W przypadku polityki zagranicznej Ruch Narodowy ma bardzo korzystną pozycję do strzału. Język interesu przemawia do tak szerokiej rzeszy ludzi, że jego adresatem są siłą rzeczy także wyborcy oddaleni od narodowców. To właśnie publicznie zadawane przez narodowców pytanie o kredytowanie Ukrainy przez obecny rząd, ale też o zaangażowanie militarne Polski w Syrii, przebiło się do mainstreamowych mediów.

Decyzja o starcie polityków Ruchu Narodowego z list ruchu Kukiz’15 do Sejmu okazała się na tyle kontrowersyjna, iż podzieliła środowiska narodowe. Część z nich kontestuje nie tyle sposób, w jaki doszło do porozumienia z rockmanem i świeżo upieczonym politykiem, ale samą decyzję o starcie. Na ogół rysowano alternatywę w postaci lekceważonej w opinii niektórych „pracy u podstaw”, pracy społecznej i.t.p. zamiast bezpośredniego uczestnictwa w polityce. Tymczasem, Ruch Narodowy może jeszcze wykazać, że kontestowana przez wielu decyzja okazała się trafna.

W kontekście uzasadniania swojej obecności w polityce niezwykle ciekawie prezentuje się partia Razem. W komentarzu dla „Gazety Wyborczej” działaczka ugrupowania i członek jego rady krajowej, Kinga Stańczuk, wprost odcina się od środowisk definiowanych przez nią jako liberalne. „Liberałom się nie podoba, że Razem jest niedostatecznie liberalne. I dobrze!” – można przeczytać w krótkim felietonie, który, co ciekawe, jest polemiką z ikoną agresywnego lewactwa w Polsce, Magdaleną Środą. To, czego nie można zarzucić kojarzonym z neo-marksizmem działaczom partii Razem, to brak pomysłu na siebie. Stańczuk stanowczo odrzuca pomysł, by Razem rozpuściła się w anty-PiS-owskim froncie, słusznie wyczuwając, że powodowałoby to zatarcie tożsamości ideowej ugrupowania. Za korzystny i opłacalny autorka uznaje podział liberałowie-socjaldemokraci, oceniając zarazem, że to „prawica” jest obecnie politycznym beneficjentem kompromitacji ugrupowań zwanych umownie „lewicą”. „Lewica na blisko 20 lat odpuściła pojęcie wspólnoty, która została podana prawicy na tacy – a ta zrobiła z niej wspólnotę narodową, katolicką, regresywną”. Jak można wywnioskować z komentarza Kingi Stańczuk, Razem chce odwrócić ten trend, przelicytowując „prawicę” (w domyśle: PiS) w hasłach socjalnych. W tym krótkim tekście można przeczytać, czym Razem chce być, ale też, czym na pewno być nie chce. Sposób politycznego definiowania siebie przez Razem to cenna wskazówka dla narodowców, którzy życzyliby sobie, by obecna kadencja nie była jedynie krótkim parlamentarnym epizodem kilku działaczy Młodzieży Wszechpolskiej i Ruchu Narodowego.

Paradoksalnie Razem i Ruch Narodowy mają ten sam punkt odniesienia w postaci obecnie rządzącej partii. Ruch narodowy (rozumiany szerzej niż partia) przed ostatnimi wyborami do parlamentu jako kontestator „Republiki Okrągłego Stołu”, jako siła domagająca się rozliczenia i więcej niż tylko symbolicznego osądzenia komunizmu, zdołał wyprowadzić raz do roku 100 tysięcy ludzi na ulice Warszawy w Święto Niepodległości. Głośne były też akcje narodowców po wybuchu afery taśmowej, które kończyły się niejednokrotnie w sądzie. Narodowcom udało się trwale wpisać Żołnierzy Wyklętych w krajobraz polityki historycznej w Polsce. Te działania jednak nie przyniosły sukcesu wyborczego w elekcji wydawałoby się stworzonej dla kontestatorów obecnego porządku, czyli w wyborach do Parlamentu Europejskiego, będących szansą dla „radykalnej zmiany”, sił negujących zasadność istnienia Unii Europejskiej w obecnym kształcie, politykę multi-kulti i t.p. Elektorat twardo trzymał się PiS-u, a liczba głosów oddana na Ruch Narodowy w wyborach do PE wyniosła mniej niż szacowana frekwencja na Marszach Niepodległości.

