeczna jest nieubłagana. Polacy nie kupują kiczowatego „pojednania”, bo już na odległość zalatuje od niego fałszem – pisze Marcin Skalski.
Wielka szkoda, że prawdopodobnie nie dowiemy się, jakie treści niesie ze sobądeklaracja pojednania, pod którą ma się podpisać prezydent Duda podczas wizyty w Kijowie. Pomijając kwestię nacisków wywieranych przez naszego kluczowego sojusznika zza oceanu, który nie życzy sobie żadnych tarć na „wschodniej flance”, będzie to znakomity miernik kontaktowania obozu prezydenckiego z rzeczywistością.
Błędem jest sądzić, że w przypadku postrzegania całokształtu stosunków polsko-ukraińskich przez społeczeństwo, zwłaszcza przez pryzmat ludobójstwa na Wołyniu, szczególnie istotną rolę odegrały uchwały przyjęte przez Senat i Sejm. Kręgi, które same określają siebie mianem „giedroyciowskiej inteligencji”, zdecydowanie przeceniają wpływ obydwu aktów na rzeczywistość. Niepotrzebnie więc biły one na alarm, że przyjęcie uchwał cofnie stosunki polsko-ukraińskie o dekady czy też zniwelują pojednanie.
Niektórzy przedstawiciele wspomnianej grupy wzywali z kolei, by uchwały wołyńskie w jakiś sposób „zrównoważyć” – np. poprzez potępienie polityki narodowościowej II Rzeczypospolitej, również w formie uchwały. Inni zaś zaklinali obóz polityczny dysponujący większością w obu izbach parlamentu, by nie ulegał naciskom „marginałów” i nie przychylał się do postulatów środowisk kresowych.
Wiara w moc sprawczą deklaracji podejmowanych w formie uchwały ma jedynie ograniczone uzasadnienie. Może ona wywołać rezonans w stosunkach międzypaństwowych, ale w rzeczywistości społecznej zmienia niewiele. Uchwały wołyńskie były tylko i wyłącznie wyjściem naprzeciw oczekiwaniom już w sporej mierze uświadomionego społeczeństwa, czego nie rozumieją kręgi „inteligenckie” czy jakkolwiek je nazwać. Z punktu widzenia obozu rządzącego była to minimalizacja strat, jakich doznał on z uwagi na nie dość jednoznaczną postawę w kwestii wołyńskiej, jak i nieodpowiedzialnych z punktu widzenia rywalizacji o elektorat wypowiedzi jego prominentnych przedstawicieli.
Jednocześnie można podejrzewać, że samemu Jarosławowi Kaczyńskiemu wcale nie schlebia ani poparcie inteligencji „giedroyciowskiej”, ani w ogóle jakiejkolwiek inteligencji. Z jednej strony nigdy nie odczuwał prawdopodobnie żadnego kompleksu wobec inteligenckich kręgów związanych z Unią Demokratyczną/Unią Wolności, z drugiej – nawet inteligent dysponuje tylko jednym głosem w wyborach. A przypomnijmy, że Kaczyński to przede wszystkim człowiek zabiegający o władzę i jej utrzymanie, bez względu na ocenę przyświecających mu motywów.
Z tego punktu widzenia tyleż groteskowe, co bezskuteczne są adresowane do obozu rządzącego rozmaite odezwy, a tak właśnie należy postrzegać tekst Bronisława Wildsteina „Co się dzieje z polityką wschodnią?” w tygodniku „wSieci”.
Komentator ów, odznaczony całkiem niedawno przez prezydenta Dudę Orderem Orła Białego, tłumaczy czytelnikom, że Ukraińcy Banderę traktują „jako bohatera walki narodowowyzwoleńczej, a nie wroga Polaków”. Wildstein, określony przez Andrzeja Dudę jako „wybitny inteligent”, chyba właśnie z uwagi na przynależność do tej grupy zdaje się nadawać przewagę słowu pisanemu nad nastrojami społecznymi. W ogóle nie rozumie on, że sprzeciw Polaków wobec kultu Bandery nie wynika z jego domniemanych zasług dla niepodległości Ukrainy. Polskie społeczeństwo alergicznie reaguje na banderyzm, bo kojarzy im się on z dokonanym na własnych rodakach ludobójstwem. Nie pierwszy raz można odnieść wrażenie, że bycie „inteligentem” nie ułatwia zrozumienia rzeczy najprostszych, szczególnie w dziedzinie stosunków polsko-ukraińskich.
Z drugiej strony Wildstein zwraca uwagę na badania, wedle których Polacy są przez Ukraińców uważani za najbardziej przyjazny naród. Szkoda tylko, że niewiele z tego wynika. Liczba kościołów zwróconych Polakom we Lwowie wciąż wynosi zero, jako mniejszość narodowa nasi rodacy na Ukrainie nie mają nawet ułamka procenta tego, czym dysponuje ukraińska mniejszość w Polsce. Wspomniane powyżej zagadnienia należą do kategorii, na które Wildsztajn i kręgi „inteligencji giedroyciowskiej” nigdy nie zwracali szczególnej uwagi. Ważniejsze jest to, co sobie o nas myślą Ukraińcy i czy darzą nas sympatią (ale czy szacunkiem?).
