Praca spudłowana

Problem jednak w tym, że mniej więcej po wojnie trzynastoletniej Polska wyrzekła się prowadzenia wojen agresywnych (wszak wojnę najlepiej prowadzi się na własnym, dobrze znanym terytorium), a napadanie państwa słabszego już w ogóle jest nie do pomyślenia. Pozostaje jedynie, bagatela, zaczekać, aż ta reguła zostanie uświęcona i przyjęta przez wszystkie narody świata, co pozwoli nam wreszcie cieszyć się dobrze zasłużonym świętym spokojem.

„W polityce istnieje prawo żelazne: strona, którą popieram, przegrywa” – pisał Stanisław Mackiewicz w 1953 roku. Jakże bolesne wyznanie w ustach człowieka, który próbował nauczyć swój naród realnego myślenia o polityce między innymi poprzez formułowanie „praw” funkcjonujących w stosunkach międzynarodowych. „Starałem się przekonać swe społeczeństwo nie za pomocą gry partyjnej, lecz argumentów – pisał w Latach nadziei. – Polacy mnie czytali, ale nie byli mego zdania”.

Polski – arcypolski! – w każdym calu swojej osobowości, temperamentu, namiętności (podkreślał wszak, że jest „Litwinem”, czyli „najlepszym, najbardziej patriotycznym rodzajem Polaka, najbardziej Polskę kochającym”) – a przecież, jeśli sięgniemy do rejestru bronionych przez niego idei, jakże nieprawdopodobna wydaje się myśl, aby któraś z nich mogła być wcielona w życie przez naród, do którego należał.

W II Rzeczypospolitej domagał się zbudowania władzy silnej i stałej, czyli – jednym słowem – monarchii (po zamachu majowym pokładał pewne nadzieje w Piłsudskim, licząc, że jeżeli Marszałek sam nie sięgnie po koronę, to przynajmniej ukoronuje swoją córkę). Ustrój taki miałby nie tylko zapobiec anarchizowaniu polskiego życia publicznego, ale również stanowić instrument polityki zagranicznej. Mackiewicz nie wierzył w „demokratyczne współżycie” narodów ani w wyłonienie prezydenta, który umiałby być w 9/10 Polakiem, a w 1/10 Litwinem lub Ukraińcem, dlatego za jedyną realną formułę zjednoczenia narodów położonych między Niemcami a Rosją uważał unię dynastyczną. „Władza silna – pisał w Kropkach nad i– tworzy cuda, tworzy wielkie imperia, tworzy wielkie narody, władza słaba najliczniejsze narody doprowadza do gnicia. Dać Polsce władzę silną to więcej aniżeli wygrać jedną wojnę, to warte wysiłków, poświęceń i ofiar największych”…

Jakżeby jednak miłujący wolność naród polski miał się zgodzić na tak straszliwą tyranię, skoro szczytowym osiągnięciem polskiej myśli politycznej są konstytucje parcelujące władzę w taki sposób, aby zniechęcić naszych władców do jakiejkolwiek działalności wykraczającej poza załatwianie własnych potrzeb bytowych? Jakie szanse program silnej władzy może mieć w kraju, w którym niedoścignionym ideałem władcy pozostaje August III Sas?

Nic nie wyszło również z innego Mackiewiczowego projektu rozwiązania problemów polsko-litewskich, mianowicie zajęcia Litwy siłą zbrojną. Nie może być tak – argumentował Cat – że na litewskie prowokacyjne „odbierzemy wam Wilno przy pierwszej nadarzającej się okazji” Polska nie zdobywa się na udzielenie odpowiedzi godnej szanującego się państwa. „Realnym programem Polski w stosunku do republiki kowieńskiej powinno być »wywrócić i podnieść«. (…) Pobić sąsiada, a potem uczynić go silniejszym, aniżeli był przed klęską – to doskonała metoda w budowaniu sojuszów. Zwycięstwo Polski nad Litwą powinno nie zmniejszyć, lecz zwiększyć intensywność pracy Litwinów nad budową swego państwa. Z osiołka p. Griniusa, kucyka p. Voldemarasa powinno Pogoni zwrócić charakter rumaka Jagiellonów”.