Z tego punktu widzenia decyzja o starcie z list Kukiz’15 okazała się trafna. Prawdopodobnie dla sporej części elektoratu, w który mógłby celować Ruch Narodowy, określanie się mianem „narodowca” automatycznie obliguje do głosowania na PiS. Partia Jarosława Kaczyńskiego i sam Kaczyński jest bowiem mistrzem w stosowaniu określonej retoryki przy jednoczesnym podejmowaniu sprzecznych z nią działań. Kaczyński jako pacyfikator nastrojów narodowych, a nawet ich beneficjent, potwierdził swoją skuteczność jako polityk. W tej sytuacji alternatywą dla obecnego stanu rzeczy byłoby gardłowanie z poziomu ulicy haseł kojarzonych z opcją na prawo od PiS, ale bez żadnego wpływu na rzeczywistość i na sam PiS. Skuteczny nacisk na partię Kaczyńskiego może się odbywać tylko z poziomu parlamentu.

W przypadku rockmana, który nieoczekiwanie zatrząsł polską sceną polityczną, mamy do czynienia z interesującą ewolucją stosowanej retoryki. Nie da się ukryć, że Paweł Kukiz przesunął akcent z haseł „obywatelskich” na narodowe w ten sposób, że niewtajemniczeni mogliby pomyśleć, iż to ogon merda psem, że to nieliczni w skali jego środowiska narodowcy narzucają jemu, a zarazem całemu ruchowi narodowe postulaty. Kukiz jednakże odkrył prawdopodobnie, że racją jego dłuższego bytowania w polityce jest posługiwanie się hasłami narodowymi, które sam muzyk najprawdopodobniej rozumie czysto intuicyjnie. Jako kontestator dotychczasowego porządku z wizerunkiem zbuntowanego rockmana może sobie na to pozwolić. Co więcej, jego przekaz nie traci na spójności. Dzięki ewolucji w „narodowca” Kukiz może być wrogiem Platformy i Petru, a jednocześnie dość nieprzejednaną opozycją wobec Prawa i Sprawiedliwości. Ten wizerunek cały czas pozwala być mu w kontrze do wszystkich, z czego czerpie on dywidendę. Kukiz wie, jak nie zlać się w jedno z PiS-em (a de facto – jak nie być przezeń wchłoniętym), ale też wyraźnie odróżniać się od Nowoczesnej i PO.

W gruncie rzeczy u Kukiza można być „narodowcem” i nie mieć większych związków z Ruchem Narodowym. Doskonałym przykładem takiego podejścia jest biznesmen Marek Jakubiak, który do polityki dostał się jako kojarzony z narodowcami producent piwa, a przy okazji „homofob”, „sponsor antyukraińskiego portalu Kresy.pl”, co pozwoliło mu uzyskać rozpoznawalność, a zarazem podmiotowość wobec Pawła Kukiza na tyle dużą, że otrzymał pierwsze miejsce w swoim okręgu wyborczym. Jednocześnie początek politycznej drogi Jakubiaka nie zobowiązuje go do szczególnej lojalności wobec Ruchu Narodowego, choć nie nastąpiło przy tym żadne oficjalne zerwanie więzów, polityczne rozstanie i t.p. Ruch Narodowy, co jest swego rodzaju wyzwaniem, wciąż nie ma monopolu na polityczną identyfikację jako „narodowiec”, co wcześniej działało na korzyść PiS-u, a teraz Kukiza. Zmiana polega na tym, iż za sprawą Kukiza Kaczyńskiemu wyrosło zagrożenie z prawej strony, którego od czasu zamierzchłego „paktu stabilizacyjnego” z Samoobroną i LPR-em w kadencji 2005-2007 nie było. Tego typu sytuacja to dla Ruchu Narodowego z jednej strony oczywiste zagrożenie, ale z drugiej strony wielka szansa. Jest to szansa na nadanie narodowym postulatom wagi niewspółmiernej do skromnej, póki co, reprezentacji parlamentarnej. Zarazem Ruch Narodowy, o ile zdecyduje się na konstruktywny radykalizm, może być siłą uderzeniową całego ruchu Kukiza. Nie jest wykluczone, że rzeczywiście dojdzie do tego, iż ogon (Ruch Narodowy) będzie wreszcie merdał psem (ruchem Kukiz’15). Wspomniany „pies” i tak nie ma innego wyjścia, o ile chce istnieć w polityce, niż taki narodowy punkt widzenia głosić.

