Po tym jak nasz cygański tabor dotarł do Artemowska i wieczorem oddawaliśmy się odpoczynkowi, włączyliśmy internet, i przeczytaliśmy oficjalny komunikat, że, okazuje się, wychodziliśmy „korytarzem”, „kotła” nie było, strat prawie nie ma, a sama operacja była wcześniej zorganizowana i przebiegała według opracowanego planu w najdogodniejszym czasie. I tutaj wszyscy razem po raz pierwszy od tygodnia wybuchnęliśmy śmiechem.

Relacja jednego z żołnierzy specnazu Gwardii Narodowej „Wera”, który został wysłany do Debalcewa i uczestniczył w ulicznych walkach a następnie w wyrwaniu się z kotła.

Zaalarmowano nas o godz. 20. 13 lutego. Nikt nie objaśnił zadania – „Należy pomóc armii!”. Dobrze, pojechaliśmy. Mieliśmy 20 żołnierzy – wszyscy świetni ludzie, dobrze wyszkoleni i zmotywowani. Informacji od zwiadu nie było – po prostu mieliśmy jechać do Debalcewa pod komendę sztabu ATO. Ale gdy przybyliśmy na miejsce, stało się jasne, że droga do Debalcewa jest pod kontrolą przeciwnika. Był tam intensywny ostrzał i można było przejechać tylko nocą, i tylko w pojazdach opancerzonych. Przybyliśmy do Debalcewa pod ogniem – BMP [bojowy wóz piechoty – tłum.], który jechał przed nami, został trafiony. Zrozumieliśmy, że przerwaliśmy się wprost do okrążenia i nie będzie lekko wyjść.

Po przybyciu sytuacja była niezrozumiała. Jasnych rozkazów nie było. Pierwszego dnia po prostu siedzieliśmy w obozie 128. brygady. Obóz był stale ostrzeliwany przez artylerię przeciwnika. Potem przerzucili nas do samego Debalcewa. Dostaliśmy zadanie osłaniania sztabu sektora „C”. Byliśmy tam razem z niektórymi pododdziałami specnazu armii. Nie dostaliśmy wsparcia broni pancernej – walczyliśmy jak piechota a nie specnaz, tylko w odróżnieniu od piechoty nie dali nam czołgów ani BMP. Po co przybyliśmy do Debalcewa – nikt nam nie wyjaśnił. Widocznie żeby zatkać jakieś dziury. Ale o wiele rozumniej byłoby pozostawić nas w składzie naszej brygady we współpracy z innymi pododdziałami.

16-17 lutego przeciwnik podjął próbę zajęcia Debalcewa. Wzięli prawie całe miasto. Gdyby zajęli całe, byłoby niemożliwe wyprowadzenie jakichkolwiek wojsk z okrążenia. Podjęto kilka prób szturmu na sztab – rosyjskie oddziały używały broni pancernej. Najbardziej zacięta bitwa trwała 5 godzin. Odparliśmy wszystkie ataki i przeciwnik odjechał w kierunku dworca kolejowego. Mogliśmy pójść dalej, ale bez [ciężkiej] broni. Samymi karabinami i granatnikami ciężko pobić przeciwnika. Obroniliśmy się dzięki wysokiemu poziomowi przygotowania wojskowego, celności ognia, i dzięki temu, że razem z nami efektywnie działał specnaz WSU. Jestem bardzo zadowolony ze swoich ludzi – walczyli bardzo godnie i utrzymali wszystkie pozycje. Następnie wieczorem 17. lutego przeciwnik zaprzestał szturmu Debalcewa – tylko działa i moździerze niepokoiły miasto ogniem. Nocowaliśmy w obozie 128. brygady. Nagle zobaczyłem jakieś zamieszanie. Obóz jakoś ożył i nawet bliskie eksplozje ludziom nie przeszkadzały. Oficer 128 brygady powiedział nam, że przyszedł rozkaz przerwania się do Artemowska i wszyscy wyruszają. Za 10 minut mamy wyjechać! Rzuciliśmy się, by się zebrać. Mieliśmy nasz pancerny KRAZ. Zaczęły się zbiórki i pojazdy zaczęły przygotowywać się do wyjazdu.

Jakimś cudem żaden pocisk nie trafił w tę zbitą masę ludzi i pojazdów. Jednak wiele niesprawnych pojazdów trzeba było zostawić przeciwnikowi.

Żadnego porządku poruszania się nie było, systemu i procedur komunikacji nie ustanowiono. Najbardziej skandaliczne było to, że nie dostarczono mapy i marszruty naszego odwrotu. Gdyby każda załoga dostała taką marszrutę przed wyjściem, można byłoby uniknąć wielu strat przez zwykłe ominięcie punktów oporu przeciwnika. Ogromna ilość pojazdów bojowych zjechała się, czołgi i BMP poszły na przód. Ale kolumny nikt nie formował – po prostu ustawialiśmy się jeden pojazd za drugim, w kilka rzędów, a z boków dołączały do nas inne pojazdy. Kiedy cała nasza machina ruszyła do przodu, bardziej przypominaliśmy cygański tabor, który szedł jedną wielką i chaotyczną masą.

Potem kolumna stanęła. Nikt nie wiedział, gdzie jechać. Pewnie ktoś może i wiedział, ale ja z takimi oficerami i załogami nie spotkałem się. Wszyscy wiedzieliśmy, gdzie leży Artemowsk, ale nie było szczegółów marszruty. Dzięki kontrolowaniu dróg rosyjscy dywersanci minowali je a nocą nie sposób było wykryć min. Niebezpieczeństwo stanowiły także rosyjskie czołgi z rejonu Łogwinowa i inne placówki. Przeciwnik kontrolował wzgórza z obu stron drogi. Wszystkie te punkty i zajęte przez przeciwnika miejscowości trzeba było omijać, dlatego należało mieć dokładnie zaplanowaną marszrutę. Ale nawigacja nocą bez udziału nawigatora w każdym pojeździe, przy wyłączonych światłach, bez mapy, praktycznie była niemożliwa. Dowódca grupy – a prowadziła 128. brygada, dał rozkaz omijania dróg, aby nie wpaść na miny, trzymać się razem, ogólny kierunek – „na północ”.