Problem jednak w tym, że mniej więcej po wojnie trzynastoletniej Polska wyrzekła się prowadzenia wojen agresywnych (wszak wojnę najlepiej prowadzi się na własnym, dobrze znanym terytorium), a napadanie państwa słabszego już w ogóle jest nie do pomyślenia. Pozostaje jedynie, bagatela, zaczekać, aż ta reguła zostanie uświęcona i przyjęta przez wszystkie narody świata, co pozwoli nam wreszcie cieszyć się dobrze zasłużonym świętym spokojem.

Z północnej granicy II RP przenieśmy się nad zachodnią, zwłaszcza że stosunki Warszawa–Berlin miały zdaniem Cata kluczowe znaczenie dla przyszłości Polski. Oceniwszy ZSRS jako groźniejszego i bardziej zachłannego przeciwnika niż Rzesza, a sojusz z Francją jako – coraz słabiej skrywaną – fikcję, redaktor wileńskiego „Słowa” uznał, że trzeba jakoś dogadać się z Niemcami – a przynajmniej spróbować, bo utrzymywanie zatargów z obydwoma wielkimi sąsiadami to prosta droga do wojny na dwa fronty. Dobrą okazję dostrzegł w momencie dochodzenia do władzy Hitlera, który, w przeciwieństwie do polityków Republiki Weimarskiej, nie koncentrował programu rewanżystowskiego na Polsce, a przy tym deklarował się jako zdecydowany antykomunista, co mogło stanowić płaszczyznę porozumienia. Koniunktura do rozmów z Niemcami – upokorzonymi traktatem wersalskim, rozbrojonymi, izolowanymi w Europie – była wtedy doskonała. „Jest to jedna z tych chwil – pisał Mackiewicz – o których się później mówi: stracona okazja”.

Nie można wierzyć – przekonywał – że ład ustanowiony po wojnie światowej przetrwa wiecznie, że Niemcy nigdy nie zrzucą ograniczeń nałożonych na nie w Wersalu. Anschluss, przyłączenie Sudetenlandu, równouprawnienie w dziedzinie zbrojeń – wszystko to jest tylko kwestią czasu. Zamiast więc bronić status quo, którego i tak obronić na dłuższą metę się nie da, lepiej przejść do dyplomatycznej ofensywy – wystąpić jako przyjaciel Rzeszy (jedyny przyjaciel, na jakiego mogłaby liczyć w Europie roku 1933) i w zamian za poparcie postulatów Berlina uregulować stosunki dwustronne i dokonać podziału stref wpływów w Europie Środkowej: Austria dla was, Litwa dla nas; Sudety dla was, ale Słowacja do Korony św. Stefana, bo w interesie Polski leży odzyskanie stabilnej granicy z Węgrami; protektorat Ligi Narodów nad Gdańskiem zastąpić ustanowieniem kondominium polsko­niemieckiego z zagwarantowaniem polskich interesów gospodarczych – i tak dalej, krok po kroku. Do ut des.

Ale cóż… w Polsce polityki zagranicznej tak się nie prowadzi. Strefy wpływów? Interesy? Racja stanu? „Właściwa polityka zagraniczna – pisał polski premier i minister spraw zagranicznych (sic!) Aleksander Skrzyński – ma umiejętnie przedstawiać prawdziwą figurę narodu na zewnątrz, przedstawiać jego walory duchowe i siłę moralną”. Bóg wie, co to znaczy, ale wraca się do tych słów i we współczesnych publikacjach naukowych. Chociaż więc Warszawa wsparła Berlin i w sprawie Anschlussu, i w sprawie Czechosłowacji, i w szeregu drobniejszych kwestii, nie uzyskała w zamian żadnej rekompensaty, a Beck bawił się w demonstrowanie „niezależności” i upewnianie krajowej oraz międzynarodowej opinii o braku ścisłego porozumienia z Hitlerem, co i tak mu się nie udało – po kryzysie czechosłowackim Polska uchodziła za zaprzysiężonego sojusznika Rzeszy.