Warto zwrócić uwagę na szczególny przypadek Kornela Morawieckiego – polityka parlamentarnego. Jako marszałek-senior otwierający pierwsze posiedzenie nowej kadencji Sejmu został uznany za symbol lepszych czasów („Dobrej zmiany”, chciałoby się rzec), parlamentu bez postkomunistów, którego obradom przewodzi niezłomny działacz opozycji antykomunistycznej. Nikt jednak nie zapytał, jak to się stało, iż Morawiecki-senior został posłem dopiero za sprawą Kukiz’15, a nie mającego swoją reprezentację parlamentarną od 2001 roku PiS-u. Symptomatyczne jest też, że obecna sprawa Lecha Wałęsy / TW „Bolek” działa, jak twierdzi prof. Rafał Chwedoruk, na korzyść partii Kaczyńskiego, choć narrację o okrągłostołowej zdradzie uwiarygodnia właśnie Kornel Morawiecki i to w stopniu takim, w jakim nie zrobił tego żaden polityk PiS. Partia Kaczyńskiego ma, rzecz jasna, swoich sympatyków o równie heroicznym życiorysie, jak np. Krzysztof Wyszkowski, ale w odwojowanej przez PiS telewizji publicznej najchętniej bodaj pokazywaną postacią i cytowanym komentatorem tej sprawy jest właśnie Kornel Morawiecki.

Sytuacja ta uwydatnia fakt, że w pewnych kwestiach PiS-u nie da się przelicytować, można mu co najwyżej dotrzymywać kroku, odprawiając na przykład symboliczny antykomunistyczny rytuał. Na nic zdadzą się tłumaczenia, że Kaczyńscy na pewnym etapie współpracowali z Wałęsą, nie pomoże też przypominanie, że działacze PZPR mieli szansę stać się prominentnymi działaczami PiS-u. Spór o to, kto miał rację co do Okrągłego Stołu, właśnie się symbolicznie kończy i domaganie się z pozycji narodowych benefitów z tytułu posiadania tego samego zdania na ten temat, co obecnie Kaczyński, byłoby politycznym samobójstwem. Jako wzór wygranej przez narodowców – i to z poziomu ulicy! – sprawy można tu podać przykład Żołnierzy Wyklętych. Nie jest istotne, że na poziomie legislacyjnym państwowy kult Niezłomnych zawdzięczamy PiS-owi – istotniejsze jest, że PiS chcąc nie chcąc musiał zrealizować ten postulat. Roman Dmowski twierdził, że nieważne jest, kto realizuje program narodowy – ważne, by w ogóle był realizowany.