I tak wszyscy gdzieś pojechaliśmy przy prawie pełnym braku widoczności. Wszyscy pamiętaliśmy o złym doświadczeniu Iłowajska i że koniecznie musimy wyrwać się z okrążenia, które najpewniej jeszcze się umocniło.

W rejonie Łogwinowa ostrzelały nas rosyjskie czołgi i piechota. Nasze czołgi i cała nasza grupa odpowiedziała im ze wszystkich dział. Przeciwnik został odepchnięty, ich czołgi wycofały się z pozycji i otworzyliśmy sobie drogę. Jednak potem nasza grupa nieraz wpadała pod mocny ogień. To tu, to tam pozostawialiśmy trafione pojazdy. Trzeba przyznać, że pomimo ciemności śpieszono z wzajemną pomocą. Sprawne pojazdy zatrzymywały się, starały się okazywać pomoc i zabierać ludzi z uszkodzonych pojazdów.

Poruszając się dużą grupą bez światła i nawigacji w ciągu nocy często wpadaliśmy pod ogień przeciwnika. Sądząc po ostrzale rozumieliśmy, że kierunek jest nieprawidłowy i trzeba skręcać na Artemowsk. Ot taki kosztowny sposób nawigacji.

Uratowało nas to, że duża liczba żołnierzy i oficerów wykazała się mistrzostwem podczas przebijania, nie dopuszczając do żadnego zamieszania, pomagając sobie wzajemnie. Każdy węzeł oporu atakowaliśmy z wszelkiej broni. Taka spójność i gęstość ognia szybko dławiła punkty ogniowe i mogliśmy kontynuować poruszanie się. Wcześniej obiektami przeciwnika zajmowała się nasza artyleria. Ale nocą współpracy z artylerią nie było.

Nasz KRAZ okazał się cudownie żywotny. Uratował nas pancerz, gdy wpadliśmy pod zmasowany ogień. Mieliśmy przebite 3 opony na tylnych kołach i jechaliśmy na felgach. KRAZ niósł nas jeszcze 5-6 kilometrów po bezdrożach i dopiero potem utknęliśmy. Wysadziłem go i zostaliśmy zabrani po kilka osób przez inne pojazdy. Niewiele dalej przyszło wysadzić BTR-4, który także miał przebite koła. Próbowaliśmy wyciągnąć BTR-a, ale był potrzebny ciągnik – „czwórka” jest bardzo ciężka, także nie udało się. Mobilność tych pojazdów jest niezbyt wysoka. Po tym trzech moich ludzi przenieśli do BMP – i tu ten pojazd otrzymał wprost trafienie z czołgu. Chłopakom bajecznie udało się – po prostu wyrzuciło ich z maszyny na ziemię i otrzymali tylko lekkie zranienia.

Przesiedli się na inne pojazdy. Widziałem wiele naszych niesprawnych pojazdów. Przyczyną nie był tylko ogień przeciwnika. Duży procent strat to techniczna niesprawność albo jakaś usterka przy poruszaniu się po bezdrożach. Nie było czasu na naprawę – takie pojazdy wszystkie wysadzaliśmy.

Niestety boję się, że z powodu braku czasu i ciemności, mogliśmy nie zauważyć naszych żołnierzy, którzy wypadli z trafionych pojazdów. Tak mogło być. Regułą było, że wszyscy zatrzymywali się, aby pomóc, ale z powodu ciemności i walk, nie było czasu na organizowanie poszukiwań.

Bardzo dużych strat nie widziałem podczas przebijania się – rzeczywiście przytłaczająca większość ludzi w naszej kolumnie zdołała wyjść. Tak więc to nie stało się powtórką Iłowajska. Ale jeśli byłaby normalna organizacja, komunikacja, dowodzenie, straty można byłoby znacznie zminimalizować. Gdyby był przeprowadzony zwiad naszej trasy, gdyby droga została rozminowana, gdyby był przemyślany system nawigacji i przeprowadzone uderzenie na wzgórza i węzły oporu, straty byłyby minimalne. Przeciwnik nie palił się do nocnego boju, atakował tylko z boków, wytrwałości w atakach nie przejawiał – nam udawało się je odrzucać – nabojów nie żałowaliśmy.

Doszliśmy. W moim oddziale dzięki przygotowaniu i szczęściu, zabitych i wziętych do niewoli nie było. Wszyscy ranni dojdą szybko do siebie. Ale inne pododdziały przetrzepało.

Po tym jak nasz cygański tabor dotarł do Artemowska i wieczorem oddawaliśmy się odpoczynkowi, włączyliśmy internet, i przeczytaliśmy oficjalny komunikat, że, okazuje się, wychodziliśmy „korytarzem”, „kotła” nie było, strat prawie nie ma, a sama operacja była wcześniej zorganizowana i przebiegała według opracowanego planu w najdogodniejszym czasie. I tutaj wszyscy razem po raz pierwszy od tygodnia wybuchnęliśmy śmiechem.

Jurij Butusow

Tłumaczenie:Krzysztof Janiga

Źródła:

http://empr.media/opinion/analytics/ukrainian-organized-withdrawal-from-debaltsevo-is-questionable

https://www.facebook.com/butusov.yuriy/posts/934064429967187?fref=nf

forma płatności