Nie byłoby w tym zresztą nic szokującego dla obiektywnego obserwatora europejskiej sceny politycznej u progu roku 1939. Pierwszym nakazem racji stanu państwa otoczonego przez dwóch silnych i agresywnych sąsiadów winno być uniknięcie wojny z obydwoma na raz, drugim – osłabienie jednego z nich, najlepiej poprzez rozbicie go na szereg organizmów wzajemnie się neutralizujących. Mackiewicz wraz ze swoim mentorem Władysławem Studnickim zdzierali gardła i pióra, namawiając, aby wykorzystać w tym celu antysowiecki program Hitlera i w sojuszu z Rzeszą wyeliminować jedno z ramion zaciskających się nad Rzeczpospolitą kleszczy. Wobec niezdolności Zachodu do wojny – przekonywali na łamach „Słowa” – i zagrażającego od wschodu wojującego kościoła bolszewizmu, gotowego w każdej chwili porozumieć się z Berlinem w sprawie nowego rozbioru, starcie z Niemcami to samobójstwo.

Koncepcja sojuszu polsko-niemieckiego przeciw ZSRS, przypomniana szerszej publiczności za sprawą głośnej książki Piotra Zychowicza, wywołała w ostatnich latach taki oddźwięk, że każdy, choćby pobieżnie obeznany z tematem, doskonale wie, że dla samobójstwa „nie było alternatywy”, bo… Polska straciłaby niepodległość. Uff, mało brakowało. Koszty były co prawda wysokie, ale ofiara nie poszła na marne, bo przecież uchroniła nas od zarzutów kolaboracji z Niemcami i współsprawstwa w zagładzie Żydów. Uratowaliśmy też honor, który, jak wiadomo, w stosunkach międzynarodowych jest kapitałem bezcennym.

Po klęsce i kapitulacji nieczułej na pojęcie honoru Francji Mackiewicz próbował (słynny „incydent” w Libourne) namówić prezydenta Raczkiewicza do rozpoczęcia rokowań pokojowych z III Rzeszą i czasowego przynajmniej wycofania Polski z wojny dla ulżenia doli ludności wydanej w okupowanym kraju na pastwę okrutnego nieprzyjaciela. Pomysł ten został jednak słusznie odrzucony i potępiony, ponieważ kosztem kapitulacji, który Cat najwyraźniej zlekceważył, byłoby pozbawienie gen. Sikorskiego i zgromadzonych przezeń w rządzie i Radzie Narodowej mężów stanu możliwości przeniesienia się do Londynu i dalszego wpływania na wypadki światowe.

Wydawałoby się, że po zmarnowaniu koniunktury lat 30., po utracie armii i terytorium, po zmarnowaniu dywizji, które takim wysiłkiem udało się stworzyć we Francji, trudno byłoby jeszcze bardziej sprawę polską pogrążyć. Przysłowie „mądry Polak po szkodzie” jest jednak zbyt optymistyczne. „Szliśmy przez tę wojnę – pisał Cat w 1945 roku – jak korowód ślepców wędrownych ze średniowiecznego obrazu Breughla, wpadaliśmy do każdego rowu, kaleczyliśmy się o każde druty, potykaliśmy się o wszystkie kamienie. Nie było tak głupiej i nędznej prowokacji, na którą byśmy się nie nabrali”.

„Napada mnie taki obraz – wspominał po latach emigracyjne politykowanie – wychodzę z małego domku na wielką, bezkresną przestrzeń; coś w rodzaju pól podbiegunowych lub krajobrazu księżycowego, na którym szaleją walczące z sobą huragany. Przestrzeń o nieskończonych dalekościach i o wiatrach z fantastyczną siłą wiejących. Wracam do domku: ciepło, ciasno, trochę mdło; stoliki obsiadłe przez indywidua bezmyślne, zawzięcie kłócące się między sobą. (…) Za szybami była wojna i wielkie manewry dyplomatyczne; ale nie patrzono przez okna, zresztą była tam noc, w której nic nie umiano odróżnić”.