Z wywodu Wildsteina wynika też rzecz, która w jego kręgach teoretycznie powinna być traktowana jako powód do nałożenia anatemy. Pisząc bowiem:
„Uzależnianie stosunków z Kijowem od jego pokajania się za zbrodnie na Wołyniu to nie tylko idiotyzm, to Putinowska gra” – Wildstein stwierdza ni mniej, ni więcej, że poza tradycjami splamionymi polską krwią, Ukraina nie ma żadnego niepodległościowego paliwa, a niezależność Ukrainy od Rosji oznacza właściwie rezygnację z domagania się od Kijowa szacunku wobec polskiej pamięci historycznej. Jednak niepewny siły sowich argumentów dorzucił był Wildstein strasznego Putina, który marzy o rozciągnięciu granic Imperium Rosyjskiego do wybrzeży Atlantyku, po trupie Ukrainy i Polski. Jedyne, co go może powstrzymać, to zastosowanie się Polaków do rad Bronisława Wildsteina, by nie uzależniać poparcia dla Kijowa.
Mniej zabawnie robi się, gdy Wildstein oczernia lidera Polaków na Litwie, Waldemara Tomaszewskiego, który rzekomo „afiszuje się ze swoją prorosyjskością” (Wildstein afiszuje się ze swoją proukraińskością i nic w tym złego już nie ma). Nieszczęście Tomaszewskiego polega na tym, że ośmiela się nie konsultować swojej polityki konsolidowania mniejszości narodowych na Litwie z „giedroyciowską inteligencją”, której, jak wiadomo, na niczym nie zależy tak bardzo, jak na pomyślności Polaków na Wileńszczyźnie. W hierarchii priorytetów jest ona u giedroycistów wysoko, bo tuż po „pomyślnych” stosunkach polsko-litewskich.
Cała formacja „giedroyciowskiej inteligencji” zbankrutowała już nie tylko moralnie, bo i nie mogło być inaczej z Giedroyciem na sztandarach i jego przynoszącą niemal wyłącznie złe owoce doktryną. Zbankrutowała ona także intelektualnie jako formacja aspirująca do przywództwa w narodzie, do kreowania polityki państwowej. Niestety, Polska od dawna cierpi na nadmiar „inteligentów”, którzy mają skłonność do kreowania prądów intelektualnych nie mających przełożenia na realne potrzeby narodu.
Współczesna inteligencja we wspomnianej postaci kreuje się bowiem na sumienie narodu – narodu, którego tak naprawdę nie ma lub (w bardziej optymistycznej dla niej wersji) – który istniejąc realnie nie będzie spełniał ich oczekiwań. Widać to doskonale na przykładzie polityki wschodniej, a w szczególności stosunków polsko-ukraińskich. Wąskie grona osób mieniących się ekspertami mogą sobie organizować konferencje, sympozja i innego rodzaju spędy, a i tak dynamika społeczna jest nieubłagana. Polacy nie kupują kiczowatego „pojednania”, bo już na odległość zalatuje od niego fałszem. Zupełnie na miejscu jest tu już nie tylko pytanie, jakie korzyści odniesiemy z bezkrytycznego wspomagania sąsiedniego kraju, ale też – dlaczego w ogóle mamy to robić, skoro sąsiad ten się z nami nie liczy.
Nieumiejętność pogodzenia się z faktami, że Polacy właśnie tak reagują na wciskane im na siłę pojednanie z apologetami ludobójców, skłania do ewakuacji na szalupę ratunkową pod nazwą „rosyjski trolling”, któremu zupełnie na serio poświęca się mające sprawiać wrażenie poważnych naukowe konferencje. Rzeczywiście, gdyby moje oczekiwania wobec własnego społeczeństwa i poglądy tegoż tak dramatycznie się rozjeżdżały, to źródeł tego dysonansu sam szukałbym w jakichś czynnikach zewnętrznych. Bo przecież własny naród nie może być tak „proputinowski”, to wszystko wina trolli itd. Jakoś w końcu trzeba ratować własne samopoczucie.
Tymczasem, uchwały wołyńskie przegłosowano w Sejmie przede wszystkim dlatego, że tak postanowił Jarosław Kaczyński. Stało się tak, gdyż skalkulował, że inna decyzja może mu się politycznie nie opłacać. Rozpaczliwe wezwania, by Kaczyński odpuścił sobie elektorat na rzecz zachowania pozorów „pojednania”, robią na nim zapewne takie samo wrażenie, jak na Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej listy protestacyjne podpisywane przez inteligentów. Jak widać, formacja inteligencka nadal jest oderwana od rzeczywistości.
Można się spodziewać jeszcze kilku prób storpedowania skutków uchwał wołyńskich (stąd np. wysłanie Jana Piekło do Kijowa), ale nie zmieni to faktu, że wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, iż polityka proukraińska nie ma w Polsce praktycznie żadnego realnego poparcia, a sami Polacy w większości spełniają wszelkie znamiona „trolli Putina”. Co więcej, już na jesieni będzie to naród, który pójdzie do kin na „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego i zaiste inteligencką naiwnością byłoby przekonanie, że jakimikolwiek deklaracjami – choćby podpisywanymi w najbardziej uroczystej oprawie – można odwrócić realnie zachodzące w społeczeństwie przemiany.
O przyszłość stosunków polsko-ukraińskich nie ma się co obawiać. Jeśli ich fundamentem była całkowita kapitulacja Polski, to znaczy, że gorzej już być nie mogło i teraz może być tylko lepiej. Ostatecznie w polityce międzynarodowej lepiej być szanowanym, niż lubianym.
Do uchwały wołyńskiej nie ma co przywiązywać nadmiernej wagi. Dobrze, że została przyjęta, bo przede wszystkim pokazała, iż żyjemy jednak w państwie posiadającym chociaż znamiona polskości, a nie będącym li tylko „wschodnią flanką” jakichś większych, zupełnie już niesterowalnych przez Polaków organizmów.
Marcin Skalski