Wyjątkowo istotne jest odczytanie linii podziału między PiS-em a Ruchem Narodowym – za co wyborcy mogą premiować narodowców, a czego nie jest w stanie zrealizować partia Kaczyńskiego. Rzecz jasna, nie jest to bycie anty-Nowoczesną i anty-Platformą, gdyż za to został przez elektorat nagrodzony już PiS. Jednocześnie wątpliwości co do przepaści między bliźniaczymi de facto partiami Petru i Schetyny a swoim ugrupowaniem nie mają wyborcy ruchu Kukiz’15. O ile PiS zyskał na tym, że był opozycją wobec rządów PO, którymi społeczeństwo się zmęczyło, to kukizowcy weszli do parlamentu z tego powodu, że nie byli PO, ale też nie byli PiS-em. Do odwojowania są więc ci wyborcy, którzy sprzeciwiali się rządom Tuska i Kopacz z pozycji narodowych i którzy dali wiarę PiS-owi, że jest siłą poważnie traktującą narodowe postulaty. Chodzi dokładnie o tych wyborców, którzy z Marszu Niepodległości szli prosto ku urnie wyborczej w celu oddania głosu na Kaczyńskiego.

Podczas Marszów Niepodległości rok w rok padały hasła odnoszące się do pojęcia suwerenności, niepodległości, dumy narodowej. Jednocześnie nie przełożyło się to na sukcesy wyborcze inicjatywy politycznej powstałej na fali marszów. Z jakichś powodów to PiS był w większości partią pierwszego wyboru dla tych, którzy chcieli Polski suwerennej, niepodległej, katolickiej i t.p.

„Jarosławowi Kaczyńskiemu udało się europejski trend wmontować w szeroki obóz polityczny, jakim jest PiS. To, co dzieje się w kraju po wyborach, jest dziś przedmiotem sporów, ale być może za 20 lat będziemy na to patrzeć inaczej. Być może Jarosław Kaczyński uchronił nas od gwałtownego, nacjonalistycznego zwrotu” – wyjaśnia Paweł Kowal, były wiceminister spraw zagranicznych w latach 2005-2007, niewątpliwie próbujący wkupić się w łaski prezesa Kaczyńskiego. W istocie rzeczy, Jarosław Kaczyński umiejętnie kanalizował wszelkie postawy narodowe w taki sposób, by nie miał go kto rozliczać z realizacji postulatów niepodległościowych.

Tymczasem, dwuznaczna postawa w sprawie przyjmowania imigrantów, brak zdecydowania przy kontestowaniu samego brukselskiego molocha w jego obecnej postaci, szalona wręcz polityka wobec Ukrainy, ale i cała „polityka jagiellońska”, oznaczająca de facto reanimację giedroyszczyzny, lekceważące przez długi czas podejście do wyrastającego na regionalnego męża stanu premiera Węgier, to tylko część obszarów, w których aktywność PiS-u może weryfikować realny program tego ugrupowania. Oddalenie od narodowych i niepodległościowych pryncypiów w niektórych z ww. przypadków nosiło znamiona daleko posuniętej kompromitacji obecnie rządzącego obozu politycznego.

W przypadku polityki zagranicznej Ruch Narodowy ma bardzo korzystną pozycję do strzału. Język interesu przemawia do tak szerokiej rzeszy ludzi, że jego adresatem są siłą rzeczy także wyborcy oddaleni od narodowców. To właśnie publicznie zadawane przez narodowców pytanie o kredytowanie Ukrainy przez obecny rząd, ale też o zaangażowanie militarne Polski w Syrii, przebiło się do mainstreamowych mediów. Powinno to stanowić drogowskaz, iż polem rywalizacji z PiS-em nie może być sfera symboliczna – ta jest istotna, ale bardziej jako obowiązek wobec poległych, niż program polityczny. Sam Macierewicz potrafił przecież w jednym i tym samym przemówieniu powiedzieć jednocześnie o przywracaniu tradycji niepodległościowej Wojsku Polskiemu i sprowadzeniu do Polski obcych wojsk na stałe, a sprzeczność ta jest słabo dostrzegalna.