Mackiewicz odróżniał, przewidywał, przestrzegał. Jego broszury z lat 1941–1946, mimo talentu publicystycznego autora, są lekturą bolesną – stanowią zapis rozpaczy bezsilnego świadka umierania ukochanego przez siebie państwa, a przy tym świadectwo upokorzenia człowieka, który – posłużmy się ukutym przez samego Cata porównaniem – chciał nędzną ręką zatrzymać kulig wesołych, zadowolonych z siebie pań i panów pędzący ku zgubie nie tyle swojej, ile prowadzonego przez siebie narodu. Sięgnąć do tych pism powinni przede wszystkim obrońcy polityki Becka, Sikorskiego, Mikołajczyka – ci wszyscy, którzy odrzucają możliwość dyskutowania dokonanych przez nich wyborów. Tylko wyniosłe ignorowanie publicystyki Cata pozwala im szermować argumentami „nie było alternatywy” i „nikt nie mógł przewidzieć” w obronie każdego błędu i głupoty popełnionych przez polityków polskich okresu drugiej wojny światowej.

„Ciężko jest człowiekowi patrzeć na katastrofę[podkr. oryg.], przed którą przestrzegał, która powinna być zwycięstwem, gdyby się jego plan wykonało. I ciężko jest znosić wyniosłą obojętność poczciwców wobec myśli inteligentnej” – tymi słowami żegnał się Mackiewicz jeszcze przed wojną z koncepcją sojuszu polsko-niemieckiego – w tekście o wymownym tytule: Ci, którzy przekonać nie umieją. Poświęcił go bohaterowi powstania listopadowego, w którego losie dostrzegł prefigurację własnej porażki i pretekst do refleksji nad problemem, czy najsłuszniejsza nawet idea polityczna nie jest jałowa, jeżeli jej autorowi brak umiejętności pociągnięcia za sobą narodu.

Wrócił do tej postaci w roku 1944: „Generał Ignacy Prądzyński miał koncepcje strategiczne, które później się doczekały uznania w akademiach wojennych. Jako kwatermistrz generalny za czasów powstania listopadowego stał przed drzwiami Skrzyneckiego, błagał, by go wysłuchano, a potem znów błagał, zawsze bezskutecznie, by go usłuchano. (…) Ale były widać jakieś mankamenty w tym człowieku, skoro ślady jego mózgu pozostały tylko na papierze, a za życia mógł być jedynie tragicznie bezsilnym świadkiem klęsk swego narodu”.

Niedługo po ustąpieniu ze stanowiska prezesa rządu emigracyjnego Mackiewicz przedstawił w paryskiej „Kulturze” historię swego urzędowania w artykule zatytułowanym Un travail raté(Praca spudłowana). Jego przyjaciel Michał Pawlikowski, publikując w tejże „Kulturze” w rok po śmierci Cata fragmenty jego listów, pisał wręcz o tragizmie d’une vie ratée. I mogłoby się wydawać, patrząc na los Mackiewiczowych koncepcji, idei, których bez powodzenia bronił, na jego daremny wysiłek wpojenia rodakom reguł rządzących stosunkami międzynarodowymi i zaszczepienia zmysłu realizmu politycznego, że tak właśnie było.

Ale… „mało kto wie, że bitwa nad Wisłą z 15 sierpnia 1920 roku ma silne reminiscencje z jednym z ostatnich planów Prądzyńskiego”. Myśl zrodzona w umyśle żołnierza czasu klęski, odrestaurowana po prawie stu latach, stała się podstawą największego w XX wieku polskiego zwycięstwa.

Praca Stanisława Mackiewicza również – miejmy nadzieję – jeszcze nie jest skończona.

Jan Sadkiewicz

forma płatności