Język interesu przemawia bardziej, nawet do ludzi odległych od Idei Narodowej, bo stawia pytanie o sens wspólnoty, czym się powinna kierować, kto jest „swój”, a kto „obcy”. W tym zakresie PiS kilkukrotnie oblał egzamin – czy to bezmyślnie wspierając Kijów, w zamian „uzyskując” kolejne upokorzenia polskiej wrażliwości bądź, w wymiarze bardziej policzalnym, konkurencyjne wobec polskich projekty gospodarcze (ukraińska wersja Nowego Jedwabnego Szlaku z Chin), czy to w sposób skrajnie nieodpowiedzialny ogłaszając udział w walce z Państwem Islamskim, licząc, że w zamian zainstalowane zostaną u nas obce wojska, które będą broniły nas przed nieuchronną agresją „ruskich”. Dla PiS-u polskość to wartość – ale tylko wtedy, gdy jest orężem w walce o „wolność naszą i waszą”, o ile jest zawsze jakimś „przedmurzem” (NATO, Zachodu, „wolnego świata”). Narodowcy nie mają tego kompleksu, co stanowi ich przewagę także w ramach komunikacji z własnym społeczeństwem. To ostatnie bowiem niechętnie nadstawiać będzie karku za cudze interesy i cudze wojny. Obecność w parlamencie pozwala na stworzenie mechanizmów weryfikacji Prawa i Sprawiedliwości jako partii realizującej wyłącznie narodowy interes.

Niech pouczający będzie przykład Marka Jurka, który bezkompromisową postawę w obronie życia nienarodzonego przypłacił wyautowaniem z głównego nurtu polityki. Honorowa postawa była jednak ostatnim, co mu pozostało. Co z tego jednak, skoro z podkulonym ogonem powrócił koniec końców w szeregi obozu politycznego z PiS-em na czele, nie uzyskując dla postulatów, których stał się twarzą, gwarancji wcielenia w życie. Co gorsza, Marek Jurek jako zadeklarowany obrońca życia będzie siłą rzeczy legitymizował poczynania partii Jarosława Kaczyńskiego, chyba że były marszałek Sejmu po raz kolejny – tym razem już w formie farsy – odegra wyjście z obozu Kaczyńskiego.

W istocie rzeczy, Ruchowi Narodowemu nie pozostaje nic innego, jak postępowanie niczym Jobbik na Węgrzech. W rozmowach z politykami i działaczami tej partii przebija się często wyraz satysfakcji, że rządzący Fidesz premiera Orbana musi wcielać w życie postulaty narodowców, aby nie stracić elektoratu na rzecz rywali z Jobbiku, choć ci pozostają w opozycji. W partii Gabora Vony zawsze znajdzie się ktoś, kto powie „sprawdzam” rządzącemu Fideszowi.

Ruch Narodowy nie wszedł do parlamentu samodzielnie, co już nie raz z kolei udało się węgierskiemu Jobbikowi. Być może jednak rewolucja narodowa, przeformatowanie myślenia społeczeństwa polskiego nie może się odbyć inaczej niż odgórnie (bądź: nie wyłącznie przez „pracę u podstaw”). Z tego punktu widzenia realizacja głównego zadania narodowców w pełni uzasadnia alians z Pawłem Kukizem, który sam zwietrzył swoją szansę w stosowaniu narodowej retoryki i łamaniu tabu – vide ”żydowski bankier” opłacający protesty KOD-u” i inne passusy doprowadzające liberałów do czerwoności.

Z kolei myślenie w kategoriach szerszych, niż tylko partyjne, skłania do przyjmowania z zadowoleniem faktu, że PiS będzie być może musiał wkrótce stanąć do licytacji, kto skuteczniej zrealizuje program narodowy. To, czy tak się stanie, zależy już tylko od determinacji i bezkompromisowości parlamentarzystów Ruchu Narodowego; od tego, czy traktują zaczerpnięte od Jobbiku hasło „radykalnej zmiany” poważnie.

Marcin Skalski

Tagi: ,
forma płatności